"Surowi rodzice" promują przemoc, czyli przepis na to jak nie wychowywać dzieci

Fot. YouTube
Fot. YouTube

Zły program może być jeszcze gorszy, a pozbawieni empatii twórcy uprzedmiotawiający dzieci dla pieniędzy i rozrywki – jeszcze bardziej nieludzcy i nastawieni na zysk za wszelką cenę - Anna Golus opisuje początek nowego sezonu „Surowych rodziców”.

Wiele słów krytyki padło już pod adresem emitowanego na antenie TVN reality show „Surowi rodzice”. Katarzyna Kubisiowska w artykule Zimny chów („Tygodnik Powszechny” 2012, nr 33) określiła ten program bardzo trafnym mianem „przepisu na to, jak nie wychowywać dzieci”. Również w 2012 roku psycholodzy i psychoterapeuci z centrum „Po zmianę” w petycji do władz stacji wnieśli „jednoznaczny sprzeciw wobec emisji na antenie TVN i platformie internetowej tvnplayer.pl programu „Surowi rodzice”, którego treści są wysoce szkodliwe społecznie, gdyż uderzają w najwyższą wartość, którą zapewnia Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej – godność człowieka – i naruszają porządek społeczny”. Ja także w wielu tekstach publikowanych w prasie (m.in. w „Tygodniku Powszechnym” i „W sieci”) oraz internecie zwracałam uwagę na problem uprzedmiotawiania dzieci w reality show. Coraz większy problem.

Zapowiedź przemocy

3 marca rozpoczęła się emisja trzeciego sezonu tego programu. Starałam się mieć nadzieję, że producenci wzięli sobie do serca choć część argumentów przytaczanych przez publicystów i ekspertów krytykujących program, ale już zwiastun nowej serii każe o nadziei na jakiekolwiek pozytywne zmiany zapomnieć. Już bowiem w trailerze widać, że kolejny sezon „Surowych rodziców” będzie co najmniej tak zły jak poprzednie, a najprawdopodobniej jeszcze gorszy, jeszcze brutalniej depczący prawa dziecka, jeszcze bardziej upokarzający i uprzedmiotawiający nastolatków i promujący jeszcze mniej godne naśladowania wzorce wychowawcze. W tej zaledwie 30-sekundowej zapowiedzi trzeciej serii producentom udało się zamieścić kilka przykładów naruszania nietykalności cielesnej dzieci, czyli – stosowania wobec nich przemocy fizycznej.

Widzowie nie zauważą w tym jednak łamania praw dziecka i człowieka – nie dlatego, że to zaledwie parosekundowe urywki, lecz dlatego, że zgodnie z intencją twórców będą widzieć w tych nastolatkach „rozwydrzone bachory”, które „zasłużyły” na takie traktowanie, a w stosujących przemoc „surowych rodzicach” – dobrych, konsekwentnych wychowawców wskazujących zbłąkanym nastoletnim duszyczkom jedynie słuszną drogę posłuszeństwa i uległości. Wypowiadane przez nastolatków słowa:

Dotykać to sobie możesz swoją żonę i dzieci, a nie mnie

czy – tym bardziej –

Weź mnie, k***a, zostaw! -

zostaną więc odebrane jako „pyskowanie” krnąbrnych dzieciaków, a ewidentna przemoc fizyczna stosowana przez dorosłych: szarpanie, ściąganie za nogi z kanapy, wylewanie wody na głowę i zdzieranie koca z leżącej w łóżku nastolatki – jako godne naśladowania, skuteczne i dobre metody wychowawcze.

Po obejrzeniu tego trailera nie miałam już żadnych nadziei na jakiekolwiek, choćby minimalne, pozytywne zmiany sposobu ukazywania dzieci w programie „Surowi rodzice”. To, co zobaczyłam w pierwszym odcinku trzeciej serii – wraz z poświęconym mu fragmentem „Dzień dobry TVN” – zaskoczyło mnie jednak i przeraziło. Okazuje się bowiem, że zły program może być jeszcze gorszy, a pozbawieni empatii twórcy uprzedmiotawiający dzieci dla pieniędzy i rozrywki – jeszcze bardziej nieludzcy i nastawieni na zysk za wszelką cenę.

To po prostu skandal!”

Nieznośni, zadufani w sobie i rozpuszczeni” – tymi słowy narrator opisuje bohaterów premierowego odcinka kolejnego sezonu „Surowych rodziców”. Od pierwszych sekund programu widzowie mają więc już wyrobioną opinię o jego bohaterach: zaledwie 15 letnich Mateuszu i Klaudii. Zupełnie inaczej przedstawiani są opiekunowie, do których – zgodnie z zasadami formatu – nastolatkowie przeprowadzają się na tydzień, by poznać smak dyscypliny i pracy fizycznej, a dzięki temu w cudowny, możliwy tylko w telewizji, sposób zmienić się w grzeczne aniołki. Wszystko, co robią na ekranie „surowi rodzice”, jest odbierane jako słuszne i dobre. W programie tym bowiem linia podziału między „dobrem” a „złem” jest zarysowana bardzo wyraźnie: pozytywnymi bohaterami są zawsze opiekunowie, a negatywnymi – nastolatkowie. Wszelkie ewentualne wątpliwości widza (choć prawdopodobieństwo ich wystąpienia jest bardzo małe, bo nawet muzyka podkreśla pozytywny lub negatywny wizerunek poszczególnych postaci) rozwiewa wszechwiedzący narrator.
Aby więc nikt nie poczuł sympatii do nastoletnich bohaterów, narrator w pierwszych sekundach odcinka podkreśla, że są oni „nieznośni, zadufani w sobie i rozpuszczeni”, i jeszcze w pierwszej minucie „przedstawia” nastoletnią bohaterkę pełnymi lekceważenia, a nawet pogardy słowami:

Nikt nie docenia wysiłku, jaki Klaudia wkłada w to, aby zawsze dobrze wyglądać. Wszyscy czepiają się o jakąś głupią, zawaloną szkołę. Życie to po prostu skandal!.

Postać drugiego nastolatka, Mateusza, przybliżana jest oczywiście w podobny sposób. I to jest naprawdę skandal. Skandaliczny jest sposób ukazywania dzieci w tym i podobnych programach, skandaliczny jest współudział przy ich produkcji psychologów i wreszcie skandaliczny jest brak reakcji obecnego Rzecznika Praw Dziecka (Marek Michalak nadal problemu nie widzi lub udaje, że nie widzi – w odróżnieniu od pełniącego tę funkcję wcześniej i już 10 lat temu wielokrotnie zwracającego uwagę na naruszanie godności dzieci m.in. w emitowanej wówczas na TVP 2 telenoweli dokumentalnej „Kochaj mnie” Pawła Jarosa).

Dzieci – niebezpieczne bestie

Ukazywanie nastolatków jako odczłowieczonych „bestii” (przypominam, że pierwszemu sezonowi „Surowych rodziców” towarzyszyło hasło „To nie dzieci, to bestie”), uprzedmiotowionych, sprowadzonych do roli zepsutych zabawek, które należy „naprawić” ku uciesze widzów, czy upokarzanych popychadeł, ze zdaniem których nikt nie musi się liczyć – a właśnie taki jest wizerunek dzieci w tym programie – całkowicie uniemożliwia widzowi potraktowanie ich jak pełnoprawnych ludzi, ujrzenie ich podmiotowości, spojrzenie z szacunkiem i empatią. Wizerunek ten ugruntowuje i utrwala niski status społeczny dzieci traktowanych jako własność rodziców, czy szerzej: dorosłych, którzy mogą zrobić z dzieckiem, co tylko chcą, i stanowi przyzwolenie nawet nie na łamanie jego praw, ale wręcz w ogóle tych praw niedostrzeganie.

Widzowie nie dostrzegają więc, że wchodzenie z kamerami do dziecięcych pokojów jest łamaniem prawa dziecka do prywatności, zmuszanie do modlitwy narusza prawo do wolności wyznania, używanie obraźliwych określeń i ukazywanie w krępujących sytuacjach – prawo do godności, szarpanie czy oblewanie wodą – do nietykalności cielesnej, upublicznianie zdjęć i filmów, w dodatku razem z danymi osobowymi – do ochrony wizerunku. W programie „Surowi rodzice” łamane są niemal wszystkie podstawowe prawa człowieka i dziecka. Widzowie tego jednak nie widzą, przeciwnie: zgodnie z wolą producentów uznają wszystkie te zachowania za normalne i słuszne, bo przecież promowane w telewizji!

Dziecko w tym programie nie jest człowiekiem. Jest „bestią”, którą należy okiełznać. A skoro nastoletni bohaterowie są aż tak rozwydrzeni, nieznośni, a nawet niebezpieczni, wszelkie chwyty rodziców muszą być dozwolone. Z jawną przemocą psychiczną i fizyczną włącznie. Kiedy więc nastolatce podczas pracy, polegającej na stawianiu płotu, w ręce powchodziły drzazgi, surowy rodzic mógł zbagatelizować problem i zignorować jej ból, mówiąc

No widzisz, taka robota. Bo to męska robota,

po czym kontynuować pracę (choć nie powinien przecież zmuszać dziewczyny do „roboty”, do której – według niego – nie nadaje się z racji płci). Z pełnym przyzwoleniem twórców programu oraz pracującej przy jego produkcji pani psycholog (!) mógł także na uporczywe prośby dziecka o pozwolenie na przerwanie pracy z powodu bólu, zareagować pobieżnym zerknięciem – przez ciemne okulary – na ręce dziewczyny, słowami „Pokaż mi te drzazgi. Nie widzę żadnej” i… uderzeniem jej w i tak już bolącą dłoń! Ta ewidentnie krzywdząca dla nastoletniej uczestniczki sytuacja została później skwitowana przez „surowego ojca” stwierdzeniem, że dziewczyna „cały czas się obija”.

Etyka psychologa? Nie w TV

Gdzie była wówczas nadzorująca ten program psycholog Marta Żysko-Pałuba? Dlaczego pozwoliła na stosowanie przemocy (nie pierwszy zresztą raz) wobec dzieci, którymi powinna się opiekować? Dlaczego zgodziła się na zamieszczenie w programie tych promujących przemoc scen (również nie jedynych)? Nie wiem i nie zapytam, bo pani psycholog nie może wypowiadać się na temat programów, które teoretycznie nadzoruje (tj. „Surowych rodziców” i „Idealnej niani”), bez konsultacji z producentem. A producent nie powie wprost „robię to wszystko dla kasy, mam gdzieś te okropne bachory”, lecz spróbuje wcisnąć widzom bajeczkę o edukacyjnym, misyjnym i cudownie pomagającym uczestnikom w zaledwie siedem dni programie pokazującym, że „dyscyplina i autorytet to dwie wartości, które sprzyjają wychowaniu”.

Pani psycholog nie ma zresztą czasu zajmować się swoimi coraz liczniejszymi „podopiecznymi”, ponieważ musi zapraszać do oglądania programu podczas swych również licznych wystąpień w telewizji śniadaniowej. W poświęconym pierwszemu odcinkowi nowej serii „Surowych rodziców” programie „Dzień Dobry TVN” bez skrępowania przerwała w pół słowa nastoletniemu bohaterowi, by wywiązać się ze swych obowiązków pracownika (nie – psychologa) i zachęcić widzów do obejrzenia tego odcinka. Odcinka, w którym jako „bestie” ukazano (oczywiście nie pierwszy raz) normalne, wrażliwe i wcale nie aż tak bardzo zbuntowane dzieci, które nie potrzebują tresury stosowanej przez „surowych rodziców”, lecz miłości, szacunku i zrozumienia od rodziców własnych.

Nie trzeba być psychologiem, by wiedzieć, że sytuacja rodzinna Klaudii i Mateusza wyjaśnia problemy, z jakimi się borykają (oni, nie ich rodzice! Skandaliczne w tym programie jest również to, że nie istnieje w nim w ogóle kategoria dziecięcych problemów czy, tym bardziej, cierpienia – dziecko ma być posłuszne i basta! – a kłopoty, oczywiście z dziećmi, mogą mieć tylko dorośli), i że ostatnią rzeczą, jaka może im pomóc, jest tydzień spędzony u obcych ludzi pod okiem kamer i upublicznienie prywatności. Nie trzeba być psychologiem, by wiedzieć, że promocja wychowywania opartego na rodzicielskiej wszechwładzy i przemocy oraz dziecięcym posłuszeństwie i uległości jest nie tylko moralnie naganna, ale też społeczne szkodliwa. Jest to bowiem promowanie wychowania ludzi bezwolnych, pozbawionych własnego zdania, podległych każdej władzy i nieumiejących okazać sprzeciwu.

Gdy trzeba powiedzieć „nie!”

Dorośli biorący udział w produkcji tego odcinka – narrator, „surowi rodzice” i pani psycholog w „Dzień Dobry TVN” – a także autorzy tekstów zamieszczonych na Facebooku i stronie internetowej programu naśmiewają się z Mateusza, mówiąc i pisząc, że jego „ulubionym słowem” jest „nie” i że „lubi powtarzać je wielokrotnie i przy każdej nadarzającej się okazji”. Nikogo nie obchodzą powody jego zachowania ani fakt, że nie świadczą one o „rozpuszczeniu” czy „zadufaniu w sobie”, ale wręcz przeciwnie: o wrażliwości, zagubieniu i nieumiejętności zaakceptowania i zrozumienia sytuacji, w jakiej znalazł się nie ze swojej winy! W jednej ze scen nastolatek wspomina o tej sytuacji „surowemu ojcu”, który nawet stara się na swój sposób okazać współczucie i mówi, że

jest w stanie to zrozumieć,

na co Mateusz odpowiada:

a ja troszeczkę nie.

Ten młody człowiek nie potrzebuje dyscypliny rozumianej jako system kija i marchewki, lecz wsparcia, uwagi i empatii. Dostrzegł to zresztą również „surowy rodzic”, któremu udało się – dzięki uwadze i rozmowom (nie dzięki obowiązkom i zasadom!) – odrobinę pomóc chłopcu, wesprzeć go i dać mu trochę sił i energii do zmagania się z rzeczywistością w jego środowisku. Energii tej Mateuszowi starczyło na miesiąc. Przez miesiąc dawał radę – chodził do szkoły, starał się, utrzymywał kontakt z „surowym tatą”. Później jednak najwyraźniej jego zasoby wyczerpały się, zaniedbał szkołę, w wyniku czego „za karę” nie spędził ferii u „surowych rodziców”, którzy obiecali mu taką nagrodę za dobre sprawowanie. Wszyscy dorośli zapomnieli, że jemu i tak jest trudno, że jest sam ze swoimi problemami, a jedyna osoba, która dała mu siłę przynajmniej na miesiąc, karze go za to, że sobie nie radzi! A przecież gdyby pojechał na te ferie – na 2 tygodnie, a nie zaledwie 6 dni pod okiem kamer! – do swojego tymczasowego opiekuna, mógłby nabrać więcej sił. Dopiero ten pobyt mógłby mu naprawdę pomóc!

Dlaczego pani Żysko-Pałuba, która na pewno nie tylko nadzoruje program, ale też opiekuje się swoimi podopiecznymi również po realizacji poszczególnych odcinków (jest przecież psychologiem, który chce pomagać nastolatkom biorącym udział w tym programie, a nie jedynie cynicznie je wykorzystywać dla pieniędzy i pięciu minut w telewizji śniadaniowej raz na jakiś czas) nie powiedziała o tym „surowemu tacie”? Zapomniała? Nie miała czasu? A może sama namówiła „surowych rodziców” do ukarania dziecka za „złe sprawowanie”? Skoro wykluczający analizowanie przyczyn zachowania dzieci system nagród i kar jest tak fantastyczny, że można promować go w telewizji, łamiąc prawa dziecka, może w kolejnym sezonie TVN (lub inna stacja – teraz bowiem deptaniem dziecięcej prywatności zajmuje się również Polsat Cafe w „Małym nie-poradniku” i MTV w „Teen Mom Poland”) wyemituje reality show „Kij i marchewka”, w którym udział wezmą rodziny współtwórców „Surowych rodziców” i innych programów tego rodzaju?

Nie, to niemożliwe. Twórcy chronią prywatność własną i swoich dzieci, bo doskonale wiedzą, z czym wiąże się jej upublicznianie. Widzowie nie powinni tego wiedzieć, trzeba więc utwierdzać ich w przekonaniu, że wszystko, co widzą w telewizji – deptanie praw i łamanie woli dzieci oraz stosowanie wobec nich wszelkich form przemocy – jest nie tylko normalne, ale wręcz dobre. By nikt nigdy, nawet gdy w „Surowych rodzicach” pojawi się przemoc seksualna (te dziewczyny przecież „prowokują” wyzywającym wyglądem, a skoro można obrażać, szarpać, bić, to i obmacywanie jest przecież ok), nie powiedział: „NIE!”.

Anna Golus

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...