Zrozumieć opozycję. "Po prostu mają inne poglądy"Zrozumieć opozycję. "Po tamtej stronie jest bardzo dużo porządnych ludzi, którzy po prostu mają inne poglądy"

Marek Budzisz założył, że oczywistością jest dążenie Polski do bycia silnym i suwerennym krajem europejskim. Tymczasem zwolennikom opozycji wydaje się to mrzonką, „machaniem szabelką”.
Tekstem prof. Andrzeja Kisielewicza, logika i matematyka z Uniwersytetu Wrocławskiego, cenionego publicysty, rozpoczynamy debatę wokół pytania, czy w Polsce możemy się porozumieć ponad politycznymi okopami? Czy możliwe jest znalezienie punktów wspólnych, odczytanie niepodważalnej racji stanu?
Marek Budzisz 29 lipca w portalu wPolityce.pl, polemizując z artykułem Witolda Jurasza z Onetu na temat polskiej polityki zagranicznej, zaproponował porozmawianie „o sprawach poważnych”. Zacznę od zwrócenia uwagi, dlaczego poważna rozmowa w formule zaproponowanej przez Marka Budzisza jest niestety niemożliwa.
Polska debata publiczna zdominowana jest przez dwie narracje propagandowe, gdzie jedna propaganda jest bardziej prymitywna niż druga, a druga bardziej kłamliwa niż pierwsza. W tę narrację wpisuje się większość polityków (szczególnie tych toczących retoryczne zapasy w mediach) i niestety znaczna część dziennikarzy. Taka otwarta wojna propagandowa to oczywiście bardzo niekorzystne warunki do jakiejkolwiek poważnej rozmowy. Niemniej Marek Budzisz wysuwa jakże słuszny postulat, że pewne obszary powinny być wyłączone z bieżącej walki politycznej, w tym np. polityka zagraniczna. Nie bierze on pod uwagę, że owo przekonanie samo w sobie ma charakter konserwatywny i tradycyjny i druga strona sporu nie musi go podzielać. I niestety nie podziela.
Jeśli bowiem odrzeć polityczny spór z propagandowych ornamentów i świadomych kłamstw, to sprowadza się on do tego, jaka ma być Polska: niepodległa i suwerenna czy też stanowiąca podległą część zintegrowanej, sfederalizowanej Europy. Otóż ta druga opcja nie jest wcale taka głupia, jak to mogłoby się wydawać zadeklarowanemu patriocie. Nie jest to co prawda polska tradycja (bardziej pasuje do Czechów), ale przekonanie, że najlepiej będzie mi się żyło, gdy Europa wchłonie Polskę instytucjonalnie, gdy w zasadniczych sprawach decydować będzie rząd europejski (a niechby i niemiecki), da się racjonalnie uzasadniać. Jeśli ktoś nie wyniósł z domu lub ze szkoły umiłowania polskiej historii i tradycji, to może nie dostrzegać w takim rozwiązaniu żadnej straty, a jedynie korzyści.
Marek Budzisz założył, że oczywistością jest dążenie Polski do bycia silnym i suwerennym krajem europejskim. Tymczasem zwolennikom opozycji wydaje się to mrzonką, „machaniem szabelką”. Wedle ich przekonania są tylko dwie opcje: albo damy się wchłonąć Europie i Europa będzie nas bronić jak samej siebie, jak należącego do niej terenu, albo wpadniemy nieuchronnie w strefę wpływów Rosji. Jeśli ktoś opiera się Europie, kwestionuje nadrzędność europejskich instytucji, to znaczy, że nas wpycha w ręce Putina. Logiczne? Logiczne, jeśli wyklucza się możliwość Europy suwerennych narodów, w której Polska uzyska silną i wpływową pozycję.
Ilu jest w Polsce wyborców, którzy na fundamentalne pytanie: „Czy jesteś za tym, żeby Polska dążyła do bycia silnym i suwerennym krajem europejskim?”, odpowiedzą świadomie: „Tak”. Którzy dla tego dążenia gotowi są poświęcić inne drugorzędne sprawy, a nawet stanąć w jego obronie, gdy zajdzie potrzeba?
Obawiam się, że góra to 30 proc. i że nigdy w historii więcej nie było. Dawniej 20 proc. patriotów potrafiło narzucić swoje zdanie reszcie narodu. Dzisiaj jest to w zasadzie niemożliwe (a dlaczego, to temat na odrębną dyskusję). Walka o polską suwerenność musi oferować inne korzyści, tym, którzy dziś głosują za PiS, ale jutro mogą głosować za kimś innym. Zadeklarowanych zwolenników dominacji Europy nad Polską, z różnych powodów, takich, co to gotowi są nawet poświęcić coś dla tej idei, jest chyba jeszcze mniej niż zadeklarowanych patriotów. Tę liczbę powiększają trochę rozdmuchiwanie emocji i agresja polityczna (co teraz praktykuje Donald Tusk), ale rozsądne wydaje się założyć, że ponad połowa wyborców zasadniczo przeciwna jest politycznej agresji. I nie chodzi tu o żadne mityczne centrum czy wyborców labilnych, lecz o normalnych ludzi, którzy chcą żyć w normalnych warunkach. Zmuszeni do wyboru jednej z dwóch agresywnych opcji opowiedzą się po bliższej ich sercu stronie, ale z niechęcią, z musu lub nie pójdą do wyborów wcale. Ustalenie odpowiednimi badaniami socjologicznymi, jak wielki jest to odłam elektoratu, ma kapitalne znaczenie dla decyzji, czy na wojnę emocji proponowaną przez Tuska, na agresję polityczną, odpowiedzieć należy agresją czy też reakcją przeciwstawną: spokojem, rzeczowością, dbaniem o jakość życia obywateli.
Nie da się wykluczyć, że rozhuśtywanie emocji przez Tuska to nie jest ani brak wyczucia i zrozumienia dla dzisiejszej Polski, ani gra na wykluczenie konkurentów we własnym obozie, lecz przede wszystkim chęć sprowokowania strony przeciwnej do takiej samej agresji. Tusk wie, że największym atutem obozu rządzącego jest jego polityka socjalno-gospodarcza, realne sukcesy w tym zakresie, i że zdecydowana większość rozsądnie myślących wyborców przede wszystkim dlatego wspiera PiS. Zależy mu więc na tym, żeby górę w Zjednoczonej Prawicy wzięły patriotyczny radykalizm i antyeuropejskość, żeby doprowadzić do stanu wojny z Europą – i żeby to było główną osią wyborczego sporu, a nie sprawy socjalne i gospodarcze, gdzie stoi na z góry straconej pozycji. Wtedy – tak zdaje się myśleć otoczenie Tuska – elektorat pragnący spokoju, widząc ponownie wojownicze oblicze PiS, wybierze zmianę. Zwłaszcza że cała narracja propagandowa opozycji będzie nastawiona, już jest nastawiana na to, że to PiS dąży do wojny i sieje nienawiść. Pytanie, czy bardziej radykalnie nastawieni politycy Zjednoczonej Prawicy zagrają w tym spektaklu role wyznaczone im przez Tuska?
Po stronie Solidarnej Polski cały czas mamy sugerowanie, że polityka rządu jest zbyt ugodowa i zbyt miękka. Czy politycy SP teraz jeszcze bardziej się uaktywnią w atakowaniu rządu? Nawet Bronisław Wildstein w tekście „Kapitulacja zamiast kompromisu. W ten sposób jedynie rozzuchwalimy »totalnych«,” w portalu Polityce.pl z 30 lipca daje się ponieść emocjom. Słusznym emocjom. Osobiście byłbym cały za tym, żeby TSUE i inne organy Unii Europejskiej łamiące europejskie traktaty odesłać do kąta, nie przejmować się groźbami kar finansowych, prowadzić wobec UE twardą i ostrą politykę, uzmysłowić europejskiemu establishmentowi, że dla obrony suwerenności i niepodległości Polski my, Polacy, gotowi jesteśmy na największe wyrzeczenia… I w tym miejscu pojawia się pytanie realisty: ilu z nas? Jaki procent Polaków poprze taką ostrą politykę, a jaki odwróci się, gdy tylko zaczną się realne problemy? Osobiście pamiętam stan wojenny i to, ilu z nas zeszło do podziemia, żeby bronić podeptanych ideałów…
W żadnym razie nie twierdzę, że PiS powinno zrezygnować z akcentowania patriotycznej agendy. Wręcz przeciwnie. Tę zasadniczą różnicę wskazaną na początku tego tekstu politycy PiS powinni podkreślać, stawiając w każdej dyskusji politycznej kluczowe pytanie: „Czy jesteś za tym, żeby Polska była silnym i suwerennym krajem europejskim – żeby dążyła do takiego celu?”. Uczciwa odpowiedź polityków opozycji brzmi: „Nie” i wyborcy powinni mieć tego pełną świadomość. Radykalne hasła i radykalne kroki ze strony Zjednoczonej Prawicy, podgrzewanie emocji, nie wydają się efektywną drogą do osiągnięcia tego celu. Efektywna polityka polega na zdolności do manewrowania, czy to się komuś podoba, czy nie – tak jest. Przekaz patriotyczny może mieć charakter radykalny i bojowy, ale może też mieć wydźwięk umiarkowany i rozsądny. I nie ma żadnej wątpliwości, że to tym drugim można pozyskać znacznie więcej zwolenników.
Jeśli przyjmiemy, że agresywnej agendzie Tuska Zjednoczona Prawica przeciwstawi rozsądek i spokój, to elementem tego powinno być też zaprzestanie stawiania opozycji (a szczególnie wyborcom opozycji) przejaskrawionych i karykaturalnych zarzutów (co jest klasycznym zabiegiem propagandowym po obu stronach i objawem podgrzanych emocji). Zamiast wyzywania od zdrajców i targowiczan, niemieckich agentów i folksdojczów, lepiej odkrywać ich prawdziwą agendę: wy chcecie Polski podporządkowanej instytucjom europejskim, a my chcemy Polski silnej i suwerennej – taka jest między nami różnica! O tym można dyskutować spokojnie, można autentycznie przekonywać i pozyskiwać, zamiast przerzucać się demagogicznymi i agresywnymi argumentami.
Że nie posłuchają i mimo naszej „ręki wyciągniętej do uczciwej dyskusji” nadal będą kłamać, przekręcać i podle nas atakować? No cóż, może właśnie nadszedł najwłaściwszy czas, żeby zacząć praktykować nadstawianie drugiego policzka. Może potrzebę zakończenia wojny polsko-polskiej potraktować poważnie. Po tamtej stronie jest bardzo dużo porządnych ludzi, którzy po prostu mają inne poglądy. Ale sądzę, że mając wyraźny wybór między wojną i pokojem, większość z nich jednak wybierze pokój.
Artykuł z 34/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
