Był jednym z liderów Pomarańczowej Alternatywy, najbardziej wrogo nastawionym do Kościoła. Miał osobiste powody, by nie wierzyć w istnienie Boga. Jako 14-latek stracił ojca. Pijani rosyjscy żołnierze, stacjonujący wówczas we Wrocławiu, staranowali go samochodem wojskowym. Rok później zdarzył się kolejny wypadek. Andrzej wskakiwał do tramwaju. Była zima, ślisko, padał śnieg z deszczem. Osunęła mu się stopa. Gdy się ocknął w szpitalu, zobaczył, że nie ma lewej nogi. Cały jego dotychczasowy świat legł w gruzach. Kiedy do sali wszedł ksiądz, by go wyspowiadać, odmówił. Stwierdził, że Boga nie ma, skoro pozwala na takie rzeczy.

Rzucił się w wir innych spraw. Były lata siedemdziesiąte. Dużo czytał – Krishnamurtiego, Gandiego, Fromma, Kapleau, Che Guevarę, dużo słuchał muzyki – The Doors, Led Zeppelin, Pink Floyd, ale Boga w jego życiu nie było. Na studiach poznał ludzi z wrocławskiej sceny muzycznej – Kamana, Miki Mausoleum, Lecha Janerkę czy Pawła Kukiza, który studiował wtedy we Wrocławiu. Najbliżej zaprzyjaźnił się jednak z Waldemarem Fydrychem, znanym później szerzej jako Major. Z czasem dołączyli do nich inni, m.in. Wiesław Cupała, Marek Bieroń, Piotr Adamcio, i tak w 1980 roku, w okresie karnawału Solidarności, powstał Ruch Nowej Kultury, który jako pierwszy organizował w Polsce happeningi, a w 1981 roku, podczas strajku studenckiego we Wrocławiu, wydał gazetkę „Pomarańczowa Alternatywa”.

Andrzej był wówczas szefem Ruchu Nowej Kultury. Po wprowadzeniu stanu wojennego nie zaprzestał działalności. Razem z przyjaciółmi nadal robili happeningi, malowali na murach krasnoludki, byli aresztowani i bici. Jeździli też na zloty hippisów na Jasną Górę, ale nie po to, żeby się modlić, tylko żeby zbierać wśród młodzieży podpisy pod projektem ustawy zakazującej uprawę maku. Widzieli bowiem, jak śmiertelne żniwo zbiera “kompot”, więc byli zdecydowanymi wrogami “polskiej heroiny”.

Beznadzieja i marazm lat osiemdziesiątych, które wygnały million osób na emigrację, a wiele doprowadziły do depresji, miały wpływ także na Andrzeja. Owszem, można było obśmiać absurdalną rzeczywistość raz czy drugi, ale nie można było cały czas uciekać w dowcip. Na czymś trzeba było się przecież oprzeć. Trzeba mieć jakiś cel w życiu. Wtedy, jak sam wspominał, coś się w nim wypaliło. Nic go już nie cieszyło. Popadł w depresję. Zastanawiał się, czy jego życie ma w ogóle sens.

Podobne pytania stawiali sobie wówczas także jego przyjaciele. Szukali w buddyzmie, jodze, chrześcijaństwie… Jemu jednak wszystkie religie wydawały się równie obce i dalekie. Wymyślił więc sobie modlitwę do Boga bezwyznaniowego i zaczął się modlić słowami: „Boże, jeśli jesteś, daj mi cud”.

Gdy szykował się do zażycia tabletek, by popełnić samobójstwo, ktoś zastukał do drzwi. Był to kolega z liceum, z którym nie widzieli się od lat. Wpadł niespodziewanie, żeby pogadać. Gdy po jakimś czasie wyszedł, Andrzej poczuł się zmęczony i zasnął. Jak opowiadał: widział we śnie czerwone słońce i ołtarz. Słyszał też głos, który mówił, że go uratuje. Było to tak mocne doświadczenie, iż po przebudzeniu Andrzej wiedział, że musi iść do kościoła.

Musiał pokonać swój opór, ponieważ Kościół wydawał mu się bezduszną strukturą sprawującą martwy rytuał, gdzie ludzie zbierają się, by rutynowo i bez refleksji wypełnić to, co uważają za swój kolektywny obowiązek. Zaczął jednak chodzić na Msze, czytać Biblię. Niespodziewanie dla siebie w Kościele odnalazł sens życia, odzyskał radość, uwolnił się od lęków, zyskał wewnętrzną wolność.

Zaangażował się we wspólnotę Odnowy w Duchu Świętym, a w latach dziewięćdziesiątych w działalność chrześcijańskiej sceny rockowej. Brał udział w rekolekcjach muzycznych w Ludźmierzu. Przez półtora roku towarzyszył New Life Music, dając na koncertach swoje świadectwo o Bogu. Przez lata jeździł też z Arką Noego, o której napisał książkę. Pracował również jako wolontariusz przy terapii alkoholików i narkomanów. Zainicjował też publiczne modlitwy o pomyślność Wrocławia w konwencji koncertów rockowych.

Andrzeja znałem od lat. Był jedną z niewielu osób, która potrafiła opowiadać o Jezusie jak o żywej, realnej osobie, z którą się codziennie spotyka i ma z nią bliski osobisty kontakt. Nie było w tym nic naiwnego czy infantylnego, lecz pewność człowieka, którego wiara przeszła przez ognisty piec zwątpienia. Potrafił tą wiarą zarażać innych, dawać im nadzieję, mówić o miłości, której doświadczył. Dzięki niemu wiele osób wyzwoliło się z rozpaczy i poczucia bezsensu życia. Będzie mi brakować jego SMS-ów, które wysyłał mi regularnie i zawsze kończył tymi samymi słowami: “Jezus żyje!”.

Grzegorz Górny

Andrzej Dziewit zmarł 26 maja. Msza pogrzebowa odbędzie się w poniedziałek, 2 czerwca, w kościele św. Augustyna przy ul. Sudeckiej we Wrocławiu, a uroczystości pogrzebowe tego samego dnia o godz. 12.45 na Cmentarzu Osobowickim.

———————————————————————————————————— ————————————————————————————————————

Gorąco polecamy zakup książki:„Niezawodna wiara” autorstwa ks. Marka Dziewieckiego.