Zamach na Tuska i Kosiniaka Kamysza może być prowokacją służbS. JANECKI Zamach na Tuska i Kosiniaka Kamysza może być taką samą prowokacją służb, jak plan wysadzenia Sejmu przez Brunona Kwietnia
Zamach na Tuska i Kosiniaka Kamysza może być taką samą prowokacją służb, jak plan wysadzenia Sejmu przez Brunona Kwietnia. Gdyby zamach okazał się brudną grą służb, ministrowie Siemoniak i Kierwiński oraz sam premier Tusk musieliby za to odpowiedzieć karnie.
Państwo zawsze traci, gdy legitymizuje sytuacje wymyślone, groteskowe lub zgoła ośmieszające, choćby było to przedstawiane jako ekstremalnie niebezpieczne i wywołujące trwogę. Z taką sytuacją możemy mieć do czynienia po tym, gdy 11 października 2026 r. polskie służby, politycy oraz media poinformowały o zatrzymaniu zamachowca podejrzewanego o planowanie ataku na premiera Donalda Tuska i wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza. Ta informacja poszła zresztą w świat pokazując Polskę jako jakiś „dziki wschód”.
Początek był jak w kiepskim kryminale: oto na oficjalny adres Służby Ochrony Państwa przyszło doniesienie na mężczyznę, który mówił o nienawiści do rządu, chęci posiadania broni i planowanym masowym zabójstwie. Doniesienie wywołało natychmiastową mobilizację na najwyższym szczeblu. Zwołano pilną naradę w Centrum Antyterrorystycznym ABW z udziałem policji i SOP. Były szef Agencji Wywiadu Andrzej Derlatka straszył, że ujawnienie takich informacji przez MSWiA jest rzadkością i świadczy o tym, iż uznano zagrożenie za wysoce prawdopodobne w kontekście m.in. działań hybrydowych Rosji mających na celu wywołanie zamętu w Polsce.
Służby ogłosiły sukces, jakim było szybkie zatrzymanie 66-letniego mężczyzny we Wrocławiu. Sukces potwierdzili m.in. minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński oraz sam premier Donald Tusk. Zatrzymany mężczyzna był wcześniej notowany za drobne kradzieże oraz niepłacenie alimentów. Lakoniczne komunikaty o „zamachu” bez podania szczegółów sprawiły, że wielu poważnych ludzi, m.in. były prezydent Andrzej Duda, zaczęło dostrzegać w tym kiepski „teatrzyk”. Chodziło w nim jednak o poważne sprawy, lecz nie o „zamach”, tylko o potęgowanie poczucia niepewności i strachu, żeby przykryć faktycznie poważne sprawy, np. posła Michała Kołodziejczaka czy ataki w szkołach.
„W związku z informacją, która wpłynęła do policji i dotyczy możliwego zamachu na premiera Donalda Tuska oraz wicepremiera, ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza, minister koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak oraz minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński polecili podjęcie działań w tej sprawie” - poinformował rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych Jacek Dobrzyński. Rzeczniczka MSWiA Karolina Gałecka stwierdziła, że policja przeprowadza czynności z mężczyzną, który groził zamachem. Przeszukano jego mieszkanie, „aresztowano” sprzęty i dokumenty. A premier Tusk podziękował policjantom za szybkie i zdecydowane działanie. Podziękowania złożył też szef MON Kosiniak-Kamysz.
O zatrzymanym Marcin Kierwiński mówił, że „na pewno jest to osoba, która była bardzo aktywna na różnego rodzaju grupach skrajnych, głoszących skrajne poglądy (...) posługujące się bardzo nienawistnym językiem, wzywające do przemocy i nienawiści w życiu publicznym”. Taką skrajną grupą ma być Radykalny Polski Ruch Oporu, który nie dość, że oficjalnie działa na Facebooku, to jeszcze podaje numer telefonu do siebie. I na profilu tej grupy jacyś dziadkowie, uznani przez rządzących za polską wersję „Szakala”, wyżywają się na rządzie Donalda Tuska i nim samym językiem rzeczywiście nie przepełnionym miłością. Jeden z nich mówił: „Moi drodzy, nie apeluje do was, abyście dokonywali przestępstw. Apeluje do was, abyście wy jako naród zachowali się z pełną odpowiedzialnością i zgodnie z polska konstytucją, zgodnie z czwartym artykułem naszej polskiej konstytucji, którą ten rudy śmieć też musi uznać. Czwarty artykuł wyraźnie mówi: najwyższą władzą w Polsce jest naród, a więc nie ta ruda kupa, nie Kosiniak, nie Żurek i nie reszta tych skur…synów żydowsko-banderowskich. (…) Apeluje do was o to, aby w obliczu ogromnej tragedii, która czeka nas naród, aby ten naród zmądrzał i stanął ramię w ramię. Bo jeżeli tego nie zrobimy, jeżeli po raz kolejny pokażemy, że jesteśmy zwykłymi dziadami, którzy będą się, ku…wa, kłócić i skakać sobie do gardeł o pierdoły, wymordują nas wszystkich. I będziecie musieli patrzeć na krew i śmierć waszych dzieci, na krew i śmierć waszych bliskich”.
Doniesienie do Służby Ochrony Państwa złożyła osoba przedstawiana w mediach jako ktoś „z otoczenia informacyjnego zamachowca, która nie brała udziału w spisku, lecz pozyskała wiedzę o planowanym ataku”. Zgłaszający informował, że kontaktował się z mężczyzną rozmawiającym otwarcie o nienawiści do rządu i chęci zdobycia broni. Szef MSWiA Marcin Kierwiński podkreślił w mediach, że donoszący do SOP przekazał „niezwykle precyzyjne dane, co umożliwiło błyskawiczne zidentyfikowanie i obezwładnienie podejrzanego przez funkcjonariuszy”.
Doświadczenia z przeszłości, o których nieco później, oraz sposób rozgrywania „zamachu” rodzą pytania, czy nie było tak, iż jakiś agent, współpracownik służb lub zwykły sympatyk obecnej władzy, czyli ten, który później wysłał maila na adres SOP, postanowił poszukać w mediach społecznościowych kogoś, kogo można by wykreować na zamachowca. No i znalazł jakiegoś dziadka udzielającego się na profilu Radykalnego Polskiego Ruch Oporu (tego podającego numer telefonu), spotkał się z nim, a potem uznał, że znalazł terrorystę, o czym niezwłocznie zawiadomił. Dr Piotr Kusznieruk, polityk Lewicy, rektor Warszawskiej Akademii Medycznej Nauk Stosowanych zauważył: „Premier właśnie gra główną rolę w ‘Dniu Szakala’. Po atakach w szkołach są ranni i ofiara śmiertelna. Rodzice boją się o dzieci. Tymczasem wokół gróźb wobec premiera rozkręcono widowisko: pilna narada, alarmujące komunikaty, potem publiczne podziękowania. Mam wrażenie, że ktoś w otoczeniu Tuska liczył na ‘efekt flagi’: przestraszeni obywatele porzucą pretensje i zgromadzą się wokół zagrożonego przywódcy. Jeszcze dramatyczna muzyka i można emitować zwiastun. Tyle że samo zatrzymanie człowieka podejrzewanego o groźby i planowanie ataku nie dowodzi jeszcze udaremnienia zamachu. Tutaj potrzebne są ustalenia śledztwa, nie talent autorów politycznych scenariuszy. A pan premier w tym czasie idzie pieszo do kancelarii i rozmawia z reporterami. Rzecznik uspokaja: miał pełną ochronę. Czyli dla społeczeństwa thriller, dla głównego bohatera spacer. Po cytowaniu Murańskiego u Rymanowskiego można było oczekiwać od premiera i jego otoczenia większej ostrożności w serwowaniu sensacji. Najwyraźniej lekcja poszła w las. Groźby trzeba sprawdzać. Ale bezpieczeństwo państwa nie potrzebuje premiery kinowej. Panie premierze, ten egocentryzm już nie mieści się w kadrze. Nawet w tygodniu szkolnych tragedii reflektor musi świecić na pana”.
Atmosferę grozy podgrzewała niezawodna „Gazeta Wyborcza”, która „poznała nazwę organizacji, o której wspomniano w zgłoszeniu”. Ale „celowo jej nie podaje”. To ten Radykalny Polski Ruch Oporu, podający numer telefonu. I „gazeciarze” podniecali się, że „jeden z przywódców, 66-letni Krzysztof N., przez ponad 14 minut wypowiada obelgi pod adresem Tuska i Kosiniaka-Kamysza. Najłagodniejsze to ‘rudy niemiecki zdrajca’(Tusk) i ‘wiejski kundel’ (Kosiniak-Kamysz). W innym filmie Krzysztof N. udziela głosu mężczyźnie nazywanemu ‘Przywódcą Słowiańskiej Armii Krajowej’. Ten z kolei ostrzega Polaków przed ‘likwidacją przy pomocy szczepień’ i zapowiada mobilizację więźniów w zakładach karnych”. „GazWyb” doniosła, że udało jej się porozmawiać z Krzysztofem N.: „Był oburzony, że wiąże się go z zamachem. Powiedział też, że ma prawo głosić ‘poglądy, jakie chce’ i ‘nie bierze odpowiedzialności za to, jak będzie zrozumiany przez swoich odbiorców’”. No groza, czyli groteska.
Sprawa zamachowca zasadzającego się na Tuska i Kosiniaka-Kamysza przypomina tę z 2012 r. Wtedy chodziło o zamach na Sejm. W listopadzie 2012 r. służby zatrzymały w Krakowie Brunona Kwietnia, wtedy 45-latka, naukowca (chemika) krakowskiego Uniwersytetu Rolniczego, żonatego, ojca dwójki dzieci. Zatrzymanie Kwietnia służby i politycy przedstawiali jako ogromny sukces. Przecież wysadzenie w powietrze parlamentu byłoby ewenementem w historii Polski. Dlatego funkcjonariuszy ABW pochwalił sam ówczesny premier Donald Tusk.
Proces Kwietnia przed sądem w Krakowie zaczął się w styczniu 2014 r. W grudniu 2015 r. zapadł wyrok: za przygotowania zamachu na najwyższe władze państwowe sąd skazał Brunona Kwietnia na 13 lat więzienia. W wyniku wniesionej apelacji kara została zmniejszona do 9 lat. Podczas procesu Brunon Kwiecień przyznał, podjął się zadania wysadzenia budynku Sejmu, ale zrobił to na zlecenie agentów ABW, którzy udawali przed nim terrorystów. Wybrali go, ponieważ podczas wykładów ostro atakował premiera Donalda Tuska, ministra Radosława Sikorskiego i posła Janusza Palikota. Kwiecień wyjaśniał, że podczas jednego z wykładów słuchacz spytał go, co zrobić, by jakoś się pozbyć Donalda Tuska. Odpowiedział, że najszybszym sposobem pozbawienia premiera władzy jest „wypchanie transportera Skot materiałem wybuchowym, wjechanie nim do Sejmu i wysadzenie”. Wkrótce w pobliżu uczelni zaczepił Kwietnia mężczyzna, który przedstawił się jako członek skrajnie prawicowej organizacji chcącej obalić rząd Tuska. I spytał, czy Kwiecień podjąłby się zorganizowania zamachu. Naukowiec odpowiedział mu, że zrobił żart, ale mężczyzna pokazał mu zdjęcia jego dzieci i żony. I zagroził, że jeżeli Kwiecień nie zgodzi się na udział w zamachu, to on, jego dzieci i żona mogą zginąć. Kwiecień zidentyfikował mężczyznę jako doktoranta Instytutu Fizyki Centrum Naukowo-Dydaktycznego Politechniki Śląskiej w Gliwicach. To on miał kilkukrotnie dopominać się o plan zamachu na Sejm.
Przestraszony Kwiecień poddał się i wymyślił plan. Zamachowcy mieli kupić z demobilu skota, wypełnić go materiałami wybuchowymi i dostarczyć pod Sejm na lawecie. A potem wjechać nim pod budynek i odpalić ładunek. Zrobiłby to ktoś gotów sam zginąć albo pojazd byłby sterowany za pomocą radiowego nadajnika. Gdy Kwiecień dostarczył doktorantowi plan, ten skontaktował go z innym mężczyzną, faktycznie agentem ABW. Z tym agentem Kwiecień spotykał się regularnie i poznawał kolejnych przyprowadzanych przez niego spiskowców, w rzeczywistości też agentów ABW. Jeden z nich zaproponował zamach na ambasadę Izraela w Warszawie. „Wyraziłem swoją dezaprobatę co do tego pomysłu. Uważałem, że jest to bez sensu i niczego nie zmieni w polityce Izraela, a w miejsce ambasady zostanie wybudowana nowa” – mówił w sądzie Kwiecień.
Agenci doradzili, aby Kwiecień skoncentrował się na wysadzeniu budynku parlamentu. Najlepiej w dniu przyjmowania ustawy budżetowej, kiedy w Sejmie zwykle są najważniejsze osoby w państwie: prezydent, marszałek, premier i ministrowie. Agenci ABW podpuszczali jeszcze Brunona Kwietnia, by zorganizować zamach na ówczesną prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz. Proponowali umieszczenie w jej w samochodzie ładunku. Agenci ABW namawiali jeszcze Kwietnia do przeprowadzania próbnych wybuchów. Gdy Kwiecień nie chciał tego robić, grożono mu pozbawieniem życia.
Pełniący funkcję łącznika doktorant, któremu ABW przekazała sprzęt do nagrywania spotkań z Kwietniem (i on to robił), twierdził, że chemik kupuje za granicą broń, np. granaty. I że miał robić wokół i w Sejmie rekonesans, co udokumentował nagraniem. Służby nigdy nie znalazły filmu ani granatów, znalazły zaś pół kilograma materiałów wybuchowych, m.in. heksogenu. Kwiecień twierdził, że tajniacy z ABW chcieli, by wysadzić nim pomnik martyrologii żydowskiej w Białymstoku.
W październiku 2012 r. Brunon Kwiecień zaczął podejrzewać, że podpuszczający go spiskowcy mogą być agentami. Jednego z nich zapytał, czy jest z policji. Wtedy też Kwiecień oświadczył, że rezygnuje z przygotowania zamachu. Miesiąc później został zatrzymany. Kwiecień zorientował się, że w całej prowokacji mogło chodzić o udowodnienie konieczności istnienia, a nawet wzmocnienia Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, skoro zbliżała się reforma służb specjalnych.
Kwiecień odsiadywał wyrok we Wrocławiu. Nie sprawiał żadnych problemów regularnie odwiedzała go rodzina. Nie chorował, nie zgłaszał problemów ze zdrowiem, nie brał leków. Ale 6 sierpnia 2019 r. został znaleziony martwy w celi. Jako przyczynę zgonu podano „masywny krwotok wewnątrzczaszkowy (podpajęczynówkowy) z punktem wyjścia w obrębie naczyń podstawy mózgu”. Brunon Kwiecień miał 52 lata.
Już po śmierci Brunona Kwietnia okazało się, że ABW dostała od krakowskiej prokuratury zgodę na przeprowadzenie operacji specjalnej, czyli użycie funkcjonariuszy pod przykryciem. Mieli oni udawać zainteresowanych udziałem w zamachu, odgrywać role handlarzy broni lub sprzedawców saletry niezbędnej do sporządzenia ładunku. Formalnie agentom nie wolno było prowokować do popełnienia przestępstwa, ale z tym było różnie, jeśli zważyć, że to oni wymyślili zamach na Hannę Gronkiewicz-Waltz, wysadzenie w powietrze ambasady Izraela i pomnika martyrologii Żydów? Ale Brunon Kwiecień nie rozpoczął gromadzenia materiałów wybuchowych. Kwiecień nie szukał też kandydatów na zamachowców. Robili to agenci ABW. Ale to on został skazany i w więzieniu zmarł. Czy służby w październiku 2026 r. mogłyby robić powtórkę z prowokacji z Brunonem Kwietniem? Gdyby to było prawdą, bardzo brzydko służby by się bawiły, a kontrolujący je ministrowie Tomasz Siemoniak i Marcin Kierwiński oraz sam premier Donald Tusk musieliby za to odpowiedzieć karnie. Mimo że jeszcze nikt nie umarł, jak stało się z Brunonem Kwietniem.
Stanisław Janecki
