Pomnik smoleński? Brać i nie kwitować. Nie pozwólmy się wciągnąć w awanturę o to, gdzie ma on stać

PAP/Rafał Guz
PAP/Rafał Guz

Co zrobić z płynącymi ze strony rządzących propozycjami dotyczącymi pomnika smoleńskiego? To jasne: brać i nie kwitować. A na pewno nie pozwolić się wciągnąć w awanturę o to, gdzie pomnik ma stać.

Gra Hanny Gronkiewicz-Waltz i Bronisława Komorowskiego jest banalnie łatwa do przejrzenia. Skuteczne wprowadzenie tematu katastrofy smoleńskiej do kampanii wyborczej gwarantuje ograniczenie sympatii dla kandydata PiS do grupy twardych zwolenników. Może się to nie podobać, ale taka prawidłowość istnieje. Dlatego niepodejmowanie tego wątku ani przez Jarosława Kaczyńskiego, ani przez Andrzeja Dudę jest mądrą taktyką. Druga strona postanowiła zatem przeciwnika sprowokować, wrzucając niespodziewanie w trakcie kampanii temat pomnika. Posunięcie jest oczywiście groteskowe.

Groteskowy jest minister Nałęcz, twierdzący, że nie ma żadnego związku między kampanią a sprawą pomnika. Groteskowa jest Hanna Gronkiewicz-Waltz, która przez lata powoływała się na sondaż, mający dowodzić, że warszawianie pomnika nie chcą, a teraz nagle proponująca lokalizację w centrum. Cała operacja jest obliczona na wzbudzenie fermentu i rozpętanie dyskusji o tym, gdzie i jaki pomnik ma stanąć. W tym celu pobudzone zostało środowisko sprzyjających Platformie rodzin części ofiar katastrofy. Obóz rządzący liczy na ostry spór, w który będą musieli się jakoś zaangażować prezes PiS i kandydat tej partii na prezydenta. Odnoszą już częściowy sukces, bo natychmiast pojawiły się głosy części komentatorów, a także przedstawicieli rodzin ofiar Smoleńska, że poza Krakowskim Przedmieściem pomnik stanąć nie może. Jeśli projekt zostanie ostatecznie wcielony w życie, a druga strona go zakwestionuje, rządzący będą mogli wykonać swój ulubiony manewr piarowski, wskazując na krytyków jako wiecznie niezadowolonych mąciwodów, dążących jedynie do konfrontacji. Taki jest plan i obawiam się, że może się powieść.

Zanim więc kolejny komentator lub osobiście zaangażowana w sprawę osoba zabierze głos, niech przemyśli kilka punktów.

Po pierwsze – to gra do melodii granej z dużego pałacu. Każde włączenie się szeroko pojętej strony opozycyjnej w spór o pomnik wizerunkowo obciąża kandydata opozycji i samą partię. Tutaj pojawia się automatyczny, bo wgrywany w umysły od dawna, ciąg skojarzeń: katastrofa – PiS – Macierewicz – sztuczna mgła – wariactwo. Ciąg oczywiście absurdalny, ale niestety istniejący w umysłach wielu wyborców i czekający tylko na wybudzenie. PiS musi się z tym liczyć.

Po drugie – niezależnie od motywacji, faktem pozostaje, że wychodząca od władz propozycja postawienia pomnika ofiar katastrofy w centrum miasta, jakkolwiek poza Krakowskim Przedmieściem, jest ustępstwem wobec presji. I tak to trzeba przedstawiać – jako sukces nacisków oraz przyznanie się Hanny Gronkiewicz-Waltz do błędu.

Po trzecie – brać i nie kwitować. Owszem, proponowana lokalizacja na tyłach Placu Teatralnego (lub na progu Placu Piłsudskiego, w zależności od tego, z której strony patrzymy) nie jest idealna. Owszem, pomnik powinien powstać na Krakowskim Przedmieściu. Ale postawa „albo tam, albo nigdzie” nie jest rozsądna. Ważne, że monument ma szansę pojawić się w ścisłym centrum w przestrzeni publicznej. Zresztą gdy szans na to nie było, ale dyskusja o nim była świeża, także po stronie opozycyjnej brzmiały głosy, że ważna jest lokalizacja w centrum, ale niekoniecznie musi to być przed Pałacem Prezydenckim.

Oczywiście gdyby pomnik ostatecznie powstał (nie uznałbym tego za przesądzone), władza uzna sprawę za załatwioną i zamkniętą. Tyle że pomnik to nie biurowiec albo kamienica. W przyszłości, w innej konfiguracji politycznej, można myśleć o przeniesieniu go w lepsze miejsce.

Dziś maksymalizm żądań nie jest w tej sprawie dobrą taktyką.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...