Tusk uznał brednie z postępowania przygotowawczego za prawdęJanecki: Uznanie przez premiera Tuska bredni z postępowania przygotowawczego za prawdę objawioną może go wkrótce dużo kosztować
Donald Tusk już raz się „przejechał" na zeznaniach „wiarygodnego" świadka, gdy oskarżył on jego syna o wzięcie 600 tys. euro łapówki, a teraz znowu się doigra uprawiając polityczną bandyterkę.
16 października 2022 r. Grzegorz Rzeczkowski napisał w „Newsweeku": „11 czerwca 2021 r. Do Prokuratury Regionalnej w Gdańsku przywieziono z aresztu w Bydgoszczy Marcina W., wspólnika w węglowych interesach Marka Falenty, skazanego za zorganizowanie podsłuchów najważniejszych osób w państwie. (...) Marcin W. przez półtorej godziny zeznaje przed prokuratorem Pawłem Fabisiakiem. Od dawna współpracuje z organami ścigania w trwającym siódmy rok śledztwie dotyczącym m.in. założenia i kierowania przez niego i Falentę zorganizowaną grupą przestępczą. (...) Falenta miał prosić Marcina W., aby skontaktował się z Rosjanami i spytał, 'czy są zainteresowani nagraniami różnych ważnych osób'. (...) Marek Falenta w hotelu powiedział mi, że dogadał się z Ruskimi. Jak go spytałem, za ile i co im sprzedał, powiedział, że sprzedał im wszystko, a za ile, to mi nie powie".
W sprawie publikacji „Newsweeka" wypowiedział się ówczesny szef Platformy Obywatelskiej Donald Tusk. Upierał się, że tylko komisja śledcza, niezależna od ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, mogłaby wyjaśnić, na czym polega wpływ rosyjskich służb na energetyczną politykę PiS. Uznał też Marcina W. za wiarygodnego świadka. Inni pociągnęli „złote myśli z bakelitu" Tuska, przekonując, że jeśli potwierdziłyby się informacje o sprzedaży nagrań, mielibyśmy do czynienia ze zbrodnią szpiegostwa.
Przyznając Marcinowi W. certyfikat wiarygodności, Donald Tusk nie wiedział, że w listopadzie 2017 r. zeznał on, iż Michał Tusk przyjął łapówkę w wysokości 600 tys. euro. Marcin W. twierdził, że w 2014 r. wręczył synowi ówczesnego premiera gotówkę jako prowizję za pomoc w transakcjach związanych z handlem węglem z Rosji. Kwota 600 tys. euro miała zostać przekazana Michałowi Tuskowi w siedzibie firmy w Warszawie w foliowej torbie z supermarketu Biedronka. Gdy w 2022 r. Donald Tusk domagał się powołania komisji śledczej ds. rosyjskich wpływów w aferze taśmowej, powołując się na zeznania Marcina W., w reakcji na to prokuratura opublikowała protokoły mogące podważać wiarygodność świadka m.in. z tego powodu, że obciążał syna Donalda Tuska. W śledztwie prowadzonym przez łódzką prokuraturę relacje Marcina W. w wątku obciążającym Michała Tuska uznano za niewiarygodne. Michał Tusk nie został w tej sprawie nawet przesłuchany w charakterze świadka, co wynikało z tego, że prokuratura nie znalazła twardych dowodów na poparcie wersji o łapówce. I nie potraktowała wynurzeń świadka jak prawdy objawionej.
Nie warto dopowiadać, na kogo wyszedł Donald Tusk, gdy w 2022 r. uznał zeznania Marcina W. za w pełni wiarygodne, czyli dające podstawy do dalszych działań. Zbigniew Ziobro, wtedy minister sprawiedliwości i prokurator generalny, stwierdził: „Jeżeli Donald Tusk tak stawia sprawę i dodaje, że prokuratura jakieś informacje ukrywa, a to wprost mówił i zażądał, by materiał położyć na stół, to zrobiłem to, czego chciał Donald Tusk". Ten położony na stół materiał to były zeznania Marcina W. Radosław Fogiel, wówczas rzecznik PiS, wyjaśniał: „Jest dzisiaj w Polsce jedna osoba, którą należy pytać o wiarygodność tych zeznań. Osoba, która dwa dni temu zorganizowała na ich podstawie konferencję prasową, domagała się powoływania komisji śledczej. Polityk, który wykorzystywał te zeznania, czy może dokładniej, oparty na nich artykuł w jednym z tygodników, do bardzo nieczystego ataku na PiS, jak wszyscy państwo wiecie, tą osobą jest Donald Tusk".
Minęły lata i Donald Tusk niczego się nie nauczył. 4 września 2026 r. w Sejmie z wyraźnym emocjonalnym rozedrganiem znowu powołał się na „wiarygodnego świadka", który znowu ma „załatwić" Prawo i Sprawiedliwość. I jeszcze ma „załatwić" prezydenta Karola Nawrockiego. I Tusk plótł za kimś, kogo niby utajnił (wiadomo, że chodzi o Przemysława Krala, ale premier musiał się w tej kałuży pobabrać, udając, że mówi szyfrem): „Zeznający powiedział, że 'rekompensata zostanie wypłacona ministrowi Ziobro za pośrednictwem fundacji, którą zakładał jego brat, a była to fundacja Suwerennej Polski'. Miała być to kwota 2 mln zł. Zeznający miał wypłacić 500 tys. na fundację, które, jak zeznał, 'Ziobro miał sobie wypłacić na swoje potrzeby'. (...) Zeznanie kończy się słowami: 'natomiast główną rolę w tym procederze odegrała Patrycja Kotecka [żona Zbigniewa Ziobry]. To jest oczywista korzyść majątkowa. Zapłaciłem za to, bo miałem być czystym człowiekiem'. Najważniejsze w tej współpracy było to, że pan X - publicznie znana osoba - obiecywał, że jak Nawrocki zostanie prezydentem, to on załatwi mi ułaskawienie, gdybym został skazany w tej sprawie'".
Będąc prawnym analfabetą, Donald Tusk przez lata praktyki rządzenia albo prosząc o radę jakiegoś prawnika, mógłby jednak się przyuczyć, że granie zeznaniami z postępowania przygotowawczego prokuratury to zwykła polityczna bandyterka. Takie zeznania przed weryfikacją nie mają żadnej wartości, więc nawet nie muszą się znaleźć w akcie oskarżenia, co oznacza też, że później nie będą weryfikowane przed sądem. Ale nie o to chodzi, gdy celem jest wyłącznie polityczna bandyterka.
W ramach politycznej bandyterki Donald Tusk już praktycznie skazał polityków PiS, rzucając cytatami z zeznań świadka, który może pleść dowolne bzdury, szczególnie jeśli ma za obrońcę Romana Giertycha, a za nim ciągnie się długi ogon Koalicji Obywatelskiej. Tak, jak w 2017 r. plótł Marcin W., którego pięć lat później Tusk uznał za wielce wiarygodnego. Donald Tusk powinien teraz uważać, bo znowu wiarygodny dla niego świadek, jeśli wyczuje, że obecna władza się kończy, zezna coś takiego o nim samym, że słowa Marcina W. o łapówce 600 tys. euro rzekomo odebranej przez Michała Tuska, to będzie mały Miki. Ale wtedy już za późno będzie na wycofanie się z politycznej bandyterki i otrzeźwienie.
