Wypowiedź Romana Giertycha kojarzy się z „szafą Lesiaka”S. JANECKI: Scenariusz rozprawy z prawicą i prezydentem Nawrockim, jaki wyłania się z wypowiedzi Romana Giertycha, kojarzy się z „szafą Lesiaka”

W 2026 r. odwołanie się do metod płk. Lesiaka jest co najmniej trudne, ale zawsze można wykorzystać polityka mecenasa, który w dodatku swoje zrobi „pro bono”.
Gdy w 2023 r. Donald Tusk rozkładał nad Romanem Giertychem polityczny, ale zarazem ochronny parasol, zawierał z nim swego rodzaju układ, że kiedy będzie tego potrzebował, „wypuści” mecenasa polityka na polowanie z nagonką. Od początku w tym polowaniu chodziło o Jarosława Kaczyńskiego, a im bliżej wyborów parlamentarnych w 2027 r. chodzi o Prawo i Sprawiedliwość, prezydenta Karola Nawrockiego i jego współpracowników oraz o Mateusza Morawieckiego i jego Rozwój Plus, a szerzej całą prawicę. I nie jest wcale zaskakujące, że terenem polowania jest afera Zondacrypto, dlatego Roman Giertych (razem z Jackiem Dubois) został pełnomocnikiem szefa tej giełdy kryptowalut – Przemysława Krala.
25 sierpnia 2026 r. w TVP Info Roman Giertych odkrył karty: „Ta sprawa [Zondacrypto], ja uważam, jeżeli będzie dobrze przebadana do końca, to ona ujawni, czym było Prawo i Sprawiedliwość, czym była ta zorganizowana, w moim przekonaniu, grupa przestępcza, która podzieliła sobie kraj na różne dziedziny i kradła w zależności od tego, jaką mieli możliwość w określonych obszarach. To ujawnienie zakończy w ogóle cały ten mit patriotów, którzy walczyli o Polskę z Bogiem na ustach i z chrześcijaństwem namalowanym na krzyżach, na płaszczach”. Czyli sprawa jest prosta: Przemysław Kral jest potrzebny do polowania na Prawo i Sprawiedliwość, a szerzej obóz patriotyczny i chrześcijański.
Nie ma większego znaczenia, że w sprawie giełdy Zondacrypto poszkodowanych może być nawet 30 tys. osób, a wartość strat sięga co najmniej 350 mln zł. Wprawdzie oficjalne zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa złożyło dotychczas około 1,5 tys. osób, ale m.in. dane z systemów giełdy wskazują, że rzeczywista liczba osób, które straciły dostęp do swoich środków, może wynieść od kilkunastu do 30 tys. użytkowników. Realna wartość zablokowanych aktywów i wyprowadzonych rezerw (w tym brakujących tysięcy sztuk bitcoinów z tzw. zimnych portfeli) może docelowo sięgać od 1,1 mld zł do nawet 2,4 mld zł. Znaczenie ma polowanie, a nagonkę miałby poprowadzić Przemysław Kral.
Między bajki można włożyć to, co Roman Giertych, ogłosił, że nie szukał kontaktu z prezesem Zondacrypto z własnej inicjatywy. Wskazał, że „pan Kral sam zwrócił się do mnie przez jedną z osób ze swojej rodziny” jeszcze w maju 2026 r. A szczególnie zabawne jest oświadczenie Giertycha, że nie czerpie z tej obrony korzyści finansowych: „Nie biorę pieniędzy, pracuję pro bono”. Polityk mecenas porównał tę sprawę do swojej wcześniejszej głośnej roli jako pełnomocnika Tomasza Mraza (głównego świadka w aferze Funduszu Sprawiedliwości). Teraz świadkiem ma być Przemysław Kral.
Giertych wprost uzasadnił swoje zaangażowanie chęcią ujawnienia politycznych i finansowych kulis działań rządów Prawa i Sprawiedliwości. Stwierdził, że sprawa Zondacrypto ma drugie dno, ponieważ giełda była kluczowym sponsorem instytucji, fundacji i mediów związanych z polską prawicą (wymienił m.in. Telewizję Republika oraz fundację Zbigniewa Ziobry). Według Giertycha, obrona Krala pozwoli prokuraturze dotrzeć do wiedzy o „gigantycznych pieniądzach wyprowadzanych z kraju”, co jego zdaniem „zakończy mit patriotów”. O to Giertych stara się jeszcze od czasów, gdy nie był obsadzony w roli „cyngla” Donalda Tuska. Teraz podkreśla, że przez kilka miesięcy poufnie negocjował bezpieczne warunki współpracy Krala ze śledczymi. I podobno doprowadziło to m.in. do przekazania prokuraturze „ogromnego majątku” na zabezpieczenie roszczeń oszukanych klientów. Kto chce, niech wierzy.
Działania Giertycha (i Dubois) przypominają o sprawie tzw. szafy Lesiaka, czyli o jednym z największych skandali polityczno-szpiegowskich III RP. Chodziło w niej o nielegalne wykorzystywanie na początku lat 90. XX wieku Urzędu Ochrony Państwa do inwigilacji, kompromitacji i rozbijania (dezintegracji) legalnie działających prawicowych partii opozycyjnych. Nazwa afery pochodzi od nazwiska płk. Jana Lesiaka, byłego oficera Służby Bezpieczeństwa PRL, który po 1990 r. został zweryfikowany i przyjęty do nowo powstałego UOP. W 2026 r. numer ze służbami państwa nie przejdzie, więc trzeba działać innymi metodami.
W związku z „szafą Lesiaka” działania operacyjne prowadzono w latach 1992–1995. Za wiedzą i akceptacją ówczesnego kierownictwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (szefem MSW był Andrzej Milczanowski) oraz pod rządami prezydenta Lecha Wałęsy. Głównym celem była postsolidarnościowa, antywałęsowska prawica opozycyjna, która ostro krytykowała prezydenta oraz domagała się natychmiastowej dekomunizacji i lustracji. Inwigilowano wtedy liderów i ugrupowania takie jak Porozumienie Centrum kierowane przez Jarosława Kaczyńskiego, Ruch dla Rzeczypospolitej (RdR) Jana Olszewskiego, Konfederacja Polski Niepodległej Leszka Moczulskiego czy Ruch Trzeciej Rzeczypospolitej (R3R) Jana Parysa.
Zespół płk. Lesiaka stosował tzw. metody dezintegracyjne – żywcem przeniesione z arsenału metod Departamentu III SB (zwalczającego opozycję w PRL). Państwo demokratyczne użyło tajnych służb do walki z legalną opozycją parlamentarną za pomocą werbowania agentury: umieszczano tajnych współpracowników wewnątrz struktur partii prawicowych w celu skłócania ich liderów. Robiono to też za pomocą dezinformacji i prowokacji: fabrykowano i kolportowano fałszywe dokumenty, plotki oraz pomówienia. Jednym z przykładów było podrzucenie sfałszowanej „lojalki” (deklaracji współpracy z SB) Jarosława Kaczyńskiego, aby go skompromitować. Korzystano z inwigilacji i podsłuchów: śledzono polityków, kontrolowano ich korespondencję oraz zbierano haki dotyczące ich życia prywatnego i powiązań finansowych (np. badano zaangażowanie w aferę FOZZ). Nieformalną bazą do tych działań stała się tajna Instrukcja UOP nr 0015/92, pozwalająca na zbieranie informacji o partiach politycznych, oficjalnie uznanych przez władze za „ekstremistyczne” i zagrażające porządkowi państwa.
Podczas wewnętrznego audytu w gabinecie płk. Lesiaka odnaleziono pancerną szafę, a w niej ogromne, nieoficjalne archiwum z dokumentami dotyczącymi wieloletniej inwigilacji prawicy. Papiery te nie figurowały w oficjalnych rejestrach UOP – Lesiak trzymał je jako swoje prywatne „zabezpieczenie”. Ta sprawa stała się koronnym dowodem na to, że w pierwszej połowie lat 90. elity III RP posługiwały się postesbeckimi służbami, by uniemożliwić prawicy realne sprawowanie władzy i przeprowadzenie lustracji. W 2026 r. odwołanie się do metod Lesiaka jest co najmniej trudne, ale zawsze można wykorzystać polityka mecenasa, który w dodatku swoje zrobi „pro bono”.



