„Halucynacje” AI u prof. Mróz-Gorgoń to część upadku profesury„Halucynacje” wywołane przez sztuczną inteligencję u prof. Barbary Mróz-Gorgoń to drobna część szerokiego zjawiska upadku profesury
Etos naukowca to dziś bajka o żelaznym wilku, a profesorowie bardzo często i bardzo chętnie służą złej sprawie, przestając używać rozumu i wiedzy.
Praktycznie wszyscy poza prof. Barbarą Mróz-Gorgoń obśmiali już tzw. raport „Polaków portret własny”. Pełnomocniczka rządu ds. promocji marki Polski, którą to panią sam Donald Tusk zachwalał, że zrobi coś na miarę Kopernika, przygotowała dokument pełen rażących błędów merytorycznych, językowych i edycyjnych. Z głupotami typu „tradycyjna chlebowość”, „polskie płaskiz”, „w erze fatigue konsumenckiej”, „archetyp guardianki” czy odkryciem, że aż 95 proc. młodego pokolenia Polaków mówi płynnie po angielsku, a wielu z nich zna także język mandaryński. I na ten żałosny „projekt badawczy” Ministerstwo Sportu i Turystyki przeznaczyło blisko 200 tys. zł publicznych środków. Opozycja zapowiedziała i złożyła zawiadomienia do wszelkich możliwych służb, w tym CBA i prokuratury, aby zbadały sprawę. I wezwała do natychmiastowej dymisji prof. Barbary Mróz-Gorgoń. To oczywista kompromitacja, ale problem jest szerszy, a dotyczy przede wszystkim jakości profesury w Polsce.
Najbardziej drastycznie jakość profesury w naszym kraju zakwestionowało zaangażowanie utytułowanych prawników w uzasadnienie łamania prawa, z konstytucją na czele, przez rząd Donalda. Mieli i mają oni świadomość, że legitymizują bezprawie, ale są tak zafiksowani politycznie i ideologicznie, że są w stanie uzasadnić wszystko. Także profesorowie innych dziedzin popierają i uzasadniają dziejące się bezprawie, a nawet nawołują do zemsty, odwetu i represji. To kompletne złamanie etosu i powinności uczonego, do jakiego w takiej skali nie dochodziło od lat 30., 40. i 50. XX wieku, gdy wielu naukowców zdecydowało się na służenie nazistom i komunistom.
Wśród najbardziej sfrustrowanych i radykalnych osób uzasadniających bezprawie i do niego de facto namawiających są profesorowie prawnicy: Ewa Łętowska, Stanisław Biernat, Andrzej Zoll, Fryderyk Zoll, Jan Zimmermann, Jerzy Zajadło czy Wojciech Sadurski. Podobnie jak prawnicy, choć nie dostarczając prawnych uzasadnień bezprawia, zachowują się profesorowie reprezentujący inne dziedziny, m.in. Magdalena Środa, Radosław Markowski, Jan Hartman, Bogdan De Barbaro, Andrzej Friszke, Jacek Jassem, Jerzy Kochanowski, Stanisław Obirek, Andrzej Romanowski, Janusz Majcherek czy Andrzej Rychard.
Odwołując się do kategorii Juliena Bendy, francuskiego pisarza i filozofa, można by mówić o „zdradzie klerków” (esej pod takim tytułem Benda opublikował w 1927 r., czyli prawie 100 lat temu). „Obowiązkiem klerka zawsze było nadawać najwyższą wartość myśli bezinteresownej, wolnej od wszelkiego dążenia do osiągnięcia praktycznych wyników” - pisał Julien Benda.
Na hasło „wyprowadzania” rzucone przez Donalda Tuska, a dotyczące bezprawnych działań w takich instytucjach, jak np. Narodowy Bank Polski czy Trybunał Konstytucyjny, utytułowani prawnicy podpowiedzieli, że np. prezesa NBP można „wyprowadzić” jako osobę, która pobrała nienależne świadczenia (jako nielegalny prezes), czyli może być ścigana za wymuszenie i kradzież. A prof. Jerzy Zajadło z Uniwersytetu Gdańskiego napisał list do ówczesnego wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa: „My, obywatele Polski i Unii Europejskiej, apelujemy do pana wiceprzewodniczącego o podjęcie jeszcze bardziej radykalnych kroków w procesie ochrony zasad prawa i demokracji w naszym kraju. To ostatni moment!”. Nie tylko prof. Jerzy Zajadło zwracał się do „obcych dworów”, żeby wyzwolili Polskę spod strasznej dyktatury, czyli wybranej demokratycznie władzy.
Prof. Wojciech Sadurski po wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2019 r. napisał (choć potem szybko usunął), że wyniki wyborów dostarczyły mu „kolejnego argumentu za Polską federalną”. W takiej Polsce część zachodnia jest „pro-liberalna, europejska, świecka”, zaś część wschodnia – „wiadomo”. W związku z tym potrzebne są „kompetencje wspólne: polityka zagraniczna i obronna, waluta, armia, podstawowe wolności obywatelskie (ale w skansenie wschodnim – mniej wolności od religii)”. Nie wiadomo, dlaczego wpis został skasowany, skoro dzień wcześniej Sadurski pisał, że „wybory potwierdziły i skonsolidowały podział Polski na zachodnią i wschodnią, według linii ustrojowych, światopoglądowych i cywilizacyjnych. Mapa powyborcza Polski pokazuje dwie połowy, prawie bez wyjątków. Powinno to dać siłę pomysłom decentralizacyjnym (np. firmowanym m.in. przez prof. A[ntoniego] Dudka), a w przyszłości może nawet federacyjnym (różnica między decentralizacją a federalizacją polega na tym, że w tej drugiej decentralizacja jest utrwalona konstytucyjnie). Dlaczego Poznaniak ma cierpieć pomysły na szkołę popularne w Nowym Targu, zaś Hajnówkowianin męczyć się w modelu rodziny, przeważającym we Wrocławiu? Zaś na zarzuty o federacji jako drodze do ‘rozbioru’ czy dezintegracji, odpowiadajmy: jest wręcz przeciwnie. To rozsądna decentralizacja lub federalizacja pomaga przetrwać ‘jedności w różnorodności’”. A to dlatego, że „wyborcy PiS głosowali (…) na partię, o której wiadomo, że będąc w ‘rodzinie politycznej’ eurofobów, pro-putinowców i zwykłych wariatów, nie będzie miała żadnego przebicia na główne negocjacje i kompromisy, dotyczące m.in. funduszy europejskich”.
Prof. Maciej Górecki, socjolog i politolog z UW, napisał, że „wszyscy pracownicy TVP [przed 2024 r.] to zbrodniarze (…) wszyscy od sprzątaczki po prezesów pracujący obecnie w TVP i radiu, i to zarówno centrali jak i ośrodków regionalnych w odpowiednim czasie winni by zwolnieni z wilczym biletem. (…)„Nie będzie dla nich litości w nowej Rzeczypospolitej. Będą ścigani, także ekonomicznie. Wprowadzone zostanie embargo na ich zatrudnienie, oczywiście także konfiskata majątku. Będą puszczeni bez skarpetek”. W kolejnych wpisach Górecki przekonywał, że ówcześni pracownicy TVP to „odpady moralne” i porównywał ich z SS. To Górecki twierdzi, że „elektorat PiS-u jest niezwykle toksyczny kulturowo. Po odsunięciu PiSu od władzy służby powinny infiltrować i wewnętrznie dezintegrować każdą kolejną partię, która będzie bazować na tym elektoracie. Tylko w ten sposób unikniemy pełnoskalowego faszyzmu. (…) Powinniśmy mieć politykę i praktykę podobną do tej, jaką stosują Niemcy wobec neonazistów”.
Prof. Radosław Markowski, socjolog i politolog związany m.in. z Uniwersytetem SWPS, zaproponował powołanie „trzecich izb parlamentu, do których byliby wybierani młodzi ludzie na 15-, 20-letnie kadencje. I mieli prawo weta wobec izby niższej w sprawach dotyczących przyrody, natury i naszego środowiska”. 4 września 2023 r. prof. Markowski mówił w „Gazecie Wyborczej”: „Około 5-6 mln pisowskiego elektoratu w 80 proc. samo się przyznaje, że nie miało ani jednej książki w ciągu roku w rękach, do tego Kościół coś tam powie pod nosem i tak buduje się ‘elitę’ polityczną”. Nieważne, że to kompletny wymysł. Ważne to, co miało się utrwalić, np. o konserwatywnych Polakach jako o „przaśności, zaściankowej religijności i nacjonalistycznej bezrefleksyjności, wypełnionej autorytarno-klientelistycznym nepotyzmem”. Markowski mówił o zwolennikach PiS: „Dwie trzecie to są osoby powyżej 60 roku życia, dwie trzecie ci, którzy są na emeryturze lub rencie. Także dwie trzecie ludzi z wykształceniem podstawowym głosuje na PiS”.
Prof. Janusz A. Majcherek, filozof i socjolog związanym z Uniwersytetem Pedagogicznym w Krakowie, po atakach na Jana Pawła II w 2023 r. pisał: „To nie jest walka o pamięć Jana Pawła II, tylko o kształt Polski. O to, czy pod jego patronatem zostanie zaprowadzone państwo zideologizowane, w którym prawo będą dyktować hierarchowie”. To Majcherek namawiał do zadania ostatecznego ciosu pamięci o człowieku, który „potępiał in vitro, domagał się całkowitego zakazu aborcji i wypowiadał się krytycznie o osobach LGBT”. I wieszczył: „liczne oznaki wskazują, że intencją rządzących [z PiS] jest zaprowadzenie systemu opartego na prawie wyznaniowym i dogmatach religii katolickiej”.
Prof. Magdalena Środa, filozof (etyk) z Uniwersytetu Warszawskiego, 30 sierpnia 2022 r. w „Gazecie Wyborczej” wyłożyła, że gdyby była ministrem edukacji, to sprawiłaby, że skoro „rozporządzeniem wprowadzono religię [do szkół] i tak trzeba ją wyprowadzić”. Nic to, że nauczanie religii w szkołach reguluje konstytucja: art. 53, ust. 4 stanowi, że „religia kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole”. Oczywiście „patriotyzm w służbie państwa narodowego trzeba schować do lamusa”. „Nie ma co dłużej kryć: jesteśmy ciemnogrodem” – donosiła prof. Środa. „Można się usprawiedliwiać, że nasza ochrona zdrowia jest źle zorganizowana czy niedofinansowana, ale to nieprawda. Ludzie w Polsce umierają z powodu ciemnoty i zabobonów, a nie kondycji służby zdrowia” – odkryła Magdalena Środa. „Ciemnotę i zabobony” wiąże ona z „Kościołem katolickim, który w Polsce stanowi nieustające i ciągle żywe źródło przesądów”.
Tak jak w czasach Gomułki liczni profesorowie powołanie dla siebie widzą w uzasadnianiu polityki absolutnie słusznej i ostatecznie prawomocnej (obecnie w wersji Donalda Tuska). Dlatego nie stronią od politycznych namiętności, często przechodzących w polityczne sekciarstwo. Chodzi o to, co Julien Benda nazwał „igraniem z namiętnościami politycznymi”, o zastąpienie chłodnej analizy skrajnymi emocjami, a wręcz nienawiścią.
Osobną sprawą jest profesorska ignorancja albo uleganie głupim modom z nauką niemającym nic wspólnego. W 2020 r. prof. Renata Ziemińska, filozof z Uniwersytetu Szczecińskiego, stwierdziła, że „naukowcy zajmujący się płcią są dzisiaj w sytuacji podobnej do sytuacji Galileusza, gdy religia znów próbuje podważyć, a nawet odrzucić naukowe dane i zatrzymać stary obraz świata”. O naukowcach ignorantach pisali w książce „Modne bzdury” (1997) Alan Sokal i Jean Bricmont. Ignorancja, a właściwie epigonizm dotyczy też profesorów sztuki. Wielu z nich odkrywa to, co zostało odkryte grubo ponad 100 lat temu. A powinni wiedzieć, że już 139 lat temu powstał w Paryżu Théâtre Libre. Że istniał w tymże Paryżu od 1896 r. Théâtre de l’Oeuvre. Że 110 lat temu założono w Zurychu Cabaret Voltaire. Że Marcel Duchamp już działał i robił to, co epigoni 120 lat później. Że żadne „zagrane” obrzydlistwa nie przebiją „twórczości” wiedeńskich akcjonistów (Brus, Nitsch, Muehl, Schwarzkogler, Wiener) sprzed 60 lat.
Zdrada klerków, jaka jest cechą wielu naukowców, powoduje, że nie ma w Polsce wartościowych analiz socjologicznych dotyczących III RP, współczesnego polskiego społeczeństwa czy procesów kulturowych typowych dla ostatnich dekad. Owszem, jest trochę marnej publicystyki udającej opracowania naukowe, ale sami ludzie nauki doskonale wiedzą, że z profesjonalnego i metodologicznego punktu widzenia to zwykłe „badziewie”. Naukowcy są po prostu bezradni albo nie chcą badać czegoś, co doprowadziłoby do jakichś nieprawomyślnych odkryć.
Nie ma już sensu odwoływanie się do obowiązków naukowca w rozumieniu prof. Stanisława Ossowskiego, do „społecznych ról uczonych” prof. Floriana Znanieckiego, „etosu badacza” w interpretacji prof. Stefanii Skwarczyńskiej czy „etosu nauki” prof. Janusza Goćkowskiego. Wystarczy powiedzieć, że etos naukowca to dziś najczęściej bajka o żelaznym wilku, a szczególnie dotyczy to tzw. nauk społecznych czy ekonomii. Naukowcy bardzo często i bardzo chętnie służą złej sprawie, to znaczy przestają używać rozumu i wiedzy, bo stali się żołnierzami jakiejś sprawy. Najczęściej chodzi o sprawę szeroko rozumianego postępu czy też nowoczesności, co po uszczegółowieniu okazuje się zwykle współczesną wersją marksizmu czy neomarksowskiego progresywizmu. A ujmując rzecz jeszcze dosadniej, chodzi o używanie naukowców w roli młotka wbijającego do głów, kto ma rację i dlaczego jedna racja jest lepsza od drugiej.
Zarówno używanie naukowców w roli autorytarnych młotkujących, jak i coraz powszechniejsza wśród naukowców ignorancja bądź zapatrzenie w „modne bzdury” prowadzą do oczywistego zubożenia debaty publicznej i jej całkowitego wyjałowienia z rzeczowych argumentów. A naukowców wiedzie to na manowce łatwizny i argumentacyjnego prymitywizmu bądź „halucynacji” wywołanych przez sztuczną inteligencję, jak w wypadku prof. Barbary Mróz-Gorgoń.
