WYWIAD "SIECI". Anna Michalska: Nie jestem malowaną laląWYWIAD "SIECI". Anna Michalska: Nie jestem malowaną lalą. "Nie jestem osobą bezbarwną, mam swój temperament"

Nikt nie porzuca dzieci w lesie. Wszystkich imigrantów ostrzegamy, że po przekroczeniu granicy zostaną zawróceni, więc oni mają tego świadomość.
Swój temperament mam i wielokrotnie to pokazałam. Nie będę słodko się uśmiechała i udawała, że nie słyszę, jak ktoś próbuje obrażać Straż Graniczną - mówi ppor. Anna Michalska, rzeczniczka Straży Granicznej, w rozmowie z Aleksandrą Jakubowską na łamach tygodnika „Sieci”.
Ma pani grubą skórę?
Anna Michalska: Tak mówią, ale całą tę sytuację – to, co się dzieje na granicy polsko-białoruskiej, hejt skierowany w naszą stronę – bardzo przeżywam i potrzebuję wsparcia. Gdyby nie to, że codziennie je otrzymuję od moich koleżanek i kolegów, życzliwych obcych osób, które piszą e-maile i podtrzymują mnie na duchu, to myślę, że byłoby mi ciężko. Ale też czuję się w obowiązku stawania i bronienia funkcjonariuszy Straży Granicznej, bo się z nimi po prostu identyfikuję.
Co pani czuje, gdy czyta w mediach, że „Anna Michalska kompromituje Straż Graniczną”?
Fala hejtu na moją osobę jest wprost proporcjonalna do tego kierowanego w stronę całej formacji. Wpisuję to w ryzyko zawodowe, bo wychodząc do dziennikarzy, wypowiadając się, staję się osobą publiczną, więc mnie jest najłatwiej skrytykować i zaatakować. Rozumiem, że taka jest moja praca, którą zresztą uwielbiam. Czytam te opinie. Jeśli jest to krytyka motywująca, jeśli mogę z niej wyciągnąć jakieś wnioski, to oczywiście staram się to robić, ale jeśli jest to zwykły hejt, to po prostu jest mi przykro i zastanawiam się, skąd w ludziach tyle nienawiści. Z drugiej jednak strony otrzymuję dużo pozytywnych maili, więc też się cieszę, że Polacy są fajni, mądrzy i dobrzy.
Najpierw krytykowano całą Straż Graniczną, ale im częściej zabierała pani publicznie głos, tym bardziej pani osoba stawała się celem ataków. Spotkałam się z takimi opiniami, że pani nie znosi głupoty i dość emocjonalnie reaguje na tę czasami pojawiającą się w pytaniach dziennikarzy.
Swój temperament mam i wielokrotnie to pokazałam. Na pewno, jeżeli chodzi o to moje komunikowanie się z dziennikarzami, to nie będę malowaną lalą, która przedstawia tylko statystyki, które ktoś jej położył na biurku, bo ja za tymi liczbami widzę moje koleżanki i kolegów, którzy teraz mają bardzo ciężkie służby. To oni słuchają tych imigrantów i ich historii, podejmują trudne decyzje, więc dla mnie za tymi statystykami kryje się autentyczna ciężka służba. Nie będę słodko się uśmiechała i udawała, że nie słyszę, jak ktoś próbuje nas obrażać. Po to spotykam się z dziennikarzami, żeby odpowiedzieć na wszystkie pytania, bo taka jest moja rola i chciałabym, żeby oni mieli jak najwięcej informacji o tym, co robimy. Ale, tak jak mówię, nie będę miła ani słodka, jeżeli ktoś wielokrotnie zadaje to samo tendencyjne pytanie i próbuje nas dyskredytować.
Ten cały atak na panią właściwie rozpoczął się od pytania o dzieci z Michałowa, kiedy pani z sarkazmem skomentowała „To mój ulubiony temat”. Zarzucono pani brak wrażliwości, arogancję, bo jak można tak odpowiadać dziennikarzom.
Nie ma to nic wspólnego z brakiem empatii, bo mnie tak samo jak wszystkim funkcjonariuszom tych dzieci jest szkoda i zupełnie nie rozumiemy, jak można dzieciaki targać w tak niebezpieczną podróż tylko ze względów ekonomicznych, bo tutaj nie mówimy o ludziach, którzy uciekają przed wojną. Ci, z którymi mamy do czynienia, wprost mówią, że nie chcą pomocy w Polsce, bo w Berlinie dostaną wyższy socjal. Nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć, tych dzieci jest mi niezmiernie szkoda, ale kiedy one są z rodzicami, nie możemy ich rozdzielać, a za losy dzieci odpowiadają rodzice, i to oni podejmują decyzje.
A może zamiast się ścierać z dziennikarzami, trzeba by było ich do siebie nastawić pozytywnie, być miłą, sprzedać czasami jakąś sensacyjną wiadomość na wyłączność?
Jestem miła. I to wielu dziennikarzy mówi poza kamerami. Z każdą stacją bardzo dobrze mi się współpracuje, i to od prawa do lewa, dużo rozmawiamy, także o innych sprawach, wymieniamy poglądy, często ich pytam, co myślą o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, o działaniach przez nas podejmowanych, ale też wielokrotnie zasięgam ich porady. Ale potem, kiedy włączają się kamery, i ja, i oni jesteśmy w pracy. Rozumiem, że oni mają obowiązek zadać jakieś pytania, które są związane z polityką ich stacji, a niekiedy sprowadzają się do tego, żeby zdyskredytować i mnie, i Straż Graniczną. Staję więc i podejmuję te wyzwania, bo spotkania z dziennikarzami za każdym razem są dla mnie wyzwaniem.
Jeden z pani dialogów z dziennikarką spotkał się z takim komentarzem: „zniecierpliwiona kobieta wbiła palec w oko namolnej dziennikarce”. Oczywiście w przenośni. Czasami ponoszą panią emocje, traci pani cierpliwość i zimną krew?
Nie. Jeżeli są emocje, to są autentyczne i szczere. Bronię wizerunku funkcjonariuszy Straży Granicznej, ich ciężkiej służby. Za każdym razem mam dużo cierpliwości do tych pytań, ale te same pytania zadawane dziesiątki razy, i to niekoniecznie merytoryczne, bardziej próbujące wywołać sensację, muszą się spotykać z moją zdecydowaną reakcją.
Nie sądzi pani, że to zniecierpliwienie i irytacja dziennikarzy biorą się z tego, że nie mogą wejść w strefę stanu wyjątkowego? Uważa pani, że to jest dobra decyzja, żeby dziennikarzy tam nie wpuszczać?
Rozumiem, że dla dziennikarzy może to być problem i nie dziwię się, że chcieliby na własne oczy zobaczyć, co się na granicy dzieje. Dlatego moją inicjatywą jest robienie briefingów, zapraszanie osób, które mogą udzielić najbardziej wyczerpujących informacji. Zanim został wprowadzony stan wyjątkowy, dochodziło w tej strefie do kuriozalnych zdarzeń. Dziennikarze dostawali mandaty za to, że wchodzili na pas drogi granicznej, mimo że ich przestrzegaliśmy. Nie wiedzieliśmy już w pewnym momencie, kogo mamy pilnować: dziennikarzy i aktywistów oraz innych osób postronnych, które mogą przejść na stronę białoruską i wywoła to jakieś niezamierzone konflikty, czy mamy pilnować, aby nie doszło do nielegalnej migracji przez granicę. Ta sytuacja nie była dla nas wygodna. Odkąd został wprowadzony stan wyjątkowy, zatrzymujemy więcej organizatorów przemytu ludzi, bo jeśli widzimy kogoś obcego w tej strefie, to mamy prawie pewność, że jest to osoba, która przyjechała po imigrantów. Przedtem wszyscy się tam kręcili i trudno było ich wychwycić. Zaczęto organizować happeningi, często w ogóle niezwiązane z sytuacją na granicy.
Chyba najcięższym zarzutem, który pada pod adresem Straży Granicznej, jest oskarżenie, że imigranci, którym uda się przekroczyć granicę, nie mogą wnieść podania o azyl, ochronę prawną, tylko razem z dziećmi są wywożeni i porzucani w lesie. Dlaczego pani nie może powiedzieć dziennikarzom, jak ta procedura wygląda? Gdzie oni konkretnie są odstawiani i jak to wszystko przebiega?
Odstawiani są na linię granicy, czasami w tym miejscu, w którym ją przekroczyli, czasami w innym, bo np. jeśli miało to miejsce na bagnach, to przecież ich tam nie wywieziemy. Takich szczegółowych informacji, gdzie dokładnie mają miejsca te przekroczenia i gdzie są zawrócenia, nie mogę ujawniać, ale proszę pamiętać, że linia granicy to nie tylko las, tam są drogi dojazdowe z jednej i drugiej strony, zabudowania w bliskiej odległości. Nikt nie porzuca dzieci w lesie. Wszystkich imigrantów ostrzegamy, że po przekroczeniu granicy zostaną zawróceni, więc oni mają tego świadomość. Od wszystkich osób, które oczekują pomocy od Polski i chcą złożyć wnioski o ochronę międzynarodową, takie wnioski przyjmujemy, tylko że te osoby niekoniecznie chcą pozostać w Polsce. Aktywiści apelują, żeby imigranci wnosili o azyl w Polsce, my ich zabieramy, pytamy, czy chcą złożyć taki wniosek, informujemy, że będą musieli przebywać pół roku w Polsce, a jeżeli nie dostaną azylu, będą deportowani do swojego kraju. I nagle się okazuje, że te osoby nie chcą pozostać w Polsce. Interesują je kraje Europy Zachodniej, wyłącznie z przyczyn ekonomicznych. Skoro ktoś potrzebuje pomocy, ucieka, no to dla mnie jest logiczne, że szuka tej pomocy w najbliższym kraju, gdzie czuje się bezpiecznie.
Powiedziała pani, że nielegalni imigranci są odstawiani w miejsce, w którym przekroczyli granicę. A dlaczego nie można ich przewieźć na normalne przejście graniczne i przekazać białoruskim funkcjonariuszem?
Strona białoruska nie realizuje umowy o readmisji, czyli o odsyłaniu nielegalnych imigrantów do kraju, z którego bezpośrednio przybyli. Jeszcze do ubiegłego roku miało miejsce przekazywanie w ramach tej umowy, teraz strona białoruska twierdzi, że nikt od nich granicy nie przekroczył, oni nie widzą żadnych śladów i z powodu pandemii nie będą tych osób od nas odbierać.
Ma pani możliwość kontaktu z imigrantami, którzy znajdują się w ośrodkach w naszym kraju? Czy oni mają świadomość, że zostali przez przemytników oszukani, że nie trafili tam, gdzie chcieli?
Tak, cudzoziemcy nam opowiadają, że służby białoruskie zapewniały ich, że droga z Białorusi do Niemiec jest prosta, a przekroczenie polsko-białoruskiej granicy łatwe i oni im w tym pomogą. Zresztą biorą od nich pieniądze, część imigrantów stać na opłacenie przewodnika, który ich przez granicę przeprowadzi, część tylko na doprowadzenie do granicy, czasem dalej jest organizowany transport od granicy do Niemiec. Te osoby czują się oszukane, bo większość z nich chce się dostać do Niemiec, a tu się okazuje, że po drodze jest trudna do sforsowania polsko-białoruska granica. Bardzo dużo umieszczanych w ośrodkach osób chce wrócić do swoich krajów, najczęściej są to obywatele Iraku, i teraz czekają na organizowanie takich lotów, ale to nie jest proste i nie da się tego zrobić szybko.
Czy zdecydowana postawa Straży Granicznej doprowadzi do tego, że ta wzbierająca fala imigrantów zacznie się cofać? Bo teraz, każdego dnia, zwiększa się liczba tych, którzy chcą sforsować polską granicę.
Jestem pełna podziwu dla moich koleżanek i kolegów, ale martwią mnie niezmiernie te wojenki, które toczymy w Polsce między sobą. W momencie, kiedy powinniśmy czuć aprobatę dla naszych działań i opierać się temu, co nam funduje reżim Łukaszenki, obwinia się Straż Graniczną o skutki działań Białorusi. Nie rozumiem, dlaczego nikt nie pyta białoruskich ambasad i konsulatów, po co ściągają tych ludzi na teren Białorusi? Nie obwinia się strony białoruskiej, tylko do nas są ciągłe pytania, co my robimy, dlaczego tak się dzieje. A przecież to nie my ściągamy te osoby, nie my obiecujemy im łatwe przejście granicy.
Jak pani trafiła do Straży Granicznej?
Namówił mnie tata. Nie był związany z żadną służbą mundurową, ale uważał, że powinnam spróbować. Kończyłam prawo, myślałam o aplikacji, ale właśnie Straż Graniczna poszukiwała m.in. prawników. Pomyślałam, że spróbuję, może na chwilę, i tak ta chwila trwa.
Ile?
Piętnaście lat.
To rzeczywiście chwila… Od razu została pani oficerem prasowym?
Praktycznie od razu zaczęłam współpracę z rzecznikiem prasowym – przez kilka lat nieetatowo. Nie było oficjalnie komórki do wsparcia rzecznika prasowego, więc były to moje dodatkowe zadania. Zaproponowano mi je, gdyż wcześniej przez rok pracowałam w mediach lokalnych. Okazało się, że dobrze mi idzie, a ja też nie ukrywam, że tę pracę uwielbiam, no i tak to właśnie trwa.
Ale chyba trochę się zmieniło? Przed wybuchem tej hybrydowej wojny Łukaszenki pewnie miała pani znacznie spokojniejszą pracę, może od czasu do czasu zadzwonił jakiś dziennikarz, pisała pani komunikaty, odpowiadała na e-maile, a tu nagle na pierwszej linii medialnego frontu.
Przez większość swojej służby byłam na zewnętrznym odcinku granicy UE, tam dużo rzeczy się działo i sporo było sytuacji kryzysowych, więc doświadczenie mam, a i zainteresowanie mediów było spore. Nie brakowało mi kontaktów z mediami i dzięki temu teraz jakoś daję sobie radę. Każdy dzień jest dla mnie wyzwaniem i każdego dnia czegoś się uczę.
A jak pani odreagowuje stres? Co pani robi w wolnych chwilach, o ile takie w ogóle są?
Ostatnio rzeczywiście jest ich niewiele, ale uwielbiam pływanie i bieganie. Największym przeciwnikiem są moje słabości, więc jeżeli pobijam własne rekordy, to zawsze mam z tego satysfakcję. Choć nie ukrywam, że jeżeli chodzi o sporty, to jestem introwertyczką – lubię trenować w skupieniu, bez wystawiania się na widok innych. Bardzo sobie cenię niezależność, nawet w sporcie, czyli dostosowanie tempa ćwiczeń do własnych potrzeb.
Wiele słów poparcia, nawet pod takimi tekstami, które nie są przyjazne ani dla pani, ani dla Straży Granicznej, można przeczytać w internecie. Widziała pani swój portret namalowany przez jednego z internautów?
Tak. Często też dostaję kwiaty i podziękowania, bardzo mili i sympatyczni ludzie dzwonią również z zagranicy, w Warszawie zatrzymują mnie na ulicy i mówią, że trzymają za mnie kciuki. Nie jestem osobą bezbarwną, mam swój temperament, charakter i myślę, że sporo ludzi to docenia.
Wywiad z 43/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
