Felieton ukazał się na portalu SDP

„Gazeta Wyborcza” i „Polityka” przygotowały specjalną ofertę prenumeraty dla pracowników sądów powszechnych. Nazywa się „Pakiet gazet zakazanych”. W reklamach tej oferty można przeczytać, że oba tytuły znajdują się obecnie „na indeksie”.

Pytanie nasuwa się oczywiste: zakazanych przez kogo i na czyim indeksie? Jakie sankcje grożą za posiadanie egzemplarza papierowego „Wyborczej”, ile będzie wynosić grzywna, za zakup e-wydania „Polityki”? Sprawa jest zapewne poważna, może już nawet przygląda się jej Komisja Europejska. I słusznie, bo prasy bezdebitowej nie było w Polsce od ćwierć wieku z okładem, a teraz powraca…

Podpowiedź, na czym polegają represje wobec ostatnich dwóch tytułów wolnej polskiej prasy znajdujemy w reklamowym anonsie. Redakcje wyjaśniają, że chodzi o akcję ministerstwa sprawiedliwości, które wycofało „Wyborczą” i „Politykę” z listy tytułów prasowych prenumerowanych za publiczne pieniądze przez Centrum Zakupów dla Sądownictwa. Od stycznia 2016 sądy mogą samodzielnie kupować prasę pod warunkiem, że dany tytuł znajduje się na liście przygotowanej przez MS. Uwzględnia ona w sumie 146 pism branżowych, można też zaprenumerować „Rzeczpospolitą”, „Dziennik Gazetę Prawną” oraz wybrany dziennik regionalny.

W czym problem? Otóż na playliście MS zamiast „Wyborczej” znalazł się „Nasz Dziennik”, a „Politykę” zastąpił tygodnik „wSieci”. Taki mały odwet za lata sponsorowania obu tytułów przez podatników. Mały, bo wiceminister Patryk Jaki zapowiedział całkowite otwarcie zamówień do decyzji sądów.

„Zamknięty katalog gazet to pomysł poprzedniej władzy” – napisał na Twitterze. Trzymamy za słowo.

Wracając do kampanii promującej prenumeratę pokazuje ona cały surrealizm obecnej walki o wolność słowa w Polsce. Skoro można sobie zamówić pakiet „zakazanych gazet” (na preferencyjnych warunkach) to owo zagrożenie z daleka wygląda na naciągane. Mamy do czynienia po prostu z topornym marketingiem. Owa „wolność słowa” na bilbordach (pisana firmową czcionką) o którą gazeta walczy jawi się raczej jako wolność nieograniczonego dostępu do środków publicznych. Ta rzeczywiście jest obecnie zagrożona. Na pocieszenie wydawcom tytułów nawożonych obficie przez spółki skarbu państwa, ministerstwa i samorządy, praktycznie przez całą III RP, wypada przypomnieć, że nie powinni się obawiać wolnego rynku, który – podobnie jak słowo „demokracja” – zawsze mieli wypisane na sztandarach.