Praktycznie przesądzone jest to, że wywiad niemiecki oficjalnie nie przyzna się do posiadania raportu, na którym Jurgen Roth oparł swoja tezę o zamachu na Tupolewa pod Smoleńskiem. Groziłoby to bowiem nie tylko kompromitacją – a może nawet Trybunałem Stanu – dla Donalda Tuska. Równałoby się też wysadzeniu z siodła Angeli Merkel. To przecież głównie dzięki jej poparciu, a pewnie i zakulisowych osobistych rekomendacji kanclerz Niemiec, Tusk objął jedno z najbardziej prestiżowych stanowisk w Unii Europejskiej.

Jak wiadomo, siłą tezy niemieckiego dziennikarza Jurgena Rotha o zamachu 10 kwietnia 2010 r. na samolot Tupolewa -154 pod Smoleńskiem jest powołanie się na raport niemieckiego wywiadu. Jak podaje Roth zamachu dokonała wyspecjalizowana w takich operacjach sekcja rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Była nią delegatura FSB, mająca swoją bazę w Połtawie na Ukrainie, którą dowodził generał rosyjskich służb specjalnych Jurij G. Zamachu dokonano, wykorzystując materiały wybuchowe. To wysoki rangą polski polityk, nie wymieniony z nazwiska przez Rotha – nie wiadomo, czy znajduje się ono w raporcie - zlecił zamach rosyjskiemu generałowi. Dowodem na taką wersję tragedii smoleńskiej miał być raport z marca 2014 r., który Rothowi udostępnił jeden agentów niemieckiego wywiadu.

Nie będę teraz rozszerzał wersji podanej przez niemieckiego dziennikarza. Wtrącę tylko dwie uwagi. Pierwsza jest banalna. Niemożliwe jest, by dowódca specjalnej jednostki tajnych służb przyjął zlecenie zlikwidowania prezydenta obcego państwa, bez wcześniejszego otrzymania sygnału od najwyższych władz swojego kraju, przekazującego zgodę na przeprowadzenie takiej operacji.

Przypomnę, że to z inicjatywy Putina rozdzielono wizyty w Katyniu polskiego premiera i prezydenta. Druga uwaga jeszcze bardziej jest dla nas bulwersująca. Jeśli notatka naprowadza nas na prawidłowy trop, to wszyscy polscy dziennikarze, piszący o sprawie tragedii smoleńskiej, wiedzą dokładnie, kim może być ów „wysoki rangą polski polityk”.

Polskie prorządowe media po upublicznieniu tezy Rotha przystąpiły natychmiast do pełnego jej zdyskredytowania. Do ataku wykorzystują oficjalnych przedstawicieli BND. Ci na przemian mówią, że wywiad nie ma takiej notatki albo twierdzą, iż po nagłośnieniu wersji Rotha zaczęto szukać w zbiorach BND takowego raportu, ale nie natrafiono na jego ślad.

Tak zawsze będzie brzmiała odpowiedź rzecznika BND lub kogoś z kierownictwa niemieckiego wywiadu. Inna być nie może. Z pewnością po pierwszych zapowiedziach Rotha o wykorzystaniu przez niego do postawienia tezy o zamachu materiałów BND, natychmiast z Kancelarii Angeli Merkel wyszło polecenie o konieczności oficjalnego zaprzeczenia o istnieniu takiego dokumentu.

Potwierdzenie jego istnienia groziłoby nieprzewidywalnymi konsekwencjami politycznymi zarówno w Polsce jak i w Niemczech. Rozsypałyby się też w proch kariery polityczne Donalda Tuska i Angeli Merkel.

Czy można więc oczekiwać innej postawy od BND niż zaprzeczenie wersji Jurgena Rotha? Nie mówiąc już o tym, że żelazną zasadą tajnych służb na całym świecie, jest trzymanie języka za zębami.