„Superniania” promuje przemoc

Fot.sxc.hu
Fot.sxc.hu

Mój artykuł „Surowi rodzice” promują przemoc dotyczy, jak sam tytuł wskazuje, przede wszystkim emitowanego obecnie na antenie TVN reality show o zbuntowanych nastolatkach. Wszystkie zawarte w tym tekście tezy można jednak odnieść również do pozostałych rozrywkowych programów pseudowychowawczych, z „Supernianią” na czele.

Gorszy od „Surowych rodziców”

Program „Superniania” nie mniej niż „Surowi rodzice” upokarza bowiem biorące w  nim udział dzieci, promuje przedmiotowe, oparte na przemocy i tresurze, pozbawione szacunku traktowanie dzieci i może być uznany za jeszcze gorszy od show o rozwydrzonych nastolatkach przemieniających się w  grzeczne aniołki za sprawą magii dyscypliny i przerzucania gnoju. Gorszy, bo dehumanizujący i krzywdzący małe dzieci, które nie mają absolutnie nic do powiedzenia, są całkowicie bezbronne, w żaden sposób nie mogą się obronić, ukryć, uciec – ani podczas realizacji programu, np. przed operatorami nagrywającymi je w wannie albo toalecie, ani później, gdy muszą zmagać się z przykrymi konsekwencjami upublicznienia negatywnego wizerunku. Oczywiście nastolatki także nie mają wpływu na sposób, w jaki zostaną ukazane w  telewizji, ale mają one więcej możliwości okazania sprzeciwu czy podjęcia dyskusji, a przede wszystkim: mogą odmówić uczestnictwa w show, czego kilkuletnie dziecko zrobić nie może. Decyzję o udziale w  programie podejmują bowiem jego rodzice, którzy – nie dbając o własną prywatność – nie chronią również prywatności swoich dzieci.

Kilkulatek biorący udział w tym programie może krzyczeć, płakać, mówić wprost, że 

gdyby nie ta debilna telewizja, to byłoby normalnie,

pluć na kamerę, niszczyć lampy przyniesione do domu przez ekipę telewizyjną i w  jakikolwiek inny sposób wyrażać sprzeciw wobec sytuacji, w której znajduje się wbrew swojej woli, ale nikogo nie obchodzi jego zdanie. Dziecko w „Superniani” jest zepsutą zabawką, którą naprawić może tylko telewizyjny „ekspert”. Ukazane zawsze, bez względu na okoliczności, jako rozwydrzony bachor, nieznośny potwór, który owszem, może przemienić się w słodkiego brzdąca, ale tylko dzięki niani z TV. W programie tym bowiem jest tylko jeden pozytywny bohater – prowadząca, Dorota Zawadzka. Dzieci są złe, rozpuszczone, niegrzeczne, a rodzice – głupi, niekompetentni, bezradni.

Każdy z 31 odcinków tego reality show ukazuje uczestników w taki sam, wybitnie negatywny sposób i ma charakter rozrywkowy, nie edukacyjny. Biada tym, którzy chcieliby czerpać z niego konkretne porady wychowawcze! Niejasność i niezrozumiałość metod lansowanych przez ten program jest zresztą uwidoczniona nawet w kilku jego odcinkach, ukazujących rodziców, którzy starali się wprowadzić w życie porady z  show, ale robili to „źle” i musieli zaprosić jego realizatorów do  swojego domu. Z jednej strony podkreśla to pełnioną przez prowadzącą program rolę wróżki posiadającej wiedzę niedostępną zwykłym śmiertelnikom i jedynej osoby, która może poradzić sobie z dzieckiem, z  drugiej – uwidacznia nieumiejętność skutecznego edukowania widzów i niejednoznaczność promowanych „metod”.

Jeden z takich odcinków, w którym udział wzięli rodzice czerpiący porady z  tego programu, pozwolę sobie pokrótce omówić. Wystąpiła w nim rodzina składająca się z mamy, taty, 3-letniego synka i córeczki w wieku niemowlęcym. Danych osobowych nie podaję, choć producenci w swojej ogromnej „trosce” o los uczestników w każdym odcinku podają miejsce zamieszkania rodziny oraz imiona i nazwiska wszystkich jej członków, a  niekiedy nawet dokładny adres (!). Jest to oczywiście praktyka całkowicie naganna, potęgująca ryzyko negatywnych skutków udziału w  programie, ale kto by się przejmował takimi szczegółami? Liczy się show, żadne prawa nie mają znaczenia.

„Drżyjcie urwisy, gagatki i ancymony!”

Podobnie jak w „Surowych rodzicach”, również w „Superniani” narrator od samego początku każdego odcinka mówi widzom, co mają myśleć o występujących w  nim dzieciach. Na wstępie analizowanego odcinka dowiadujemy się więc, że trzylatek to zakłócający spokój domowników

tytan głośnego sprzeciwu, mistrz ciętej riposty,

sprawiający, że 

rodziców ogarnia strach.

Tej zdecydowanie pejoratywnej prezentacji towarzyszą sceny obrazujące niewłaściwe zachowania dziecka i spowodowany nimi „strach” rodziców. Kiedy więc narrator mówi, że chłopiec jest mistrzem riposty, na ekranie widzimy dziecko używające słowa „kulwa”, a informacja, że „rodziców ogarnia strach”, jest zilustrowana sceną ukazującą matkę, która wymierza malcowi policzek.

Taki sposób przedstawiania tworzy wizerunek nie tylko uprzedmiotawiający dziecko, ale też oskarżający je o odpowiedzialność zarówno za jego złe zachowanie (choć oczywistym jest, że trzylatek sam wulgaryzmów nie wymyślił, lecz usłyszał zapewne od rodziców i używa tych słów bez wiedzy o ich nacechowaniu czy, tym bardziej, znaczeniu), jak i – za reakcje rodziców (rodzice bojąc się jego zachowania, uciekają się do wszelkich możliwych metod, w tym przemocy fizycznej, by jakoś okiełznać tego zagrażającego im, wzbudzającego „strach” potwora). Trzyletnie dziecko jest ukazywane jako winne nieodpowiedniego postępowania własnego i swoich rodziców. A nie minęło nawet 20 sekund programu. Dalej jest już tylko gorzej.

W ciągu kolejnych kilku minut następuje prezentacja rodziny, w tym oczywiście przede wszystkim trzylatka. Z wypowiedzi rodziców dowiadujemy się, że chłopiec jest inteligentny, kocha swoją młodszą siostrę i  okazuje jej czułość, a właściwie jedynym problemem jest fakt, że 

na  każdą prośbę odpowiada jednym krótkim słowem

(słowem „nie”, którego dziecko – jak w analizowanym przeze mnie odcinku „Surowych rodziców” – nie ma prawa wypowiadać) i że zdarza mu się bić, kopać, pluć i rzucać przedmiotami. Słowom tym towarzyszą ilustrujące tę wypowiedź sceny, w  których chłopiec mówi lub krzyczy „nie” albo bije rodzica przypominającego, że bić nie wolno, oraz komentarze Doroty Zawadzkiej, stwierdzającej w drodze do rodziny, że dziecko to

ancymon pierwszej klasy

niezły rozrabiaka.

Nawet jeśli przyjmiemy, że nie są to inwektywy, bez wątpienia określenia tego rodzaju pokazują lekceważący i pozbawiony szacunku stosunek do dziecka.

Na wypadek, gdyby widz chciał spojrzeć na dzieci w tym programie jak na  pełnoprawnych ludzi, którym należy się szacunek, narrator (tak samo jak w „Surowych rodzicach”) w czasie trwania każdego odcinka przypomina, gdzie jest ich miejsce i kim (a właściwie: czym) w istocie są. W tym odcinku obwieszcza m.in.:

Drżyjcie urwisy, gagatki i ancymony! Wielki powrót karnego jeża jest faktem!.

Nawet nielicznym scenom ukazującym dzieci w sposób neutralny czy nawet pozytywny towarzyszą zwykle komentarze – wypowiadane przez narratora, prowadzącą albo rodziców – uprzedmiotawiające, lekceważące i przypominające, że „grzeczność” jest wynikiem tresury.

(Bez)błędna diagnoza

Jeśli ktoś nie wie, że jednym z teoretycznych założeń współtwórców „Superniani” jest wyrażanie sprzeciwu wobec kar cielesnych, z tego odcinka raczej się tego nie dowie. Oto bowiem – jeszcze w początkowej prezentacji rodziny – ojciec mówi jak o czymś całkowicie oczywistym, że daje

czasami dziecku klapsa. Ten klaps potrafi przywrócić do pionu

(a w tle oczywiście widzimy dziecko bite i płaczące, choć nawet autorzy instrukcji bicia dzieci mają w sobie tyle ludzkich uczuć, by odradzać karanie publiczne, jako wyjątkowo upokarzające dla dziecka). Prowadząca program mówi oczywiście, że 

klaps to nie jest żadna metoda wychowawcza,

ale to jedyne słowa, jakie wypowiada – wciąż w drodze, właściwie mimochodem – na temat tej najbardziej akceptowanej w naszym kraju formy bicia dzieci. W dalszej części odcinka dowiadujemy się, że policzkowanie jest złe – co ciekawe, tę opinię podziela również ojciec, który bije nie w twarz, tylko w pupę (przy okazji przypomnę, że dla dziecka nie ma najmniejszego znaczenia, w którą część ciała jest bite i każde uderzenie słabszej, zależnej od nas istoty, jest naganne i przeciwskuteczne) – a poza tym nic, ani słowa na temat szkodliwości, nieskuteczności, amoralności stosowania kar cielesnych.

Jest to tym bardziej dziwne, że przecież bity trzylatek, bijąc i kopiąc, nie robi nic innego niż naśladowanie rodziców. A kiedy bijący rodzic mówi dziecku, że

nie wolno bić –

jak ojciec tego trzyletniego chłopca – uczy je ponadto hipokryzji, nieprzywiązywania wagi do zgodności słów i  czynów. To tak oczywiste, że nie trzeba być psychologiem, by to  wiedzieć. A jednak widzowie nie dowiedzieli się tego z omawianego odcinka, mimo iż można pokusić się o graniczące z pewnością przypuszczenie, że to właśnie przemoc, jakiej chłopiec doznaje, jest przyczyną jego nieakceptowanych zachowań – bicia, kopania etc. Dziecko tylko naśladuje rodziców, nic więcej.

Telewizyjny ekspert (lub osoby odpowiedzialne za reżyserię, którym brakowało tego „problemu” w serii) ma jednak inną „diagnozę” (stawianą zresztą – jak wszystkie inne w tym programie – wbrew etyce zawodowej, według której psychologa obowiązuje tajemnica). Twierdzi mianowicie, że chłopiec

jest książkowo, podręcznikowo zazdrosny o swoją siostrę,

czym wzbudza zdziwienie rodziców i tych widzów, którzy pamiętają, co  rodzice mówili na początku odcinka tj. że w tej kwestii nie ma żadnych kłopotów, przeciwnie: chłopiec

pozytywnie zareagował na swoją siostrę: przytula ją, głaszcze, całuje.

Nawet jeśli w rzeczywistości prowadząca program wyjaśniła rodzicom związek między przemocą, jakiej dziecko doznaje, a przemocą przez nie stosowaną, pozostałe osoby odpowiedzialne za produkcję odcinka nie zawarły tych słów w odcinku, co jest błędem kardynalnym, wpływającym na wizerunek dziecka i rodziców oraz odbiór programu. Ponownie bowiem trzyletni chłopiec zostaje obarczony odpowiedzialnością. Widzowie słyszą, że zachowuje się źle, bo „jest zazdrosny” (a nie: ponieważ doznaje przemocy i naśladuje zachowania dorosłych, albo chociaż: bo otrzymuje od rodziców zbyt mało uwagi). Jak wiadomo, zazdrość uważana jest za emocję negatywną, co jeszcze bardziej pogłębia „winę” dziecka.

„Superniania” zawsze ma rację

Błędów, które wpływają na odbiór programu, w tym zwłaszcza lansowanych w nich metod wychowawczych, jest zresztą więcej, w każdym odcinku. Analizowałam kiedyś przykłady niekonsekwentnego definiowania i stosowania w „Superniani” metody time out, czyli tzw. karnego jeżyka, które sprawiają, że widzowie pragnący czerpać z tego programu wzorce wychowawcze (w tym uczestnicy omawianego odcinka) mają nie lada problem. Nie będę znęcać się nad tym biednym jeżykiem, a do tego, co już na ten temat napisałam, dodam tylko, że w tym odcinku prowadząca mówi do  trzyletniego dziecka:

Za każdym razem, jak zrobisz coś, czego ci zrobić nie wolno, to będziesz musiał usiąść na tym jeżu i odsiedzieć tyle czasu, ile masz lat!

"Tyle czasu, ile masz lat" – czyli trzy lata na karnym jeżyku. Oczywiście, każdemu zdarzają się  przejęzyczenia etc., ale po pierwsze, zwracając się do dziecka w tak ważnej dla niego sprawie, wypadałoby uważać na słowa, a po drugie, za  produkcję tego programu odpowiedzialnych było wiele osób i żadna nie zauważyła tego (i wielu innych w tym i wszystkich pozostałych odcinkach) błędu. Świadczy to ewidentnie o lekceważącym stosunku nie tylko do  dzieci uczestniczących w programie oraz ich wizerunków, ale też do  ostatecznego efektu produkcji, przesłania i odbioru „Superniani”.

Liczyło się tylko to (oczywiście poza najważniejszym celem: zyskiem), by nagrać jak najwięcej prawdziwych, choć w razie konieczności sprowokowanych, emocji zarówno dzieci, jak i rodziców, po czym naprędce i byle jak, nie dbając nawet o chronologię wydarzeń lub celowo nią manipulując, zmontować odcinki odpowiadające wymogom formatu, tj. ukazujące prowadzącą w pozytywnym świetle, a pozostałych uczestników – w świetle negatywnym. Nawet jeśli to sztuczne „światło” przeczy rzeczywistości, przekaz zawsze musi być taki sam: „Superniania” wygrywa.

W tym odcinku widzowie są przekonywani, że oglądają jej spektakularne „zwycięstwo” w kwestii nauki samodzielnego zasypiania i poznają superskuteczne metody, które działają od pierwszego razu. Prowadząca informuje ojca, który ma towarzyszyć dziecku podczas pierwszej próby zaśnięcia we własnym łóżku, że „prawidłowo” to powinno wyglądać tak:

Jest bajka, buzi i mówisz: „jest pora spania” i siedzisz w taki sposób, że  nie nawiązujesz z nim kontaktu wzrokowego i jesteś z nim obok. Nic nie mówisz, nie siadasz na łóżku, nie kładziesz się na łóżku.

W innych odcinkach ten sposób usypiania wiązał się z ogromnym cierpieniem dzieci, jak najbardziej zresztą zrozumiałym, bo moment, gdy rodzic przestaje reagować na jakiekolwiek bodźce, siedzi jak słup wpatrzony w ścianę, jest dla potrzebującego bliskości dziecka (i dla dorosłego, wobec którego ktoś zachowałby się w ten sposób) po prostu przerażający. Tym razem jednak obyło się bez płaczu, protestów, krzyków przerażenia i  odtrącenia. Ojciec bowiem, wbrew radom eksperta, by przemienić się w  zimny głaz, siedział przy łóżku chłopca, ale przez cały czas przytulał go i głaskał (czyli robił to, co już wcześniej ułatwiało dziecku zasypianie w łóżku rodziców). Laur zwycięstwa otrzymała jednak prowadząca program, która oczywiście nie dodała, że znacznie lepszą metodą usypiania dziecka jest zapewnienie mu poczucia bezpieczeństwa i  bliskości, a narrator dodatkowo skomentował tę sytuację, mówiąc, że  chłopiec

nieco spokorniał!

Promocja tresury i przemocy

Za wspomnianą powyżej „kulwę” trzylatek został posadzony na karnym jeżu (oczywiście bez żadnego wyjaśniania, dlaczego niektóre słowa są  „brzydkie”, czy wnikania, skąd je zna), a później jeszcze – ponieważ nie uspokajał się, a wręcz przeciwnie – mama wymierzyła mu policzek. Za ten czyn przeprosiła później... swojego męża (nie syna!), co – zwłaszcza w  połączeniu z faktem, że dziecko po odbyciu kary na jeżu ma obowiązek przeprosić dorosłego, nawet jeśli nie ma za co lub nie czuje skruchy – stanowi kolejny przykład budowania wizerunku dziecka pozbawionego jakichkolwiek praw przysługujących dorosłym. Dziecka nie trzeba szanować ani przepraszać, nie trzeba liczyć się z jego zdaniem i uczuciami – oto przesłanie tego i wszystkich innych odcinków programu „Superniania”.

Lekceważący, pozbawiony szacunku stosunek do dzieci widoczny jest w każdym elemencie tego programu – od pejoratywnych, pogardliwych, oskarżających dzieci o  problemy całej rodziny określeń używanych przez narratora, prowadzącą, a także samych rodziców (np. na wstępie tego odcinka mama zaprasza telewizyjnego eksperta, mówiąc:

Obiecujemy, że my jako dorośli będziemy grzeczni, natomiast ręczyć za nasze dzieci nie możemy. I weź  karnego jeżyka, bo na pewno się przyda,

poprzez fakt, że dorośli rozmawiają o dzieciach przy nich, traktując je jak zepsute, nierozumne meble, aż po manipulujący wizerunkiem wszystkich uczestników montaż i upublicznienie dziecięcej prywatności.

Sposób ukazywania dzieci w „Superniani” – znów podobnie jak w „Surowych rodzicach” – utrwala nadal powszechne w naszym społeczeństwie przekonanie, że „dzieci i ryby głosu nie mają”, i uniemożliwia respektowanie, czy choćby dostrzeganie podmiotowości i praw dziecka. Rodzice w omawianym odcinku, choć oglądali wcześniej ten program i  starali się stosować zalecane w nim metody, nie zrezygnowali z klapsów, a jedynie dodali time out do swego repertuaru kar. Ogólnym przesłaniem tego programu jest bowiem promocja wszechwładzy dorosłych i tresury dzieci oraz lansowanie wychowania opartego na przemocy. Wychowania, które kształtuje ludzi bez woli, bez własnego zdania i bez odwagi wyrażania sprzeciwu, biernych i uległych wobec każdej władzy, lub – gdy sami tę władzę sprawują (choćby w roli rodziców) – powielających przemocowe zachowania i depczących godność innych.

Anna Golus

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...