Niedobra i szkodliwa jest dziwaczna afera związana z pracami profesora Szwagrzyka na warszawskim cmentarzu przy ulicy Wałbrzyskiej. A może jeszcze gorsze i bardziej szkodliwe jest uporczywe milczenie IPN w tej sprawie.

Piszę o milczeniu, choć oczywiście opinia publiczna otrzymała lakoniczny komunikat szefa gabinetu prezesa Instytutu na ten temat. Jest on jednak ciężko zrozumiały, nie tłumaczy wiele, mało kto go pojmuje. I trudno się dziwić, chyba został specjalnie tak napisany. Ciężko bowiem uciec od narzucającej się myśli, że władze IPN nie wiedzą, co z tym fantem zrobić, i po prostu uciekają w milczenie. Jest to, oczywiście, najgorsza możliwa z wszystkich strategia PR-owska, wprost gwarantująca, że kłopoty będą narastały, a liczba osób skłonnych do obrony Instytutu będzie malała.

Przypomnijmy: dzień przed końcem pierwszego etapu prac, wykonywanych przez ekipę prof. Szwagrzyka przy Wałbrzyskiej na cmentarzu pojawił się prokurator z policją. Prokuratura mokotowska została bowiem przez pion prokuratorski IPN zawiadomiona o odnalezieniu nieznanych zwłok. I zareagowała, tak jak w każdym innym wypadku. Tak jakby otrzymała zgłoszenie o odnalezieniu trupa na działkach…

Zaś pion prokuratorski IPN zawiadomił prokuraturę powszechną, bo nie chciał zgodzić się na rozpoczęcie śledztwa w sprawie zbrodni komunistycznej – czego chciał Szwagrzyk. Najwyraźniej – choć i tego na pewno nie wiadomo – prokuratorzy z IPN uznali, że profesor nie uprawdopodobnił, iż odnalezione przez niego szczątki to ofiary stalinowskiego terroru.

O co w tym wszystkim chodzi? Trudno przypuścić, aby Szwagrzyk, przecież znany specjalista, dopuścił się jakiegoś jawnego absurdu, czyli np.ogłosił ofiarami komunistów jakieś szczątki pochodzące ewidentnie z czasów Potopu szwedzkiego, czy z lat gierkowskich. A jeszcze trudniej uznać, że nawet, gdyby w jakimś konkretnym wypadku profesor się pomylił, to natrafił na lepszych od siebie fachowców w postaci pp. prokuratorów z IPN, którzy od razu poznali się na jego błędzie…

Krótko mówiąc, sprawa na milę pachnie jakimś konfliktem personalnym, jakąś niechęcią do profesora Szwagrzyka. Profesora, którego misjonarski zapał nie współgra najlepiej z biurokratyczną machiną IPN. A zwłaszcza – jego pionu prokuratorskiego.

IPN-owcy zwracają w tym kontekście uwagę na fakt, że ów pion jest – na mocy obecnie obowiązującej ustawy – de facto kompletnie niezależny od prezesa IPN, który nie może dokonywać w nim zmian personalnych. I w tej sytuacji widzą źródła obecnego skandalu. Zapewne to prawda, tylko że ta prawda nie tłumaczy wszystkiego.

Bo to nie jest pierwsza podobna sytuacja. Od wielu już miesięcy wiadomo, że na powązkowskiej „Łączce” nie dzieje się nic, i że oficjalne terminy uroczystego ponownego pochówku pochowanych tamże Żołnierzy Wyklętych. Spowodowane jest to ewidentnie tym, że IPN nie potrafi przełamać trudnej prawnie sytuacji, w której pozostałych ofiar „łączki” trzeba by szukać pod grobami osób, pochowanych w tym miejscu w latach 70.

Jest to, jak napisałem, sytuacja ewidentnie ciężka i prawnie, i politycznie (groby, które trzeba by przy okazji „ruszyć”, to kwatery oficerów LWP). Ale kiedy w sprawie nic się nie dzieje, a władze Instytutu milczą, to w naturalny sposób pojawia się pytanie, czy próbują one w ogóle jakoś wyjść z tego położenia, czy też spowite siecią niemożności wolą siedzieć cicho i czekać, aż może w jakiś czarodziejski sposób sprawa rozwiąże się sama. A może o niej wszyscy zapomną…? Nie zapomną. Odwrotnie – sytuacje takie jak ta z „łączką” i ta ostatnia z Wałbrzyskiej powodują wysyp teorii, tłumaczących zaniechania Instytutu jego rzekomym przejęciem przez agentów sił zła, a co najmniej strachem przed „mafią ubeckich dzieci”, itd.itp. Dalej trwająca bierność i milczenie władz IPN będą sprzyjać postępującej ekspansji takich wizji, a obrona przed nimi milczących z godnością władz Instytutu będzie coraz trudniejszym i bardziej niewdzięcznym zadaniem. Godne nagłośnienia i pochwały ekstraordynaryjne działania IPN i osobiście jego prezesa, takie jak sprzeciw wobec powrotu na warszawską Pragę pomnika Braterstwa Broni czy – ostatnio – wobec pochowania generała Jaruzelskiego na Powązkach Wojskowych nie zmienią, mimo że są chwalebne, tego stanu rzeczy. Sądzę, że opinia publiczna ma prawo oczekiwać, że w ciągu najbliższych dni władze IPN wyjaśnią – obszernie i kompetentnie – obie wyżej wzmiankowane sytuacje, czyli „Łączki” i tę z ulicy Wałbrzyskiej. I powiedzą, co mają zamiar zrobić w obu tych kwestiach. Jak chcą przełamać pat.

Polityka dalszego milczenia to oczywista gwarancja popadania w coraz większe kłopoty. I coraz większego osamotnienia.