Polacy, którzy nie chcą niepodległości. Cywilizacyjna wojnaPolacy, którzy nie chcą niepodległości. "Cywilizacyjna wojna wpisana zostaje w ideologiczną rewolucję, która przetacza się nad Zachodem"

Dominujące ośrodki III RP potrafiły u znacznej części Polaków wykształcić nienawiść do Kaczyńskiego i PiS stanowiącą odruch warunkowy, który nie liczy się z racjonalnością, a więc i interesem własnym.
45 proc. ankietowanych uznało, że „polski rząd powinien sprzeciwiać się UE, jeśli jest to w interesie Polski”. Środowiska patriotyczne potraktowały to jako sukces, chociaż i wśród nich pojawiły się głosy, że wynik nie powinien budzić entuzjazmu. W rzeczywistości powinien prowokować głęboki niepokój, a gdyby traktować go literalnie – wręcz przerażenie.
Na szczęście żadne takie badanie nie oddaje trwałych nastawień społecznych, a umiejętność ich interpretacji jest sztuką. Dosłownie rozumiany sondaż oznaczałby, że 55 proc. Polaków nie tylko nie uznaje niepodległości za wartość, lecz nie dostrzega nawet czegoś takiego jak istnienie wspólnego interesu, a więc sensu funkcjonowania wspólnoty. 31 proc. naszych rodaków odpowiedziało, że „polski rząd zawsze i bez żadnych wyjątków powinien stosować się do wskazań UE”, a 24 proc. nie miało w tej kwestii zdania. Jedna trzecia z nas przyjmuje więc, że nie powinniśmy mieć rządu, a jedynie administrację podporządkowaną zewnętrznemu suwerenowi, a jednej czwartej to nie interesuje.
Przyparci do muru rzecznicy pozbawienia niepodległości naszego kraju powoływaliby się pewnie na wizję UE jako ponadpaństwowej instytucji, która stanowi kolejny krok w rozwoju ludzkości, a w każdym razie naszego kontynentu. Nie należy nie doceniać kompleksów, które z historycznych względów głęboko wrosły w mentalność mieszkańców naszej części Europy i bezwzględnie eksploatowanych przez elity w kraju i za granicą. Czy jednak możemy wierzyć, że jedna trzecia Polaków uważa ojczyznę za rodzaj powiatu, który dla własnego dobra winien być absolutnie zarządzany przez europejską stolicę? Rzecznicy tego podejścia dużo przecież mówią o samorządności i delegowaniu władzy najniżej, jak się da, czyli o wyłącznie pomocniczym charakterze instancji centralnych. Domagają się oni przekazania samorządom tak daleko idących kompetencji, że zasadniczo przeczyłoby to pierwszym artykułom naszej konstytucji, a zwłaszcza trzeciemu głoszącemu, że „Rzeczpospolita Polska jest krajem jednolitym”. No, ale dobrze wiemy, że konstytucja jest dobra, kiedy próbować można wykorzystywać ją przeciw rządom PiS, a przestaje mieć znaczenie przy wszystkich innych okazjach. To powszechnie obowiązująca reguła. Ci sami, którzy wymyślają szczególną, odbiegającą podobno od polskiej tożsamość Śląska i żądają jej poszanowania, są zachwyceni, gdy Bruksela usiłuje narzucić nam normy sprzeczne z naszą i nie tylko naszą tradycją. Czujemy w tym wyraźnie antypolski resentyment.
Wydaje się jednak, że ci, którzy domagają się rezygnacji z również własnej suwerenności, w główniej mierze odpowiadają na pytanie dotyczące bieżącej polityki. Aby odebrać znienawidzonemu PiS władzę, gotowi są ją zlikwidować, a więc unieważnić państwo polskie. Część z tych, którzy w sprawie nie mają zdania, całość życia publicznego w Polsce także postrzega w kategoriach plemiennej wojny i nie chce się w nią angażować. Pozostali to idioci – zgodnie z grecką etymologią tego słowa – którzy nie widzą końca własnego nosa.
Dominujące ośrodki III RP potrafiły u znacznej części Polaków wykształcić nienawiść do Kaczyńskiego i PiS stanowiącą odruch warunkowy, który nie liczy się z racjonalnością, a więc i interesem własnym. Inną sprawą jest fakt, że establishment wywołał go w imię swojej dobrze rozpoznanej korzyści. Jego przedstawiciele personalnie i środowiskowo ciągnąć mogą zyski ze statusu Polski jako oddanej im w zarząd kolonii. Nie znaczy to, że nie uwewnętrzniają propagowanych przez siebie fobii i nie dowartościowują profitów – naprawdę boją się PiS i wierzą, że będą najlepszymi pasterzami zagubionego polskiego stada.
Czy jednak należy uspokajać się tym, że Polacy gotowi są rezygnować z niepodległości dlatego tylko, że wszystko widzą w kategoriach doraźnej walki politycznej i wytworzonego u nich impulsu nienawiści? Niezależnie od przyczyn postawa taka ma pustoszące konsekwencje. Jeśli pytani o suwerenność odpowiadają w imię partyjnego odruchu, oznacza to, że plemiennemu starciu podporządkowują wszystko, a więc i sprawy podstawowe: dobro, a nawet istnienie wspólnoty. Ta rozpada się rozrywana przez dynamikę wojny domowej. Zwłaszcza że podsycają ją zewnętrzne siły zainteresowane podporządkowaniem sobie w ten sposób naszej zbiorowości.
Cywilizacyjna wojna wpisana zostaje w ideologiczną rewolucję, która przetacza się nad Zachodem. Suwerenność i tożsamość Polski są dla niej przeszkodami, a więc możemy być pewni, że kampania w nie wymierzona będzie postępować.
Artykuł z 44/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
