Na łamach „Tygodnika Solidarność” znajdujemy bardzo ważny artykuł prof. Marka Jana Chodakiewicza, który nawiązuje do odbywających się w wielu miejscach Stanów Zjednoczonych obchodów kolejnej rocznicy tragedii smoleńskiej. Publicysta podkreśla, że trzeba docenić zaangażowanie Polonii, ale szkoda, że tak często obchody są organizowane tylko we własnym gronie. I stwierdza:

Wydaje się, że mój Institute of World Politics (IWP) jest jedyną instytucją amerykańską, a już na pewno jedyną uczelnią wyższą, gdzie pamięta się Smoleńsk. Nie tylko od początku śledzimy sprawę, ale nasi profesorowie, głównie Amerykanie, w większości niepolskiego pochodzenia, udzielają chętnie eksperckich opinii na temat katastrofy prezydenckiego samolotu.

Na mojej uczelni jestem uznany za gołębia, bowiem uważam, że dopóki RP nie odzyska wraku oraz czarnych skrzynek (a nie kopii), a sprawy rozpatrzy międzynarodowa komisja, czyli dopóki nie będzie badań w pełnym zakresie – nie możemy jednoznacznie rozstrzygnąć, co dokładnie się stało. Istnieją bardzo twarde dowody, że Moskwa od początku w sprawie mąci i otumania, mamy też poważne hipotezy, że w Smoleńsku mogło dojść do zamachu. Natomiast prawie wszyscy w IWP, szczególnie ze starszej kadry, weteranów zimnej wojny (najbardziej Gene Poteat z CIA), są przekonani, że tak było rzeczywiście.

Smutnie brzmią słowa profesora Chodakiewicza o tym jak zachowują się w tej sprawie rozmaitych katedr „studiów polskich”, ufundowanych przez Polonię, często z udziałem rodaków z kraju.

Ale tam o Smoleńsku głucho. Głośno za to o jedwabieńskich „Sąsiadach”. Czasami jeszcze wita się postkomunistę Aleksandra Kwaśniewskiego. Albo zgłębia temat „żydowskie prostytutki we Lwowie”. Kiedyś o tym napiszę szerzej

— zapowiada Chodakiewicz. I faktycznie warto pewnie do tego tematu wrócić.

Na razie natomiast opisuje jak jego uczelnia zaprosiła na spotkanie dr. Kazimierza Nowaczyka, który za swój udział w pracy naukowej nad tragedią smoleńską został wyrzucony z University of Maryland.

Te same grupy nacisku starają się spowodować zwolnienie z uczelni mego wujka, profesora Chrisa Cieszewskiego. Gdy rozeszło się w Internecie, że dr Nowaczyk będzie miał wykład w IWP, odezwali się „życzliwi”. Poradzono nam, byśmy odwołali zaproszenie, bo ów naukowiec jest „znanym w Polsce wyznawcą teorii spiskowej”. Kazałem naszym asystentom odpowiedzieć, że autor tej insynuacji sam jest wyznawcą teorii spiskowej, której jądrem jest zaprzeczenie, że był jakikolwiek spisek. A przecież gołym okiem widać, że Moskwa mąci i oszukuje, aby nie oddać czarnych skrzynek czy wraku. To przecież konspiracja przeciw prawdzie!

Jak opisuje autor „TS” na wykładzie większość publiczności stanowili Amerykanie – z instytucji rządowych, z think tanków. I nie mogli uwierzyć w fakty, czyste fakty, jakie zostały przedstawione przez doktora Nowaczyka - o płk. Krasnokutskim, który siedział wbrew przepisom w wierzy kontroli lotów i wydawał polecenia, o tym, że strażacy dojechali na miejsce wypadku 27 minut po katastrofie (a mieli do pokonania 400 metrów), o tym, że kontrolę nad miejscem upadku samolotu przejął obecny minister obrony Siergiej Szojgu.

Wiele zdumienia wywołała opowieść o „brzozie pancernej”. Oraz o wewnętrznych sprzecznościach każdego z oficjalnych raportów rządowych: rosyjskich i polskich, jak również ich częściowej niekompatybilności. Publiczność była zdziwiona, że raport postsowieckiego prokuratora został dopiero odnaleziony przez dziennikarzy, a nie uwzględnia się go w raportach rządowych.

Cóż, w Polsce też ludzie rozsądni nie mogą w to wszystko uwierzyć. A najbardziej - że tyle energii rządowej i medialnej wkłada się w (najczęściej świadome) utrwalanie kłamstwa smoleńskiego.

gim, źródło: Tygodnik Solidarność