Szczepionkowi technokraci w natarciuSzczepionkowi technokraci w natarciu. "Wychodzi na jaw, jak głęboki polityczny rów został wykopany w czasie zarazy"

Jeśli teraz pozwolimy zaprowadzić w Polsce jakiś model segregacji sanitarnej, to stanie się on precedensem pokutującym potem przez lata.
Z dnia na dzień coraz bardziej wygląda na to, że chiński koronawirus zainfekował również europejską politykę. Albowiem to właśnie za sprawą wirusa zarysowują się teraz w Europie nieznane dotąd ostre podziały ideowe, a w konsekwencji nowe linie politycznych frontów, być może już za chwilę decydujące o przyszłości naszych demokracji.
Wystarczy rzut oka na zdarzenia polityczne ostatnich dni we Francji, Niemczech czy w Polsce, by uświadomić sobie, iż zaraza dopiero teraz, gdy jej niszcząca siła znacznie w Europie osłabła, wywołuje polityczny pożar. W ciągu pierwszej połowy br. dwa kluczowe problemy w unijnej Europie to ekonomiczne skutki lockdownów i rywalizacja o dostęp do szczepionek. Dziś w większości krajów (choć nie w Polsce) ruszyły już wielkie unijne programy gospodarczej rekonwalescencji, szczepionka stała się zaś w zasadzie powszechnie dostępna. I to dopiero w takich warunkach wychodzi na jaw, jak głęboki polityczny rów został wykopany w czasie zarazy, a teraz dzieli nasze społeczeństwa wedle nowych linii i kryteriów konfliktu.
Segregacja sanitarna i protesty
Oficjalne dane rządu francuskiego (zawsze, jak z praktyki wiadomo, zaniżane) podają, że w sobotę 31 lipca przeciw wprowadzonym w tym kraju „paszportom szczepionkowym” manifestowało ponad 200 tys. osób. Przewlekłe anty-Macronowskie protesty na tle socjalnym, wywołane trzy lata temu przez żółte kamizelki, nabrały nowej dynamiki po tym, jak Zgromadzenie Narodowe uchwaliło 25 lipca ustawy wprowadzające segregację sanitarną. Ludzie niezaszczepieni tracą na ich mocy lwią część swobód osobistych, a ich życie ma zostać tak utrudnione, aby nawet największych sceptyków zmusić do zaaplikowania sobie szczepionki. Już teraz nie mogą oni bowiem uczestniczyć w żadnych formach życia kulturalnego, ale to dopiero początek ich kłopotów. Od 9 sierpnia nie wejdą do pociągu ani restauracji, raczej nie uda im się też załatwić żadnej sprawy w urzędzie. Jednak najbardziej drastyczną formą sanitarnej represji jest… zakaz wstępu pracownika do jego zakładu pracy, co ma zostać wyegzekwowane przez pracodawcę. Niesubordynowanych pracowników pracodawca może pozbawić wynagrodzenia na dwa miesiące; sam zaś, jeśli nie dopilnuje sumiennej kontroli w swojej firmie, będzie płacić grzywny (9 tys. euro za każdego pracownika), a w razie recydywy pójdzie do więzienia.
Z kolei w Berlinie tylko w ciągu jednego dnia – 1 sierpnia – policja aresztowała tysiąc osób podczas antyszczepionkowych manifestacji, przenoszących się na skutek policyjnych pacyfikacji z jednej dzielnicy do następnej. Berlińska policja informuje o wszczęciu 503 karnych śledztw. Jeden z założycieli partii dieBasis (to nowa wolnościowa partia powstała w sprzeciwie wobec restrykcji lockdownowych) umarł podczas aresztowania na skutek nagłego ataku serca. Ale w ostatnim tygodniu niemiecką opinię publiczną gwałtownie podzielił przede wszystkim spór o szczepienie dzieci poniżej 12. roku życia. Niemiecka Komisja Szczepionkowa STIKO – instytucja o dużym prestiżu naukowym ( jakiej, nawiasem mówiąc, w Polsce bardzo teraz brakuje) jest przeciwna szczepieniom dzieci, argumentując, iż nadal nie ma wyników badań oceniających skalę ryzyka szczepień dla fizycznego i psychicznego rozwoju dzieci. Tymczasem rząd w Berlinie, wraz z ministrami zdrowia poszczególnych landów, nakazał w trybie administracyjnym pilne rozpoczęcie takich szczepień, po raz pierwszy od wybuchu zarazy przeciwstawiając się otwarcie medycznym zaleceniom STIKO.
Ton niemieckich mediów po tej wątpliwej decyzji jest w większości dla władz nieprzyjazny, choć zarazem te same media zdecydowanie nieprzychylnie traktują sam ruch antyszczepionkowy. Zarządzenie władz jest traktowane jako objaw przedwyborczej paniki liderów partyjnych, przerażonych wizją znaczącego wzrostu zachorowań tuż przed wyborami, które mają się odbyć 26 września.
Warto zacytować przykładowy fragment komentarza z lewicowej „Berliner Zeitung”, odnoszący się m.in. do stanowiska Marcusa Södera – premiera Bawarii i szefa CSU, bo to raczej nietypowy ton dla niemieckich mediów. Czytamy tam:
Ta arogancja jest nie do zniesienia. Partyjni politycy wzmagają presję na STIKO i chcą wzywać lekarzy, aby wreszcie zalecili szczepienie dzieci. Odwołują się przy tym – jak Markus Söder – do nieudolnej pogardy. Miejmy nadzieję, że STIKO wytrzyma presję nieodpowiedzialnych, pozbawionych skrupułów i agresywnych polityków. A ty polityku milcz, po prostu milcz, jeśli kompletnie nie rozumiesz, o czym mówisz!
Jak widać, sami lekarze, jak również media, okazują się w Niemczech daleko bardziej roztropni w posługiwaniu się ryzykowną inżynierią sanitarną niż politycy u władzy.
Wygnanie ze wspólnoty
W Polsce od dłuższego czasu na wprowadzenie systemu segregacji sanitarnej na wzór francuski napiera Jarosław Gowin. Wicepremier argumentuje to przede wszystkim bezpieczeństwem ekonomicznym, i ten argument w ustach ministra odpowiedzialnego za gospodarkę jest zrozumiały. Gowin zapewne lepiej niż ktokolwiek w Polsce zdaje sobie sprawę, że każda następna próba wprowadzenia ekonomicznego lockdownu skończyłaby się w dzisiejszych okolicznościach wielkim buntem biznesu i niezdolnością państwa do uruchomienia kolejnego „helikopterowego” zrzutu pomocowych pieniędzy, jak to się działo w ciągu ub.r. O ile więc motywacje wicepremiera w nakłanianiu do szczepień nie powinny być kwestionowane, o tyle jego fascynacja Macronowskim projektem segregacji sanitarnej jest już rzeczą o wiele bardziej wątpliwą i niebezpieczną.
Ale radykałem prącym ostatnio do administracyjnych represji wobec tych, którzy nie chcą się szczepić, stał się także minister zdrowia Niedzielski. Niedawny przypadek nocnego podpalenia przez jakiegoś osobnika na rowerze kontenera szczepionkowego w Zamościu Niedzielski wykorzystał do zapowiedzi wniesienia na agendę rządu „planu walki z antyszczepionkowcami”. Chuligański wybryk zniszczenia kontenera nazwał z wyraźną przesadą „aktem terroryzmu”. Do tej wojennej retoryki skierowanej przeciw mniej więcej połowie obywateli, okazujących jak dotąd sceptycyzm wobec szczepień, ma też ostatnio coraz większą skłonność premier Morawiecki.
Dane statystyczne są nieubłagane. Dorosłych obywateli mamy ok. 30 mln, a w pełni zaszczepionych grubo poniżej 15 mln. Zatem ci, którzy na wypadek wprowadzenia w Polsce francuskiego modelu segregacji sanitarnej mieliby szansę otrzymać status pełnoprawnych obywateli, stanowiliby połowę dorosłego społeczeństwa. Pomysł, aby w imię jakiejś nawet najbardziej racjonalnej wizji przeciwstawić sobie dwie połówki narodu, z jednej strony tych realnie wolnych, z drugiej zaś tych wolnych tylko w pewnym sensie, należy do gatunku najbardziej szalonej inżynierii społecznej. I mógł wpaść do głowy tylko skrajnym technokratom, niewidzącym istotniejszej różnicy pomiędzy ludzką wspólnotą polityczną a ulem albo mrowiskiem. Nie mówiąc już nawet o pomyśle uchwalonego przez Radę Ministrów „programu walki” z połową społeczeństwa, co sugerował ostatnio w przypływie technokratycznego entuzjazmu minister zdrowia.
Oczywiście, ma się rozumieć, że ministrowi chodzi tylko o tę część owej połówki narodu, która jest publicznie antyszczepionkowo aktywna, nie zaś o antyszczepionkowców biernych, których jest w tej liczbie zapewne ogromna większość. Ale minister musi zdawać sobie przecież sprawę, że taki „rządowy program walki” będzie prowadzić do swoistego wygnania ze wspólnoty nie tylko tych czynnych, a więc aktywnie przeszkadzających polityce ministra, lecz również owych biernych, których „tylko” zamierza się pozbawić swobód. A w najbardziej zaciekłych sanitarnie mediach (np. w gazecie „Rzeczpospolita”) oskarża się ich o to, że w gruncie rzeczy są zabójcami moralnie odpowiedzialnymi za łamanie piątego przykazania Dekalogu.
Co więcej, owo wygnanie ze wspólnoty przez technokratów ma w dzisiejszych okolicznościach duże szanse na to, aby okazać się trwałe, a nie chwilowe. Jeśli bowiem istotnie wałęsający się po świecie koronawirus został wyprodukowany w chińskim laboratorium jako broń biologiczna, a więc mająca zabijać ludzi, i za sprawą błędu człowieka wymknął się z owego laboratorium, to zapewne kolejne jego mutacje pozostaną na wolności jeszcze długo. A zatem i obecne zarządzenia sanitarne nie będą krótkotrwałe. Jeśli więc teraz pozwolimy zaprowadzić w Polsce jakiś model segregacji sanitarnej, to stanie się on precedensem pokutującym potem przez lata. A obywateli będzie można swobodnie przypisywać do kategorii ludzi wolnych albo półwolnych, w zależności od aplikacji trzeciego, czwartego… dziesiątego szczepienia, albo też dowolnej innej wymyślonej akurat eksperymentalnej terapii. Nie zważając już na liberalne prawa i wolności zagwarantowane w konstytucji.
Dwie grupy do wykluczenia?
Politycznie ciekawe jest szczególnie to, że w dzisiejszych polskich warunkach owo potencjalne wygnanie ze wspólnoty grozi przede wszystkim dwóm grupom społecznym, najsłabiej reprezentowanym dotąd w statystyce szczepień. Jedną jest konserwatywna wieś na polskiej ścianie wschodniej, od Warmii, przez Podlasie, Lubelszczyznę, Podkarpacie, aż po południową Małopolskę. To właśnie o tych regionach mówił ostatnio Niedzielski jako wystawionych w największym stopniu na nowe restrykcje ze strony władz. Ale drugą grupą zagrożoną jest młode pokolenie, bo jak wyraźnie pokazują statystyki i badania opinii – im młodszy wiek, tym mniejsza chęć do szczepień. Rzecz jasna, motywacje jednej i drugiej grupy są mocno odmienne. W przypadku wsi na ścianie wschodniej jest to zdrowa i organiczna nieufność tamtejszych społeczności do wszelkiej technokracji u władzy. W przypadku młodzieży rzecz tkwi ( jak sądzę) głównie w nasilonym ostatnio w Polsce konflikcie pokoleń, a tym samym przekornej niechęci do okazywania subordynacji wobec presji władzy, tym bardziej jeśli jest to władza uważana za staroświecką i nazbyt skłonną wtrącać się w swobodę życia prywatnego.
Tych dwóch grup nie łączy żadna wspólna tożsamość. Ale każdy, kto zechce w dzisiejszej Polsce zaprowadzić segregację sanitarną, musi wiedzieć, że konstruuje w ten sposób polityczny sojusz tych dwóch grup, na pozór lokowanych na antypodach polityki, ale mających wspólny interes w przeciwstawieniu się władzy, jeśli ta w imię technokratycznej idée fixe zagroziłaby im wygnaniem ze wspólnoty.
To oczywiście niosłoby zagrożenie dla PiS, zwłaszcza dla ekipy Morawieckiego, okazującej w sprawach sanitarnych mocne inklinacje w kierunku technokratycznym. Ale także dla każdej innej formacji politycznej, która by takie posunięcie chciała wspierać i go bronić. Generalnie segregacja jest świetnym pomysłem dla każdego polityka, który by kombinował, jakby tu całkiem odsunąć od życia publicznego młode pokolenie Polaków albo też nakłonić je (co udało się Macronowi we Francji) do poważniejszego niż strajk kobiet buntu przeciw całej politycznej rzeczywistości. Dziś można odnieść wrażenie, że jedynym dostrzegającym to politykiem ze szczytów władzy jest prezydent Duda, który choć nie ma już żadnego własnego interesu wyborczego, stara się balansować tak, by nie rujnować wspólnoty, pozostając głową państwa zarówno dla szczepionkowców, jak i antyszczepionkowców.
Technokraci w polityce są zawsze niebezpieczni. Choć owszem czasem przydają się, kiedy są do wykonania konkretne zadania menedżerskie, np. przygotowanie publicznej ochrony zdrowia na kolejny atak zarazy. Poważny kłopot z technokratami rodzi się wtedy, gdy zaczynają oni aspirować do przesądzania o tym, co w polityce jest słuszne, a co naganne; w co ludziom wolno wierzyć, a co jest już zabobonem; albo też komu należy się wolność i równość, a kto na nią do końca nie zasłużył. Dla technokratów bowiem takie pojęcia to raczej slogany z zakresu obowiązującej poprawności, przydatne do przemówień z okazji świąt resortowych albo wręczania odznaczeń. Nie rozumieją oni praktycznego znaczenia liberalnego konceptu godności, wedle którego obywatel jest celem, a nie środkiem wszelkiej polityki.
Technokraci zawsze chcą dobrze i straszliwie irytuje ich, że jacyś ciemni ludzie stawiają opór ich oświeconym wizjom urządzenia ludzkiego ula albo mrowiska. I tak już nas wszystkich ponumerowali i opatrzyli licznymi kodami; zagregowali wiedzę o naszych upodobaniach, tak by była użyteczna dla reklamy i marketingu; poddali nas anonimowemu panowaniu koncernów BigTech. Obecnie w Polsce planują pobranie od nas danych biometrycznych i zaczipowanie ich w dowodach osobistych. Zaraza dała im wymarzoną okazję, aby jeszcze racjonalnie posegregować nas i przydzielić nam bądź odebrać prawa wedle reguły sanitarnej użyteczności. Nie należy mieć złudzeń, że w przyszłości się cofną, gdy się okaże, że bezpośrednie zaczipowanie każdego z nas (tak jak krów w UE) może się przydać dla jakichś sanitarnych albo innych pożytecznych społecznie celów. Niestety fanatyczni antyszczepionkowcy, zapatrzeni w teorie spiskowe, w tej sprawie mają wyjątkowo poprawną i przenikliwą intuicję.
Artykuł z 32/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
