Paweł Zyzak: Sens tego wszystkiego. Jedni dojrzeli do śmierci, inni jeszcze nie

fot. dlapilota.pl
fot. dlapilota.pl

„Żegnamy człowieka szczególnej epoki naznaczonej tragedią, dramatem, poszukiwaniem sensu i nadziei” – stwierdził niedawno, naśladując Richarda Feynemana, Aleksander Kwaśniewski. Jakiego to poetę żegnał ten, którego biedny i zdezorientowany naród uczynił kiedyś prezydentem Polski?  

Śmierć w polityce

Zainspirowała mnie esencja wypowiedzi Kwaśniewskiego: poszukiwanie sensu i nadziei. Akurat Jaruzelski zdaje się być ostatnim „poszukiwaczem”, jaki stąpał do niedawna po naszej ziemi. Jasno i klarownie opowiedział się on po stronie „złego” imperium, niemal do kresu swego żywota przedstawiał się jako „komunista”. Kilka chwil przed tym kresem zaburzył naszą klarowność. Stało się to za sprawą słów proboszcza Katedry Polowej WP, który oznajmił, że Jaruzelski przed śmiercią „poprosił o spowiedź i ją odbył”.

Z perspektywy ziemskiej uczczono człowieka, który maczał palce w zabójstwach, grabieżach i szykanach kilku epok PRL. Upiekło mu się wtedy i w „wolnej Polsce”. Na koniec wyspowiadał się i upiekło mu się na wieczność… Spryciarz.

Śmierć powinna skłaniać nas do refleksji. Zabrakło jej liderom protestów na Cmentarzu Powązkowskim, w trakcie uroczystości pochówku Jaruzelskiego. Wśród nich kilku politykom opozycji. Obojętnie, jaki wyrok zapadł w niebiosach na Jaruzelskiego, zakłócanie powagi wędrówki transcendentalnej graniczyło z profanacją.

O formie pochówku zadecydowano w siedzibach premiera i prezydenta i przed tymiż powinny się odbywać protesty. Mielibyśmy symboliczny protest przeciw złemu człowiekowi i złej władzy. Jeśliby chciano oprotestować trupa, należałoby skandować pod kostnicą. A tak, na cmentarzu oprotestowano i duszę, i Pana Boga. Nie posądzam inspiratorów protestów o znajomość przypowieści o robotnikach w winnicy (Mat. 20,1-16), a jedynie o chroniczne uzależnienie od kamer telewizyjnych.

Tajemnica śmierci

W lipcu zeszłego roku na most w Toruniu wspiął się mężczyzna. Potencjalny samobójca. Do akcji ruszyły straż pożarna i policja. Most w godzinach szczytu został zablokowany. Zdarzeniu przyglądali się kierowcy. Nie wytrzymali długo i poczęli krzyczeć w kierunku desperata: „Skończ ze sobą!”, „Skacz!”. Jeden ze świadków skomentował to osobnicze zjawisko: Ludzie zachowywali się jak bydło. Co za znieczulica i zezwierzęcenie.

Inny przykład. Wyobraźmy sobie płonący na autostradzie samochód. W środku uwięzieni są ludzie. Skazani na śmierć w płomieniach. Wypadek, o którym mowa, wydarzył się w listopadzie 2012 r., na autostradzie A2. Nad ranem, w ciemnościach. Płonący pojazd zignorowało kilkunastu kierowców. Zatrzymał się dopiero obcokrajowiec, który zawiadomił policję. Tu czyjkolwiek komentarz był i jest zbędny.

Tajemnica śmierci związana jest z tajemnicą życia. W obliczu katastrofy, w której zginęli ludzie, mimowolnie zadajemy sobie pytanie: po co żyć, skoro ginie się tak wcześnie lub tak „głupio”? Nie zgłębimy tej tajemnicy nigdy. Tu odszukanie odpowiedzi, czyli prawdy, zawsze będzie złożone. Człowiek jest zwierzęciem rozumnym, skrywa w sobie zwierzęcość i racjonalizm, ciało i ducha. Wolimy uproszczone, jednoznaczne odpowiedzi, ale w wypadku przejścia „na tamten świat”, podkreślę – z ziemskiej perspektywy – odpowiedź musi być dwuznaczna. Właśnie dlatego nudzimy się na kazaniach. Nie pojmujemy, gdzie te „światy” się zazębiają.

Śmierć w powietrzu

W ostatni weekend w Topolowie koło Częstochowy rozbił się samolot z grupą skoczków spadochronowych. Katastrofę przeżyła tylko jedna spośród 12 osób. Dlaczego akurat ten mężczyzna?

W ostatni dzień maja, w sobotę w Bielsku-Białej rozbiła się awionetka. Wypadek otworzył serię podobnych katastrof na przestrzeni kilku dni. Sensacyjna wiadomość, że spłonęło dwóch pilotów obiegła ogólnopolskie media. Około południa zadzwoniłem do kolegi pilota, zresztą członka zarządu bielskiego aeroklubu, w obawie, że mogło mu się coś stać. Nie dodzwoniłem się. Jeszcze kilka dni temu spotkaliśmy się przy piwie. Prosiłem, by pozdrowił innego pilota, Pawła, kolegę z klasy. Potem dowiedziałem się, że spotkali się przed hangarem i Kostek przekazał moje pozdrowienia. Kostek oddzwonił późnym popołudniem.

Paweł nie żyje. Pilotował roztrzaskany samolot

-– niemal krzyknął. Wcięło mnie. Paweł był ostatnią osobą, jaką posądzałbym o przedwczesny zgon. Przez pięć lat uczęszczaliśmy razem do technikum elektronicznego. Był zdolny i sumienny. Pierwszą klasę bodaj jedyni kończyliśmy ze świadectwem z „czerwonym paskiem”, ale na elektroników, jednakowo, się nie nadawaliśmy.

Paweł poddał się pasji latania. Marzył o posadzie pilota rejsowego. Nie odziedziczył ani majątku, ani ojca pilota, więc wszystkiego dorabiał się sam, klejąc np. bilbordy na wysokościach.

Stary – mówiłem mu choćby w zeszłym roku – wróżę ci sukces. Komu, jak komu, ale tobie na pewno się powiedzie.

Zginął. Wciąż nie rozumiem „dlaczego”. Zostawił wdowę i wielu kochających go ludzi. Naprawdę, był człowiekiem dobrym i uczynnym.

W trakcie mszy żałobnej zrozumiałem, dlaczego zginął. Homilię wygłosił ksiądz, z którym Paweł czasem latał. Również pilot. Kapłan stwierdził, że nasz wspólny znajomy zwyczajnie dojrzał już do śmierci. Właśnie. Jedni do niej dojrzeli, inni jeszcze nie.

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...