Miałem wczoraj „spotkanie z ciekawym człowiekiem”. Zeznawałem jako świadek przed Sądem Dyscyplinarnym Izby Adwokackiej w Warszawie w sprawie z powództwa gen. Krzysztofa Parulskiego. Były szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej skarży się na mec. Rafała Rogalskiego i jego kilka wypowiedzi sprzed lat dla prasy.

Pomijam tu całokształt działań Rogalskiego w sprawie smoleńskiej, bo nie o to dziś chodzi. Ważne, że przez pierwsze dwa lata zachowywał się jak należy i pomógł pokazać opinii publicznej, jak gigantycznych zaniedbań (co najmniej) dopuścili się w kwietniu 2010 r. wojskowi prokuratorzy, za co najbardziej odpowiedzialnym jest ówczesny pułkownik Parulski.

Byłemu szefowi NPW nie spodobało się m.in. następujące stwierdzenie mec. Rogalskiego z mojego artykułu w starym „Uważam Rze”:

Jeżeli prześledzimy czynności wykonywane na miejscu zdarzenia przez polskich prokuratorów, to dojdziemy do wniosku, że to było jedynie markowanie śledztwa. Prokurator Parulski odpowiada za brak m.in. precyzyjnych oględzin szczątków samolotu, miejsca zdarzenia, tzw. wieży lotów i znajdującej się w niej aparatury, za brak rzetelnej i profesjonalnej dokumentacji fotograficznej i filmowej, brak polskich prokuratorów i medyków podczas sekcji zwłok w Moskwie, a także za brak decyzji o otworzeniu trumien w Polsce i przeprowadzeniu sekcji zwłok.

Publikacja tych słów zaprowadziła mnie przed oblicze adwokackiego sądu. Jakież było moje zdziwienie, gdy na korytarzu Okręgowej Rady Adwokackiej miałem możliwość przywitania się z samym Parulskim! Bez munduru, za to w granatowym garniturze, z pokaźną teczką dokumentów. Okazuje się, że ma czas i chęci, by stawiać się na każdej rozprawie i osobiście walczyć o swoje, hm… dobre imię. Nawet bez wojskowych dystynkcji po Parulskim widać, że to oficer w każdym calu. Jego „dzień dobry” wygłoszonemu w kierunku sędziów towarzyszyło charakterystyczne stuknięcie obcasów pantofli i pewność siebie na twarzy przyozdobiona charakterystycznym, kwaśnym uśmiechem. Na małej sali rozpraw zajęliśmy miejsca obok siebie, na wprost składu sędziowskiego, bo tylko tam mogliśmy usiąść. Po bokach – rzecznik dyscyplinarny ORA i mec. Rogalski.

Po standardowych pytaniach o proces powstawania artykułu, cytowania rozmówców, brak żądania sprostowania swoich wypowiedzi przez mec. Rogalskiego, okazało się, że generał ma pytania doprecyzowujące.

Zacytował powyższą wypowiedź mecenasa i zapytał, czy… są to moje przemyślenia w cytacie. Z przyjemnością odparłem zatem, że to słowa Rafała Rogalskiego, z którymi jednak się w stu procentach zgadzam.

Parulski miał ochotę na więcej i dopytywał, co rozumiem pod pojęciem markowania śledztwa. Lepszego prezentu nie mógł mi sprawić. Nie chciał nigdy zgodzić się na wywiad, na konferencjach prasowych wraz z kolegami pułkownikami próbował odbierać mi głos przy drugim pytaniu. Nie było więc sposobności spotkać się twarzą w twarz i wypunktować choć część z jego zaniedbań. Szkoda, że okazja nadarzyła się w tak wąskim gronie.

Pytanie ze strony Parulskiego o markowanie śledztwa było dość dziwne, bo skierował je przecież do świadka w postępowaniu dotyczącym wypowiedzi innej osoby, ale skoro sąd go nie uchylił, z przyjemnością odpowiedziałem, że pod tym pojęciem mam na myśli m.in. pozostawienie (jak się okazało, jedynie w teorii) wykonania sekcji zwłok ofiar katastrofy stronie rosyjskiej, mimo że polska prokuratura miała możliwość, a wręcz obowiązek – wynikający z kodeksu postępowania karnego – samodzielnego przeprowadzenia tych czynności po sprowadzeniu ciał do Polski; nadto dodałem, że pozostawienie tak wielu czynności śledczych stronie rosyjskiej, w której i wtedy i dziś należało szukać potencjalnych sprawców tej tragedii, traktować należy za gigantyczny błąd w śledztwie, który powoduje, że to postępowanie polskiej prokuratury było wadliwe.

Nie pamiętałem dokładnie omawianego cytatu, więc poprosiłem Parulskiego, by wymienił pozostałe nieprawidłowości, na co odparł: „z przyjemnością” i prośbę spełnił. Ale w tym momencie sąd zaczął chyba reflektować się, że sprawy przybierają niekoniecznie najlepszy dla generała obrót i za mnie dopowiedział do protokołu, że moim zdaniem wszystkie zacytowane przez generała uchybienia uważam za markowanie śledztwa. Oczywiście się z tym zgodziłem zaznaczając, że publicystyczne określenie „markowania” śledztwa jest jak najbardziej na miejscu wobec takiej skali nieprawidłowości, jakiej prokuratura pod kierownictwem pana generała, a wówczas pułkownika, się dopuściła.

Nie wiem, dlaczego Parulski nie miał dość i co chciał osiągnąć, ale kontynuował nasz dialog. Chciał dowiedzieć się, czy uważam, że polscy prokuratorzy byli upoważnieni do prowadzenia śledztwa na terenie Rosji, a także czy znam podstawę prawną, na której wraz z innymi prokuratorami mieli prowadzić oględziny miejsca zdarzenia i inne czynności. Tutaj sąd zareagował zdecydowanie i rzucił koło ratunkowe generałowi, uchylając oba pytania, choć bardzo chciałem na nie odpowiedzieć.

Ze słów generała wynikało bowiem, że próbuje wykreować się na człowieka, który 10 kwietnia i w kolejnych dniach miał związane ręce, był wraz z kolegami na miejscu katastrofy zupełnie bezradny. Jakby zapomniał o naradzie, którą odbył z najwyższymi przedstawicielami prokuratury rosyjskiej w namiocie na smoleńskim lotnisku w nocy z 10 na 11 kwietnia 2010 r. Przypomnijmy, co tam ustalono. W protokole z narady, znajdującym się w aktach śledztwa smoleńskiego, czytamy m.in.:

W razie wniosku przedstawicieli polskich organów śledczych zorganizować ich udział w prowadzeniu działań śledczych (oględziny, przesłuchania świadków).

Parulski z kolegami mogli więc robić dokładnie to, czego by sobie zażyczyli. Tylko chęci im zabrakło. Ograniczyli się do pobieżnego przejrzenia terenu i udziału w przesłuchaniach trzech świadków (z kilkudziesięciu!). Choć możliwości mieli nieograniczone.

Nawet prokurator generalny Andrzej Seremet tłumaczył później w Sejmie:

Polskim prokuratorom tej nocy umożliwiono udział w roboczym posiedzeniu prokuratorów rosyjskich, dotyczącym organizacji podstawowych przedsięwzięć śledczych w toku rosyjskiego śledztwa ws. katastrofy samolotu. Polscy prokuratorzy złożyli postulaty m.in. udostępnienia im materiałów rosyjskiego śledztwa oraz umożliwienia udziału w czynnościach śledztwa rosyjskiego, na co uzyskali aprobatę strony rosyjskiej bez oczekiwania na stosowny wniosek w trybie odpowiedniej konwencji.

Była więc podstawa prawna? Była. Wystarczyło z niej skorzystać i wykonać w Smoleńsku, a później w Moskwie plan maksimum. Krzysztof Parulski najwyraźniej udaje, że narady w namiocie nie było. Trochę można go zrozumieć, bo to, co ustalił z Rosjanami, a czego nie wyegzekwował, poważnie go obciąża.

Skoro jednak nie było mi dane przypomnieć mu tego na sali adwokackiego sądu, czynię to niniejszym. W czasie zeznań pozwoliłem sobie jedynie dodać jeszcze, że pod słowami o markowaniu śledztwa mogę się podpisać tym bardziej, że wiemy dziś, w jaki sposób podobne śledztwo prowadzi holenderska prokuratura po katastrofie malezyjskiego boeinga zestrzelonego nad Ukrainą z blisko 200 Holendrami na pokładzie; na jak szeroką skalę jest zakrojone to postępowanie, ilu uczestniczy w nim prokuratorów i specjalistów i jakie czynności były w nim od samego początku wykonywane, których wojskowa prokuratura dowodzona przez Parulskiego zaniechała.

I to jest, panie generale, gigantyczny akt oskarżenia pod pana adresem

— powiedziałem na koniec, czując że więcej może już nie być mi dane mówić. Nie myliłem się. Parulski nie miał więcej pytań. Mogłem pójść do domu i jedynie opisać strategię wybielania się, jaką przyjmuje były szef NPW.

Wierzę, że mec. Rogalskiemu w korporacyjnej sprawie z gen. Parulskim włos z głowy nie spadnie i nie dojdzie do wyciągania konsekwencji za krytykę generała.

Niestety poznański sąd wojskowy w ubiegłym roku umorzył śledztwo w sprawie zaniedbań, jakich po katastrofie dopuścili się wojskowi prokuratorzy, uznając m.in., że wykonanie jednej sekcji zwłok (śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego) wystarczy, bo… wszystkie ofiary zginęły w ten sam sposób. Na szczegółowe opisanie tego postępowania przyjdzie niebawem czas.

Na sprawiedliwe potraktowanie działań śledczych w mundurach przed obliczem sądu nie ma już praktycznie żadnych szans.


Ciekawa pozycja, po którą warto sięgnąć!

wPolityce.pl. Polska po 10 kwietnia 2010 r.”

W publikacji znalazły się analizy dziennikarzy oraz wzruszające wspomnienia czytelników związane z wydarzeniami z 10 kwietnia 2010 roku. Teksty w niej zawarte pozwalają zrozumieć, co tak naprawdę wydarzyło się w Smoleńsku.