Andrzej Kołodziej dla wPolityce.pl: Kiszczak wsypał swoich. "Jego agenci w każdym kierowanym do podziemia sprzęcie montowali mikronadajnik"

W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych niektórzy moi współpracownicy z Solidarności Walczącej zazdrościli działaczom innych struktur, zaopatrywanych w przemycany z Zachodu, nowoczesny i wydajny sprzęt poligraficzny. W zdecydowanej większości trafiał on do kraju za pośrednictwem brukselskiego przedstawicielstwa związku, z którego Solidarność Walcząca nie otrzymywała nic. My powielaliśmy więc głównie na ramkach a to, że naszych wydawnictw często było więcej, zawdzięczaliśmy ofiarności naszych ludzi.

Po jakimś czasie zauważyliśmy, że świetnie wyposażone podziemne drukarnie NSZZ Solidarność bardzo często „wpadają”. Ich szybkie likwidowanie przez SB początkowo przypisywaliśmy słabej jakości konspiracji, praktykowanej przez naszych przyjaciół z podziemnej Solidarności. Wkrótce zauważyliśmy jednak jeszcze jedno zjawisko. Współpracowaliśmy z wieloma warszawskimi wydawnictwami drugiego obiegu. Nasi ludzie, którzy przyjeżdżali do nich z plecakami po książki, zawsze wracali ciągnąc za sobą esbeckie „ogony”. Zrozumieliśmy, że wydawnictwa te są pod permanentną obserwacją a SB nie likwiduje ich dlatego, że wybrała wariant śledzenia i rozpracowywania wszystkich, którzy z namierzonymi oficynami wydawniczymi się kontaktują. O naszych podejrzeniach informowaliśmy naszych przyjaciół z tych konspiracyjnych struktur. Niestety nie wszystkie nasze ostrzeżenia zostały potraktowane poważnie.

Czas potwierdzał nasze obawy. Nie znaliśmy przyczyny, ale wiedzieliśmy, że z dobrze wyposażonymi podziemnymi wydawnictwami „coś jest nie tak”. Byliśmy więc bardzo ostrożni w tych kontaktach a coraz więcej książek drukowaliśmy sami. Nasi mistrzowie druku potrafili na „sitach” osiągać jakość nie gorszą, niż uzyskiwana na offsetach.

Na początku lat dziewięćdziesiątych wpadła w moje ręce, wydana przez oficynę BGW książka pt. „Generał Kiszczak mówi prawie wszystko”. Sięgnąłem do niej głównie dlatego, że z całkowicie pewnych źródeł dowiedziałem się, że wielu oficerów byłego MSW z najprawdziwszą wściekłością przyjęło jakąś informację, którą Kiszczak w książce tej ujawnił. I rzeczywiście – główny milicjant PRL-u chwali się w niej, że brukselskie biuro Solidarności od pierwszego do ostatniego dnia swojego istnienia było narzędziem Służby Bezpieczeństwa. Właśnie do brukselskiego biura Solidarności napływał z całego wolnego świata sprzęt poligraficzny, który potem przemycany był do Polski i trafiał do podziemia. Kiszczak ujawnił, że jego agenci w każdym kierowanym do podziemia sprzęcie montowali mikronadajnik – niemożliwy do wykrycia przez konspiratorów a emitujący impulsy radiowe, umożliwiające precyzyjne zlokalizowanie, w którym miejscu tak „zainfekowany” sprzęt się znajduje. Wszyscy kontaktujący się ze strukturami zaopatrzonymi przez Brukselę – byli więc dla SB widoczni „jak na patelni”.

Niewielu ludzi jest dla mnie równie mało wiarygodnych, jak Kiszczak, więc jego opowieści, choć logicznej, nie dałem wiary. Najbardziej absurdalne wydało mi się to, że ujawniając te fakty Kiszczak wsypywał swoich. Czyżby nie potrafił się powstrzymać przed pochwaleniem się tym, w jak wielkim stopniu zdołał spenetrować solidarnościową opozycję? Co prawda czasy podziemia się już skończyły, ale także ludzie wywodzący się z brukselskiego biura Solidarności robili wtedy w III RP oszołamiające kariery. Sprawa stała się dla mnie jasne kilka lat później , dzięki dokumentom zachowanym w archiwach IPN. Okazało się, że Kiszczak nie tylko w tym przypadku nie kłamał, ale przyznawał się tylko do części swojego sukcesu. Biuro brukselskie nie tylko wysyłało sprzęt, umożliwiający rozpracowywanie opozycji, ale także realizowało płynące z kraju zamówienia. Jak się okazało – w dużej mierze były to zamówienia składane przez SB. Liczni amerykańscy i zachodnioeuropejscy ofiarodawcy, do placówki kierowanej w Brukseli przez Jerzego Milewskiego, kierowali m.in. najnowocześniejsze urządzenia łączności elektronicznej. Także takie, które były objęte wydanym przez zachodnie rządy zakazem eksportu. Zakazem dyktowanym troską o to, by nowatorskie technologie nie służyły Armii Czerwonej i innym siłom Układu Warszawskiego. Ofiarodawcy byli oczywiście przekonani, że pomagają Solidarności. Skutkiem tego, że Jerzy Milewski i przynajmniej część jego współpracowników była agentami PRL-owskich służb specjalnych, te często nadzwyczajne dary trafiały do rąk - prześladowców Solidarności. A bardzo możliwe, że także do rąk ich sowieckich towarzyszy.

A jak się potoczyły losy szefa brukselskiego biura Solidarności po przełomowym roku 1989? Ten jeden z najbardziej zasłużonych w umacnianiu sowieckiego panowania i zwalczaniu podziemnej Solidarności - w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy a potem Aleksandra Kwaśniewskiego pełnił funkcję szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego…

Ostatnio ukazała się książka Igora Janke pt. „Twierdza. Solidarność Walcząca – podziemna armia”. Cieszę się, że jest wreszcie powszechnie dostępne źródło wiedzy o właśnie takich i wielu innych, mało dotąd znanych a bardzo ważnych faktach.

POLECAMY WSKLEPIKU.PL: „Twierdza. Solidarność Walcząca – podziemna armia”

Autor

Wspieraj uczciwe, wolne, polskie media. Subskrybuj! Wspieraj uczciwe, wolne, polskie media. Subskrybuj! Wspieraj uczciwe, wolne, polskie media. Subskrybuj!
W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...