„Bunt” w obozie Tuska! Już stłumiony, łatwo poszło„Bunt” w obozie Tuska! Już stłumiony. Łatwo poszło, zgodnie z planem
Jaki rząd taki bunt. Donald Tusk usłyszał we własnym obozie głosy przeciwne jego reformom praworządności. Znając naturę premiera, można by pomyśleć, że rozpoczęła się walka z czasem, a lider stanął przed wyborem: utopić rebeliantów w morzu politycznej krwi lub wstrzymać się choć na trochę z kpin z prawa. Przywódca koalicji wybrał jednak trzecie rozwiązanie. Powiedział rebeliantom, żeby się tym już nie przejmowali. Poskutkowało. I to jak! Wszystko zgodnie z planem.
Ekspert (nie)polityczny
W ostatnich tygodniach w obozie koalicyjnym doszło do kolejnych i na tyle ciężkich sprzeniewierzeń wobec własnych haseł, że nawet najbardziej wypróbowani sojusznicy Donalda Tuska zaczęli nieśmiało wyrażać swój sprzeciw.
Z jednej strony takie reakcję mogą budzić odrobinę optymizmu wśród konserwatywnych wyborców. Niepoprawni optymiści mogliby to nawet wziąć za przejaw chęci do rozmowy. Gdy jednak wczytać się w argumentację niektórych „buntowników” widać, że nie o prawdziwy sprzeciw tu chodzi, a nawet nie polemikę.
Najwięcej emocji budzi ostatnio kandydatura Macieja Berka na stanowisko sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Dopiero co minister w gabinecie Tuska w ciągu paru dni okazał się być ponadpartyjnym ekspertem. Tym samym runął kolejny filar retoryki o praworządności, nad którą równie szczerze pochylały się unijne instytucje, jak i ronił łzy Szymon Hołownia.
Głos z Gazety Wyborczej
Jak coś takiego wyjaśnić skołowanym wyborcom? Przecież ktoś mógłby pomyśleć, że demokratyczne siły, za które ów elektorat ryzykował życiem walcząc z „dyktaturą z PiS” są takie same jak wspomniany „krwawy reżim”. Sprawa nie jest prosta, bo nie wszyscy przełkną finezyjną retorykę „Soku z buraka”.
Głos w tej sprawie zabrała więc Dominika Wielowieyska, w obiektywizm której nikt nie chce wątpić. Publicystka „Gazety Wyborczej” postanowiła wyrazić swoje obawy.
Teraz to wygląda tak: TK był zły, jak PiS wybierał sędziów, a teraz jest dobry, bo teraz tego wyboru dokonuje koalicja rządząca. Nie tak miało to wyglądać. Nie chodziło o to, że wystarczy zmienić władzę i Trybunał jest już legalny. Nie ma przekonującego uzasadnienia, dlaczego nowi sędziowie wchodzący na miejsce dublerów – i ich następców – są już ok
- napisała w GW.
Oczywiście ten brawurowy akapit został osadzony w ciasnym kordonie zastrzeżeń i zapewnień o jedynie słusznych intencjach odmiennego głosu autorki i dowodów na ogólnie właściwy kierunek postępowania publicystki. Stąd między innymi wyeksponowany przekaz:
Stwierdzenie, że KO robi to samo, co PiS, jest więc absurdem
Po czym pojawia się znaczące chrząknięcie:
Jednak od demokratów wymagamy więcej
Publicystka nie potępia ruchu Tuska, natomiast robi mu wyrzuty, że jego „ekipa nie zrobiła wszystkiego, by uzasadnić swoje działania”.
Jednocześnie sama sygnalizuje intencje premiera, eufemistycznie opisując bezprecedensowy cel jego działania:
Szef rządu liczy, że Berek faktycznie, będąc w środku, doprowadzi do uporządkowania sytuacji, być może zwalniając z pewnych trudnych decyzji innych sędziów
Pułapka Berka na Tuska
Kłopoty z przyjęciem rzeczywistości ma prof. Marcin Matczak, również słynący z braku sympatii do środowisk konserwatywnych.
Chciałbym zapytać premiera, co takiego ma Maciej Berek, czego nie mają inni ludzie, że on poświęca zasadę apolityczności. To moim zdaniem naprawdę jest kpiną
- stwierdził prawnik w Tok fm.
Jego teoria jest jednak o tyle ciekawa, o ile zabawna. Wykładowca założył bowiem, że siłą sprawczą są tu ambicje zawodowe prof. Berka.
Moja teoria jest taka, że pan Maciej Berek chciał być sędzią Trybunału Konstytucyjnego. To jest marzenie każdego prawnika konstytucjonalisty, a on jest prawnikiem konstytucjonalistą. W związku z tym przyszedł do premiera, a ponieważ się dobrze znają, to premier powiedział: "OK". A później nagle, kiedy się okazało, że z tym jest problem, bo ludzie się oburzyli, no to premier musiał pokazać, że jest twardzielem i brnie w złą decyzję, broniąc jej
– opowiadał prof. Matczak.
W ten oto sposób Tusk miał wpaść w pułapkę szczególnych zachcianek Berka, który w Trybunale pragnie oceniać ustawy, które przygotowywał w rządzie.
Nitras kontra Giertych
Co więcej, do sprawy ambitnego prof. Berka doszła afera z równie przebiegłym mec. Roman Giertychem. Idąc tym tropem rozumowania, również wbrew woli premiera, wiceszef KO stawia swojego pryncypała w nieciekawej sytuacji. Giertych podjął się bowiem obrony Przemysława Krala, który, jako „mały świadek koronny”, już nadaje na PiS w aferze Zondacrypto, co zresztą premier zmuszony jest oczywiście relacjonować w Sejmie.
Czy to może budzić wątpliwości wśród towarzyszy premiera? Pewnie, że może. Dowodem jest choćby głos Sławomira Nitrasa, tego samego któremu nieśmiertelność zapewnił błyskotliwy passus o „opiłowywaniu katolików”.
Ja się z tym czuję źle. Ja tego do końca nie rozumiem. Uważam, że tu dochodzi do pomieszania ról
- mówił na Campusie w Olsztynie były minister sportu.
Tusk rozgrzesza
Co w takiej sytuacji zrobił premier Donald Tusk? Świadomy ułomności swoich projektów z góry przewidział taką sytuację. Nie, w żaden sposób nie skarcił autorów głosów poddających w wątpliwość jego kolejne ruchy. Przeciwnie pochylił się nad rebeliantami i zdjął ciężar, który najwyraźniej okazał się dla nich nadmierny.
Miejcie do mnie pretensje, ale pomóżcie nam uzdrowić sytuację w Trybunale. (…) Musimy to zrobić. I ja się nie cofnę. Wszystkie razy zbiorę, proszę bardzo
- oznajmił.
W ten sposób sumienie krytykantów zostało oczyszczone. Mogą dalej z równą wnikliwością przyglądać się scenie politycznej. A w razie zmiany rządów, podczas organizowanych przez siebie zadym i manifestacji, będą mogli powiedzieć z godnością, że konsekwentnie bronili demokracji przed każdą władzą.
„Niech nie zadrży ręka”
Ale, że w dzisiejszych czasach nikomu nie można ufać do końca, Donald Tusk otrzymał również wsparcie innego redaktora GW. Żeby nie było wątpliwości wicenaczelny „Gazety”, Bartosz T. Wieliński, tego samego dnia, co Dominika Wielowieyska, opublikował własną opinię, w której zastrzega w pierwszych słowach:
Plan na naprawę Trybunału Konstytucyjnego musi być radykalny. Niech Berkowi nie zadrży ręka.
Ech, twarde, bezkompromisowe dziennikarstwo i jednocześnie bliskie słowom premiera Józef Cyrankiewicza, wygłoszonych tuż po rozpoczęciu utopionego we krwi poznańskiego protestu robotników z czerwca 1956 r.
„Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewien, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności”.
Takiego sądu nad sobą chce Tusk
Za tamte słowa i czyny Cyrankiewicz nigdy nie poniósł odpowiedzialności. Nie poniósł dlatego, że oceniali go ludzie, którzy wraz z nim byli odpowiedzialni za zbrodnie PRL.
Na to samo liczy teraz Donald Tusk, który przecież również występuje i bierze odpowiedzialność „w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności”. Premier pewnie z radością czytał opinię Dominiki Wielowieyskiej, w której publicystka podkreśla rolę karzącej ręki sprawiedliwości.
Będziemy rozliczać koalicję rządzącą z ostatecznego efektu tych operacji, a efektem najbardziej pożądanym jest przywrócenie sądu konstytucyjnego, który przejrzy wszystkie sprzeczne z Konstytucją zmiany PiS-u oraz zagwarantuje niezawisłość i ochronę sędziów przed zakusami polityków.
Wtedy będziemy mogli powiedzieć, czy naginanie zasad, które się samemu głosiło, było "grą wartą świeczki".
- napisała Wielowieyska.
W skrócie: prawo można łamać, po warunkiem, że to przynosi nam korzyści.
Szczerzej się nie da.
źr. wPolityce.pl
