Chyba już dawno przemysł przykrywkowy, którego centrala działa przy Kancelarii Premiera, a agendy są rozrzucone od Czerskiej po Wiertniczą, nie miał tak łatwo i nie podsunięto mu tak smakowitego kąska jak panna Maria.

Jestem jak najdalszy od pisania o młodej dziewczynie z lekceważeniem lub pogardą. Zapewne nie jest jej łatwo radzić sobie z tą sytuacją, choć zakładam, że musiała wkalkulować w swoje działania efekty uboczne. Jednak skoncentrowanie dyskusji o sytuacji Polski na osobie nastolatki z Gorzowa robi się cokolwiek groteskowe.

Po pierwsze - gołym okiem przecież widać, że zamieszanie wokół panny Marii idealnie wkomponowuje się w plany Igora Ostachowicza. Temat nastolatki można w różnych mediach ciągnąć jeszcze przez dobrych kilkanaście dni, skutecznie przykrywając nim podwyżkę podatku paliwowego, coraz groźniej wyglądającą aferę z pendolino czy targi wokół składu nowej Komisji Europejskiej. A może i jeszcze coś innego, o czym jeszcze nie wiemy, a dowiemy się po czasie.

Po drugie - z całym szacunkiem dla nastolatki z Gorzowa, sprowadzanie debaty o polskiej polityce do tego, czy Tuska można nazywać zdrajcą czy nie oraz co można myśleć o autorce takiej opnii, będącej osobą całkowicie prywatną - jest, by tak rzec, ciut niepoważne. Czy jeśli pani Henia ze sklepu w sąsiedztwie też powie o Tusku, że jest zdrajcą, zrobimy jej podobną reklamę?

Po trzecie - przypadek słynnego swego czasu producenta papryki powinien stanowić memento. Pompowanie ponad miarę osób, które z powodów czasem koniunkturalnych, czasem emocjonalnych czują potrzebę, żeby powiedzieć rządzącym parę dosadnych słów, jest niezmiernie ryzykowne. Dzisiaj panna Marysia nawciska Tuskowi, jutro Korwinowi, a pojutrze Kaczyńskiemu.

Rzecz jasna, jeśli ktoś wyraża krytyczne wobec władzy opinie i z tego powodu dzieje mu się krzywda, należy go bronić. Obojętnie, jakie to opinie i obojętnie, jaka to władza. To kwestia wolności słowa.

Ale to chyba nie ten wypadek - na razie premier sprawia wrażenie szczęśliwego, że przydarzyła mu się taka gratka. I warto chyba z tego na zimno wyciągnąć wnioski.

Łukasz Warzecha