Psychoza wojenna jako sposób na utrzymanie się przy władzyPsychoza wojenna jako sposób na utrzymanie się przy władzy

Śp. prezydent Lech Kaczyński mówił, że Polska powinna w polityce międzynarodowej „grać powyżej tego, co ma w kartach”, czyli powyżej realnego potencjału polityczno-gospodarczo-militarno-demograficznego. Słusznie. Na przykład Rosja czyni tak od wieków.
Robiła to jako „biała Rosja”, czyli za caratu, jako „czerwona Rosja”, czyli za Związku Sowieckiego, a teraz jako Rosja Putina. Warto o tym pamiętać. Tym bardziej że szeroko rozumiany Zachód nabiera się na to od dawna. A może nawet chce się nabierać? To doprawdy ważna uwaga dla tych, którzy kształtują czy będą kształtować politykę zagraniczną Rzeczypospolitej. Rosja zawsze napina muskuły, pręży bicepsy, a potem ZSRR grzęźnie w Afganistanie, a Moskwa dziś na Ukrainie. Łapać się można za głowę, czytając analizy poważnie zakładające pełnoskalową agresję na Polskę czy nawet na państwa położone na zachód od nas (ostatnio zaczęto mówić... o Francji). To wojenna psychoza, która wszak odbywa się z różnych konkretnych powodów. Niekoniecznie jest ona przejawem histerii czy braku realizmu, choć oczywiście jest odklejeniem od rzeczywistości i odbywa się często w histerycznej atmosferze.
To, że Kreml w sposób bardzo konsekwentny pokazuje od lat, że w wymiarze militarnym i politycznym jest groźniejszy, niż jest – to oczywiste, bo leży to w interesie Moskwy. To, że w ten scenariusz wyraźnego przeceniania czy przeszacowywania Federacji Rosyjskiej wpisuje się Zachód, w tym obecny rząd w Warszawie, ale także szereg niezależnych ekspertów i dziennikarzy, ba, niektórzy opozycyjni politycy, wynika z bardzo określonych partykularnych interesów.
Po pierwsze: mówienie jak Donald Tusk w wywiadzie dla „Financial Times”, że Rosja może napaść na nas nawet w tym roku, jest oczywistym odwracaniem uwagi wyborców/podatników od fatalnej polityki gospodarczej, międzynarodowej, problemów w służbie zdrowia czy szybujących cen benzyny i energii (i cen w ogóle). Przy czym nie dotyczy to tylko Polski, ale szeregu nieudolnych rządów i państw UE, ale także spoza Unii, jak choćby Wielkiej Brytanii. Po drugie: taka narracja jest usprawiedliwieniem olbrzymiej pomocy militarnej (i nie tylko) dla Ukrainy, od pewnego momentu przekazywanej przy coraz większych wątpliwościach i sceptycyzmie opinii publicznej krajów Zachodu.
Po trzecie: jest to zgodne z interesami silnego po obu stronach Atlantyku lobby militarnego. Po czwarte: Unia Europejska chce Rosją zasłonić własne gigantyczne problemy, łącznie z największym długiem w historii EWG/UE (według Europejskiego Trybunału Obrachunkowego – ETO/ECA), a także fakt, że aż 2/3 niektórych „pożyczek” dla Ukrainy odbywało się poprzez... branie przez Brukselę kredytów, które teraz trzeba będzie spłacać latami.
W przyszłym roku odbędą się wybory we wszystkich największych pięciu krajach UE (Niemcy – w wielu landach, Francja – prezydenckie, Włochy, Hiszpania, Polska – parlamentarne) oraz w kilku innych (np. Finlandia i Grecja). Rządzącym w tych krajach, z nielicznymi wyjątkami, „karta rosyjska” ma pomóc wygrać te wybory, bo w sytuacji zagrożenia zewnętrznego obywatele zwykle skupiają się przy władzy.
