Prof. Michał Wojciechowski w przeciwieństwie do niektórych prawicowych publicystów określających osoby z jednym czy dwójką dzieci jako materialistów, trzeźwo patrzy na ten dewastujący naszą cywilizację problem. To nie hedonizm powoduje brak dzietności, a zabijające Polaków obciążenia fiskalne.

Prof. Michał Wojciechowski z osobistych powodów jest dla mnie autorem i naukowcem bardzo ważnym. Jego błyskotliwe wykłady z Nowego i Starego Testamentu należały do najlepszych na studiach teologicznych, zaś wolnorynkowe idee zawarte w jego publicystyce pomogły ukształtować mój libertariański w sprawach gospodarczych światopogląd. Jednak nie tylko z tego powodu z uwagą pochylam się nad każdą kolejną pozycją wydaną przez naukowca.

Od lat prof. Wojciechowski oprócz znakomitych prac z zakresu biblistyki, wydaje też najróżniejsze zbiory swojej publicystyki. Nie zawsze zbiory tekstów pisanych w różnym okresie w postaci książki są pozycjami atrakcyjnymi. Często są one naznaczone brakiem spójności i powtarzalnością tez. **Nie odnosi się to jednak do książek publicysty m.in. „Idziemy” i „Rzeczpospolitej”, które mają przemyślaną strukturę i zamieszczone w nich teksty tworzą spójną całość.

Wojciechowski zresztą w Polsce jednym z niewielu autorów, którzy szukają w Piśmie Świętym ekonomicznych treści. Kilka tekstów teologa o wolnym rynku i Biblii przeszło już do klasyki myśli libertariańskiej w Polsce. Najnowsza pozycja Wojciechowskiego jest przyjrzeniem się przez pryzmat liberalizmu gospodarczego rodzinie. „Za rodziną=z rodziną pod prąd” (wyd. Petrus) to podsumowanie publicystycznej walki, jaką Wojciechowski od lat toczy z lewicą. Walki na różnych polach i płaszczyznach. Od sprzeciwu wobec pomysłów by 6-latki szły do szkół, przez walkę z lewacką „pierekowką duch”, która w genderowym świecie ma miejsce już od przedszkola, aż po krucjatę przeciwko socjalistycznym zapędom polityków, chcących mieć coraz większą kontrolę nad podstawową komórką społeczną. Siłą książki Wojciechowskiego, który jest też ekspertem Centrum im. Adama Smitha jest całościowe spojrzenie na istotę funkcji rodziny w społeczeństwie. Wojciechowski nie tylko dokonuje więc analizy ekonomiczno-społecznej omawianego problemu, ale zaczepia ją w Piśmie Świętym. Ten biblista i piewca wolnego rynku, który niegdyś został nazwany przez Magdalenę Środę barbarzyńcą, przyzwyczaił do błyskotliwego łączenia ze sobą idei wolnorynkowej i Biblii. Nie inaczej jest w przypadku apologetyki rodziny.

W Piśmie Świętym jest podobnie. Naród izraelski wywodzi się z jednej rodziny. Historycznie stanowił on federację spokrewnionych plemion, klanów spojonych więzami krwi. Miłość rodzinna ma w Piśmie Świętym ogromne znaczenie. Państwo powstało wtórnie, z powodu konieczności obrony kraju przed wrogami. Z państwem wiążą się zagrożenia: konkurencja władzy z Bogiem, zdzierstwo podatkowe i zniewolenie (por. Sdz 8, 22-23; 9, 8-21; 1 Sm 8; 12; Prz 29, 4).

pisze Wojciechowski, który dodaje, że rodzina zawsze była pierwotna wobec państwa, które w przeciwieństwie do niej nie istniało od zawsze. Autor nie byłby sobą, gdy w pracy o rodzinie nie wytknął właśnie niszczycielskiej siły wszechmocnego państwa i pożerającej niczym nowotwór wszystko biurokracji. „Ponieważ przestrzeń społeczna jest ograniczona, im więcej miejsca zajmie w niej państwo, tym mniej zostanie dla rodziny, dla religii, dla stowarzyszeń i dla wszelkich oddolnych form więzi między ludźmi.”- zauważa teolog. Część wniosków Wojciechowskiego oczywiście nie spodoba się również etatystom z polskiej prawicy. Autor jest zdecydowanym przeciwnikiem nie tylko scentralizowanego państwa, ale również obecnego systemu emerytalnego, który jego zdaniem niszczy chęć posiadania potomstwa i degeneruje społeczeństwo. Autor podkreśla, że emerytury państwowe mają strukturę piramidy finansowej. Dziś zbiera się pieniądze i je wydaje, a przyszłe emerytury obiecuje z tego, co wypracują następne pokolenia. Jego zdaniem wysokie podatki ( w tym nazwana dla niepoznaki inaczej składka emerytalna) powodują, że Polaków po prostu nie stać na dzieci. Wojciechowski w przeciwieństwie do wielu duchownych czy katolickich publicystów piętnujących osoby z jednym czy dwójką dzieci jako materialistów, trzeźwo patrzy na ten dewastujący naszą cywilizację problem. Niestety wielu konserwatywnych komentatorów zamiast realnie spojrzeć na przyczynę braku wielodzietnych rodzin, woli w zacietrzewieniu, i z manią wyższości głosić potrzeby wprowadzania „bykowego” albo karać finansowo ( wyższe podatki) osoby z mniejszą liczbą dzieci. Rozwiązanie demograficznych kłopotów jest jednak o wiele prostsze.

Pięknoduch powie, że nie można sprowadzać decyzji o posiadaniu dzieci do motywów materialnych. Zgoda, ale zarazem nie wolno ich pomijać, jak czynią i demagogiczni moraliści, i krótkowzroczne rządy, dążące do maksymalizacji wpływów do budżetu. Na płaszczyźnie religijnej warto zacytować maksymę „łaska zakłada naturę”, która oznacza, że wymiar duchowy zaszczepia się na naturalnych możliwościach ludzi.

pisze trzeźwo biblista. Przeciętna polska rodzina na etacie oddaje około dwóch trzecich zarobków państwu, które następnie nie jest w stanie nawet zagwarantować jej przyzwoitej służby zdrowia i edukacji. Szkoła zdaniem Wojciechowskiego jest systematycznie dewastowana przez lewicowe pomysły, objawiające się w „bezstresowym wychowaniu” czy poprawności politycznej. Wojciechowski już w latach 90-tych postulował zresztą wprowadzenie bonu oświatowego, który wyrwałby szkoły w jakimś stopniu z rąk urzędasów i przekazał je rodzicom. Dla autora państwowe szkolnictwo jest „socjalistycznym mamutem”, który trzeba sprywatyzować. Czy jest to kolejny korwinowski populizm? W żadnym razie, bowiem prof. Michał Wojciechowski w przeciwieństwie do ośmieszającego wciąż wolny rynek celebryty z muszką potrafi racjonalnie uzasadnić swoje postulaty, i opiera się na naukach najwybitniejszych ekonomistów z Miltonem Friedmanem na czele.

Choć nowa książka Wojciechowskiego podobnie jak jego poprzednie pozycje spodoba się każdemu miłośnikowi wolności jednostki i wolnego rynku, to jednocześnie pozostawi po lekturze gorycz. Niestety przywiązany do konserwatywno-liberalnych zwolennik prawdziwej prawicy po raz kolejny musi sobie uświadomić, że w politycznej pierwszej lidze nie ma partii, która wyrażałaby jego poglądy. Niegdyś liberalny premier podwyższa podatki i populistycznie podkreśla „socjalliberalizm”, zaś lider opozycji jest nierozerwalnie związany z siłą rzeczy antyliberalnymi związkami zawodowymi. Może jednak chociaż rosnące poparcie dla niepoważnego Korwina jest dowodem, że wolnorynkowa kropla drąży skałę, i kiedyś istotna siła polityczna ją skonsumuje.

Łukasz Adamski