Władza bawi się w intrygi, a najdzielniejsi chłopcy ginąBez pardonu. Za zaniedbania, które przyczyniły się do śmierci żołnierza, w tym rządzie powinny polecieć głowy

Wbrew wszelkim elegancjom i kodeksom savoir vivre nie mam wątpliwości - po tej śmierci powinny polecieć głowy w polskim rządzie. Za brak honoru napluć im w twarz to za mało.
Vladyslav był rówieśnikiem Mateusza. Poznałem go latem 2022 w Donbasie, na pozycjach wojskowych pod Iziumem, na jednym z najbardziej ostrzeliwanych odcinków frontu tej wojny. Vlad był najmłodszy w odddziale i - szczerze mówiąc - trochę lekceważony. Dobroduszny, nieco naiwny, oddawał się wojskowym zadaniom z przesadnym zaangażowaniem. Właściwie to był jeden z powodów dla którego zrobiłem z nim wywiad - chciałem go dowartościować gdy młody chłopak, który powinien flirtować z dziewczynami w kijowskich kawiarniach, wprawiał się w błyskawicznym kopaniu ziemianek pod rosyjskim ostrzałem. Był ochotnikiem, chciał bronić swojego kraju. Gdy 1 września 2022 roku Roma wysłał mi jego zdjęcie z napisem „200” - w slangu wojennym oznacza to poległego - mocno mnie to przygnębiło. Wład wyszedł rano z wykopanej przez siebie ziemianki i w tej chwili uderzył w niego artyleryjski pocisk. Centralnie w niego. „Żadnej części ciała nie znaleźliśmy w całości” - pisał jeden z żołnierzy jego jednostki. Powinien żyć, uczyć się i szukać żony, a nie kopać w błocie i ginąć od rosyjskich pocisków. Kilku rannych młodych Ukraińców, którym towarzyszyłem podczas transportu do szpitala wojskowego, wołało już na noszach: „mamo, mamo”. Serce pękało nie tylko mnie, ale i nawet lekarzom. Pamiętam jak jedna z anestozjologów oddała rannego pacjenta, bo ten Sasza zanadto przypominał jej chrześniaka, ręce jej się trzęsły, płakała i wyła w rozpaczy zamiast przytomnie podawać środki przeciwbólowe. Jeśli jakoś się sklejałem po takich widokach to tylko dlatego, że powtarzałem sobie, że oni giną po to, by nasi nie musieli. Na Donbas w maju 2022 roku spadało codziennie aż do 50 tysięcy pocisków - to tak jakby na pół Mazowsza uderzało tyle bomb i rakiet. Widziałem bombowce nad Bachmutem, Iskandery w Charkowie, rakiety kasetowe w Kramatorsku i Słowiańsku i słyszałem wiele krzyków porozrywanych od eksplozji chłopaków. „Dzięki Bogu, że to nie w Polsce” - myślałem nieco egoistycznie.
Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że 21-letni polski żołnierz z patriotycznej rodziny zginie trafiony prymitywną dzidą na polsko-białoruskiej granicy, to nie uwierzyłbym. Nie ma dzid w XXI wieku, które zabijają, nie ma europejkiej armii, która dałaby się zranić dzikusom pchanym przez tępych postsowieckich trepów, zwłaszcza w czasie pokoju - prawda? Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że polski minister będzie zgadzał się na zatrzymanie polskich mundurowych za to, że oddali strzały ostrzegawcze w stronę napastników, że armia będzie sparaliżowana niemocą decyzyjną i poprawnością polityczną decydentów - zaśmiałbym się rozmówcy w twarz. Wszystkie najgorsze wojenne koszmary dopadły polską rodzinę śp. sierżanta Mateusza Sitka jak z najczarniejszych godzin wojennej Ukrainy. Dwóch chłopaków - Wład i Matuesz - wydają mi się jakoś subiektywnie do siebie podobni. Nie zasłużyli na ten los. Wbrew wszelkim elegancjom i kodeksom savoir vivre nie mam wątpliwości - po tej śmierci powinny polecieć głowy w polskim rządzie. Za brak honoru napluć im w twarz to za mało.
