Ciała w workach pakowane do aluminiowych trumien. Poruszające wspomnienie s. Marii, obecnej przy identyfikacji ofiar katastrofy smoleńskiej

Fot. wPolityce.pl / PomnikSmolensk.pl
Fot. wPolityce.pl / PomnikSmolensk.pl

Dlaczego to się stało, nie wiemy. Oprócz rozmaitych powiązań politycznych, których można się domyślać, można coś snuć, jakoś Pan Bóg to dopuścił, więc coś z tego kiedyś wyjdzie. A kiedy i co – tego nie wiemy. Teraz trzeba się modlić o siłę dla tych, których to najbardziej dotknęło i dla naszego całego narodu. Zginęli nie tylko prezydent jako najwyższy przedstawiciel, ale też ludzie z rządu, naprawdę bardzo wartościowi, bardzo dobrze przygotowani do swoich stanowisk. Zostaliśmy pozbawieni w najlepszym tego słowa znaczeniu kadry kierowniczej naszego narodu

— tak s. Maria Ślipek ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa w Moskwie w rozmowie z serwisem PomnikSmolensk.pl wspomina pierwsze godziny po katastrofie smoleńskiej. W Moskwie mieszka od 1993 r. 11 kwietnia 2010 r. została poproszona o wsparcie w tłumaczeniu i opiece nad rodzinami ofiar tragedii, które miały przyjechać do Centrum Medycyny Sądowej w Moskwie na identyfikacje.

S. Maria towarzyszyła trzem rodzinom. Tak opisuje procedury identyfikacyjne:

Prokurator miał część jakiejś dokumentacji, formularze, zdjęcia – z tego, co pamiętam i co mogłam dojrzeć – ze Smoleńska, z miejsca katastrofy, ewentualnie jakieś pamiątki, które mogły pomóc w określeniu, kto to jest.

(…) Tak, jak nam mówiono, mniej więcej ok. 40 ciał można było jakoś zidentyfikować. Więcej niż połowa była w takim stanie, że identyfikacja była trudna albo wręcz niemożliwa. (…) Tak jak patrzyłam na te osoby – czy to był mąż, brat, może ktoś z dalszej rodziny – widziałam, że ten wywiad był dla nich dosyć przykry, ale z drugiej strony twierdzono, że taka jest procedura.

(…) Kiedy określono mniej więcej, że dane ciało może być w jakimś stopniu już rozpoznane, wtedy sprowadzano te osoby do sali, w której znajdowało się cztery-pięć stanowisk. Przypominało mi to znane z moskiewskich szpitali sale pożegnania ze zmarłymi. (…) Na ogół ciała były przykryte prześcieradłami. (…) Pokazywano albo ciało w całości albo jego fragment. Jeżeli były tylko poszczególne części ciała, wtedy w prześcieradle przykrywającym ciało były powycinane otwory, by była widoczna ta część ręki, nogi, boku, gdzie mógł być jakiś szczególny znak. (…) Dla niektórych była to pewnego rodzaju ulga, że mogli mimo wszystko pożegnać swoich najbliższych. Że mogli się z nimi jakoś jeszcze spotkać.

(…) Jeżeli dana osoba stwierdziła, że to jest jej bliski – mąż, brat, ktoś z najbliższej rodziny – wtedy dawano tabliczkę z napisanym imieniem i nazwiskiem, którą wkładano do takiej jak gdyby trumny. (…) Było bardzo trudno rozpoznać ciało, gdy głowa był uszkodzona lub ciało było bez głowy. Tłumaczono nam, że następuje taki wstrząs, że bardzo często głowy zostają roztrzaskane i momentalnie następuje śmierć.

(…) Byłam także w drugim czy trzecim dniu pobytu, kiedy już ciała, które zostały zidentyfikowane wkładano do trumien, w których już miały polecieć do Polski. Tam byli polscy żołnierze. Były przygotowane tabliczki na trumny z imieniem, nazwiskiem, datą śmierci, wyraźnie oznakowane. Były przekazywane z tych trumien czerwono-fioletowych, o jakich gdzieś w prasie wspominano, do trumien metalowych. Były zamykane szczelnie, spawane i potem wkładane do trumny drewnianej i w ten sposób były transportowane do samolotu i do Polski. Dla mnie było dużym zaskoczeniem, kiedy dowiedziałam się, że ta identyfikacja była bardzo jakaś taka… niedokładna to jest za mało powiedziane… Jak w przypadku pani Anny Walentynowicz, której syn rozpoznał ją bez problemu. Jak to się później stało (złożenie ciała do innego grobu – przyp. red.), jest dla mnie tajemnicą.

Byłam tam dwa pełne dni. Później powiedziano nam, że identyfikacja będzie bardzo trudna.

Byłam przy trzech ciałach. (…) Ktoś z rodziny prosił, by przekazać do jednego z ciał obrazek, medalik i jedna z pielęgniarek zaprowadziła mnie do tej podziemnej sali, gdzie widziałam z daleka te ciała, jeżeli można tak powiedzieć, w dość dobrym stanie. Ale to było tylko z daleka. Byli też polscy księża, którzy pomagali w identyfikacji, zwłaszcza jeśli chodzi o bp. Płoskiego, innych księży. Przekazywali później, że widzieli fragmenty ciał. Jeden z księży mi powiedział, że po pierścieniu poznał, że to był bp. Płoski.

S. Maria potwierdza również, że ciała były pakowane najpierw do worków, a później do aluminiowych trumien. Według jej relacji, w niektórych przypadkach rodzinom nie towarzyszył polski psycholog, lecz rosyjski. Przy całej procedurze identyfikacji nie spotkała też żadnego lekarza z Polski.

Zakonnica wspomina najbardziej wzruszające momenty tamtych dni:

Niektórzy traktowali to jako ostatnie pożegnanie. Była sytuacja, gdy ktoś rozstał się z tym bliskim sobie człowiekiem w jakiejś niezgodzie. I poprosiła ta osoba, by być sam na sam z tym zmarłym. Zwykle się nie zgadzano. W tym przypadku było inaczej. Ta pani poprosiła, żeby siostra tam z nią była. To było pojednanie i pożegnanie z tym mężem…

(…) Niektórzy się zamykali, inni przychodzili do kaplicy, żeby się pomodlić. Na prowizorycznym ołtarzu były umieszczone zdjęcia, które udało nam się znaleźć. Poprzez te zdjęcia też żegnali się z tymi ludźmi.

Całą relację można obejrzeć na poniższym filmie.

znp, PomnikSmolensk.pl

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...