Wirus Tuska. Podstępny, wiarołomny i bezwzględnyWirus Tuska. "Jest powszechnie uznawany za polityka podstępnego, wiarołomnego i bezwzględnego"

Bilans powrotu Tuska dla całej opozycji na razie jest wyraźnie negatywny, choć sama Platforma zyskała, ale nie kosztem poparcia dla PiS.
Jedyną realną zdobyczą byłego premiera po powrocie do polskiej polityki może być Konfederacja. Z innymi będzie trudno.
Powrót Donalda Tuska wpłynął na zmianę strategii pozostałych partii opozycyjnych. Dlaczego? Bo były premier chce je ustawiać pod siebie, a tam, gdzie będzie problem, po prostu je skłócać. To nic nowego, gdyż taka była jego taktyka w czasie, gdy przez ponad 11 lat był przewodniczącym Platformy Obywatelskiej. Od tamtego czasu nauczył się lepiej czarować, ale też mało kto ma jeszcze złudzenia, że kryją się za tym dobre intencje.
Opozycyjne partie całkiem Tuska nie odrzucają, gdyż są zainteresowane rządzeniem, czyli układaniem się przed i po wyborach. Ale są ostrożne, gdyż Tusk jest dla nich politycznym drapieżnikiem, mimo że już trochę wyleniałym. I graczem, który nie dotrzymuje umów, jeśli ma przewagę. Były premier jest więc traktowany przez wielu polityków opozycji trochę tak jak wirus. Zanim wejdą z nim w jakieś układy, chcą się przede wszystkim zabezpieczyć.
W Brukseli, zarówno w funkcji przewodniczącego Rady Europejskiej, jak i szefa Europejskiej Partii Ludowej, Tusk nie musiał z nikim rywalizować. Podobnie było zresztą, gdy 3 lipca 2021 r. przejmował Platformę. Przychodził na gotowe, przygotowane zakulisowo stanowisko. W Brukseli zasłynął tym, że pracowali za niego inni, a on tylko ich wykorzystywał. To też nie sprzyja zaufaniu do niego. O ile dość gładko przyszło mu ustawienie pod siebie Platformy, o tyle zaskoczyły go nieufność i ostrożność pozostałych partii opozycyjnych. A tu czarowanie ani dusery nie pomogą.
Kompleksy Hołowni
Najważniejsze dla Tuska jest odebranie tlenu Polsce 2050 Szymona Hołowni, a potem występowanie w roli tego, który ten tlen dystrybuuje. Wprawdzie wie, że ugrupowanie Hołowni było tworzone także jako szalupa ratunkowa dla PO i ugrupowanie rezerwowe, gdyby Platforma znacząco osłabła. Ale teraz to już historia. Jeśli jednak taki projekt rezerwowy powstanie, zwykle żyje już w dużym stopniu własnym życiem, niezależnie od intencji twórców. Wszystko zależy od poczucia podmiotowości działaczy, członków i sympatyków, a to jest wciąż spore. Mimo że powrót Tuska odebrał Polsce 2050 tych zwolenników, którzy zwątpili w odrodzenie PO. Ale oni zawsze byli zwolennikami warunkowymi.
Istnieje też oczywiście kwestia podmiotowości samego Szymona Hołowni. Na razie również jest dość silna, choć lider Polski 2050 przy Tusku traci pewność siebie. Doradcy Tuska uważają, że Hołownię rozpracowali. Twierdzą, że ma kompleks silniejszego partnera czy też szefa (formalnego i nieformalnego). Wtedy uznaje wyższość tego, kogo nie może pokonać, wobec kogo ma różne kompleksy. Zaczęło się to w 2001 r., gdy szefem był dla Hołowni ówczesny redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Wróblewski (trwało to kilka lat). W latach 2008–2019 niby tworzył partnerski duet z Marcinem Prokopem (w programie TVN „Mam talent”), ale to ten drugi był szefem. Do tego stopnia, że Hołownia starał się go pod każdym względem naśladować, co momentami wyglądało komicznie. Doradcy Tuska są pewni, że ich szef jest w stanie Hołownię zdominować tak, jak zrobił to Prokop. I to mimo wzrostu asertywności Hołowni po zajęciu trzeciego miejsca w rywalizacji o polską prezydenturę. I po wzroście poziomu narcyzmu, co wywołał przeskok z telewizji do czołówki polskiej polityki.
W otoczeniu Tuska mówi się, że Rafał Trzaskowski też na początku „rumakował” wobec Tuska, a chociaż ma dużo mocniejszy mandat od Hołowni, potem bardzo łatwo został zdominowany i praktycznie pozbawiony swego największego atutu, czyli wsparcia prezydentów największych miast. Hołownia to wszystko obserwował, pytanie, czy wyciągał wnioski.
Donald Tusk jest obecnie na etapie sprawdzania, na ile twardzi zwolennicy Polski 2050 są nastawieni negatywnie do PO i nie chcą być dla niego zdobyczą. Po kilku tygodniach widać, że o ile część zwolenników Polski 2050 to dawni rozczarowani wyborcy PO, czyli politycznie labilni, o tyle większość, niezależnie od planów Szymona Hołowni, nie chce być rezerwą kadrową Tuska, a nawet jest przeciw niemu. Ich nastawienie zdaje się wyrażać posłanka Polski 2050 Hanna Gill-Piątek, która podkreśla zarówno suwerenność wyborców Hołowni, jak i ich odporność na metody uwodzenia stosowane przez byłego premiera. Hołownia może ich oględnie przekonywać do sensu jakiejś formy współpracy z Tuskiem, ale zachowując podmiotowość i organizacyjną samodzielność.
Ostrzeżeniem jest przecież przypadek Nowoczesnej, która właściwie nie istnieje, mimo że Tusk pofatygował się na posiedzenie Rady Krajowej tej partii i mocno ją komplementował. Tyle że Nowoczesna funkcjonuje już wyłącznie w roli partii zombie. Polska 2050 nie może sobie pozwolić na rozmycie się w większej koalicji, skoro jako samodzielny podmiot nie uczestniczyła jeszcze w żadnych wyborach (w przeciwieństwie do Nowoczesnej w 2015 r.). Dlatego Polska 2050 jest właściwie skazana na samodzielne pójście do wyborów, żeby Szymon Hołownia był brany pod uwagę w jakichkolwiek powyborczych konfiguracjach personalnych. A ważna posada rządowa Hołowni się marzy. Na razie wydaje się wystraszony powrotem Tuska, a ten umiejętnie pokazuje mu miejsce w szeregu. To powoduje skarżenie się lidera Polski 2050, że Tusk do niego nie dzwoni, nie umawia się, nie chce rozmawiać. Tyle że to klasyczna metoda działania byłego premiera.
Mimo że Tusk chce Polskę 2050 ograć i oskubać, szanse na to są niewielkie. A to oznacza, że Polska 2050 może pozostać ugrupowaniem mającym wciąż ok. 15 proc. poparcia, a gdyby po początkowym wzroście notowań PO zaczęło ono trochę spadać, wzmocni się niechęć do Tuska i Platformy w szeregach partii Hołowni, a on sam nie będzie miał innego wyjścia, jak demonstrować suwerenność. Tak więc najważniejszy element planu Tuska po powrocie nie wydaje się łatwy do zrealizowania, a typowa dla Tuska arogancja może Hołownię wzmocnić i usztywnić.
Wróg Czarzasty
Tuskowi natomiast udało się prawie od razu skłócić Lewicę i wywołać bunt przeciwko Włodzimierzowi Czarzastemu. Choć właściwie jest to efekt knucia przeciwko Czarzastemu przede wszystkim byłego premiera, a obecnie eurodeputowanego Leszka Millera. On sam jest już poza Lewicą, ale organizuje intrygi wśród polityków wywodzących się z SLD. Te intrygi trafiły na podatny grunt i poseł Tomasz Trela zgromadził wokół siebie buntowników chcących obalić przewodniczącego Czarzastego. Pod zarzutem podsuwanym przez PO i Millera, czyli bieżącej współpracy z PiS, a co ma być jeszcze gorsze – gotowości do zawarcia z PiS koalicji po wyborach w 2023 r. Z tego powodu Tusk wyraźnie się od jakichkolwiek rozmów z Lewicą dystansował, chcąc wśród jej polityków i zwolenników wywołać poczucie izolacji, a nawet istnienia kordonu sanitarnego. Zawinionego przez Czarzastego bratającego się z PiS.
Na razie nie udało się podzielić Lewicy. Ale takie próby będą jeszcze podejmowane. Po tych manewrach Tusk ma jednak wroga we Włodzimierzu Czarzastym. Lider Lewicy publicznie nie kryje, że uważa Tuska za politycznego oszusta, który szepcze czułe słówka, a potem zawsze wpuszcza w jakiś kanał, np. apelując do wyborców, żeby nie tracili głosów, oddając je na słabszego. Poza tym Włodzimierz Czarzasty jest jednym z najbardziej biegłych liderów w politycznych grach, w przeciwieństwie np. do Borysa Budki czy Tomasza Treli, więc sztuczki Tuska nie robią na nim żadnego wrażenia. Nie nabiera się na pozory i dobrze wie, że słowo Tuska nic nie jest warte.
Ta część Lewicy, która wywodzi się z Wiosny, uważa Tuska za zagrożenie i wiarołomnego partnera, bo pamięta niezrealizowane zapewnienia byłego premiera w sprawach obyczajowych i dotyczących mniejszości. Taktycznie Tusk godzi się obecnie na większość tego rodzaju postulatów dawnej Wiosny, ale jej politycy nie mają złudzeń, że wykiwa ich przy pierwszej nadarzającej się okazji. Dlatego że Tusk w tych sprawach zawsze gra i manipuluje. Politycy wywodzący się z Wiosny ani nie są Tuskiem zauroczeni, ani nie widzą się w roli przekąski dla niego. Jednak były premier liczy na to, że Lewica sama do niego przyjdzie, a przynajmniej jej znacząca część.
Choć początkowe próby wasalizacji Lewicy poprzez jej rozbijanie się nie powiodły, kolejne będą podejmowane. Tyle że konkwistadorskie nastawienie Tuska do Lewicy wylewa kubeł zimnej wody na większość polityków i zwolenników tego ugrupowania. Borys Budka i Rafał Trzaskowski mieli może mniejszą siłę przyciągania do PO ewentualnych koalicjantów, ale nie mieli w sobie arogancji Tuska, która od bliższych związków raczej odstręcza. Na razie cele Tuska względem Lewicy nie zostały zrealizowane, a jeśli Czarzasty nie zostanie wyeliminowany, były premier zyskał szczerego i zdeterminowanego przeciwnika.
Chłodne PSL, gorąca Konfederacja
Mimo że Władysław Kosiniak-Kamysz najbardziej przychylnie spośród liderów opozycji zareagował na powrót Tuska, ani w Koalicji Polskiej, ani w PSL nie ma wcale wielu zwolenników ścisłej z nim współpracy. Prezes PSL będzie zwodził lidera PO mglistymi obietnicami, ale warto pamiętać, że nie jest już ministrem w rządzie Tuska. Prezes PSL został jako minister pracy przez Tuska bezwzględnie wykorzystany, firmując najbardziej niepopularne posunięcia, czyli podniesienie wieku emerytalnego i nacjonalizację środków z OFE. To do dziś ciągnie się za Kosiniakiem-Kamyszem, tym bardziej że odegrana wtedy rola jest wyjątkowo upokarzająca. I lider PSL za tamto upokorzenie będzie chciał się zrewanżować.
Ocieplenie relacji między Tuskiem a Kosiniakiem-Kamyszem nastąpiło wtedy, gdy w 2019 i 2020 r. były premier podpuszczał swego ministra, zapewniając, że to właśnie on najbardziej nadaje się na lidera całej opozycji oraz na jej kandydata na prezydenta. Tyle że tamte dusery nie miały żadnego politycznego znaczenia. A teraz Tusk jest po prostu bezpośrednim rywalem Kosiniaka-Kamysza. Rywalem o tyle niebezpiecznym, że znającym słabe strony prezesa PiS. To sprawia, że Kosiniak-Kamysz będzie wobec Tuska ostrożny i nieufny. Nie pozwoli też zniszczyć swego najważniejszego dzieła, czyli Koalicji Polskiej, która jest kołem ratunkowym dla PSL w miastach oraz wśród konserwatywnych wyborców.
Tusk jest dużo bardziej niebezpieczny dla Koalicji Polskiej i PSL, niż mogli być Budka i Trzaskowski. Dlatego szanse na ścisłą współpracę przed wyborami w 2023 r. są niewielkie. Są realne po wyborach, ale najpierw trzeba stworzyć w kolejnym Sejmie większość.
Paradoksalnie najłatwiej może mieć Donald Tusk z zainfekowaniem Konfederacji. To ugrupowanie jest tak negatywnie zafiksowane na punkcie PiS, że może działać z byłym premierem. W PO długo przed powrotem Tuska pojawiały się głosy o możliwości współpracy, np. ze strony Sławomira Neumanna. A Sławomir Nitras straszył Lewicę, że w przyszłej koalicji PO będzie rządzić, Konfederacja zajmie się zaś Lewicą. Nitras zaprzeczał, ale jego słowa zostały w Sejmie zarejestrowane. Tusk ma utrzymywać kontakty z niektórymi politykami Konfederacji i mamić ich ministerialnymi posadami we wspólnym rządzie. A przede wszystkim obiecywać rośnięcie Konfederacji kosztem PiS, gdyby ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego straciło władzę. No i wspólne z PO pod wodzą Tuska mają być zasady i wartości liberalne.
W tej koncepcji Konfederacja ma być lepem na prawicowych wyborców, nietraktujących Platformy i Tuska jako prawicowców. Wzajemne umizgi trwają od co najmniej dwóch lat i wynikają z tego, że Konfederacja uważa PiS za wroga, natomiast PO za sprzymierzeńca. Oczywiście Konfederacja nie może pójść na wybory w koalicji z Platformą, ale gdyby odniosła sukces, mogłaby być jedynym pewnym partnerem po wyborach.
Choć Donald Tusk liczył na to, że po szybkim zwycięstwie we własnej partii także pozostałe opozycyjne ugrupowania potraktują go jako jedyne rozwiązanie problemu odcięcia od władzy PiS, w praktyce nic nie wygląda różowo. Tusk jest powszechnie (może poza Konfederacją) uznawany za polityka podstępnego, wiarołomnego i bezwzględnego. A współpraca z nim jest postrzegana jako wpuszczanie lisa do kurnika. Poza tym były premier nie działa na młodych wyborców, a wręcz ich drażni.
Bilans powrotu Tuska dla całej opozycji na razie jest wyraźnie negatywny, choć sama Platforma zyskała, ale nie kosztem poparcia dla PiS. Skromnie jak na zadęcie towarzyszące temu powrotowi.
Artykuł z 31/2021numeru tygodnika „Sieci”.
