Operacja „Śluza”. "Interwencje mediów w sprawie Polski"Operacja „Śluza”. "Dziennikarze i uczestnicy politycznych programów publicystycznych zapowiadają interwencje w sprawie Polski"

Uchodźcom i „obrońcom praw człowieka” podpowiadają, że można spróbować „ugryźć” Polskę pozwami i w konsekwencji wyrokami Międzynarodowego Trybunału Praw Człowieka.
Rosyjskie media od początku kryzysu na polsko-białoruskiej granicy oskarżają Warszawę o wywołanie katastrofy humanitarnej. Skoro UE przyjęła w ciągu kilku ostatnich lat 1,5 mln uchodźców, to wpuszczenie do Polski kilku tysięcy migrantów obecnie nie powinno być problemem. Ale polski nacjonalistyczny rząd się uparł, wbrew unijnym obrońcom praw człowieka, i krzywdzi na swojej granicy małe dzieci i matki w ciąży, nie wpuszczając ich na swoje terytorium.
Początkowo w rosyjskich mediach nikt głęboko nie analizował, skąd nagle pojawiły się grupy uchodźców na wschodniej flance Unii Europejskiej. Późniejsze tłumaczenia były proste: na Bliskim Wschodzie zaczęli kupować bilety lotnicze do Mińska, chcieli zwiedzać, więc dostali wizy turystyczne i przyjechali. A Białoruś przestrzega standardów praw człowieka (których cynicznie nie przestrzega dziś Zachód) dotyczących wolności osobistej i możliwości przemieszczania się. Łukaszenka, człek światły i praworządny, nie żaden tyran, musiał więc wpuścić wszystkich i nie miał prawa się wtrącać w kształt ruchu turystycznego. O tym, że w Polsce dobrze wiadomo, że to wszystko jest zaplanowaną operacją białoruskiego KGB o kryptonimie „Śluza” nie może być w tamtych mediach mowy.
Kiedy jeden z ukraińskich uczestników wieczornego talk-show na głównym rosyjskim kanale informacyjnym wspomniał, że ta historia o turystyce to hucpa, że białoruskie służby musiały dobrze wiedzieć o fali uciekinierów z Bliskiego Wschodu i mogły temu przeciwdziałać, jeden z najbardziej bezwzględnych cyngli Kremla, prowadzący wieczorny program autorski w wymiarze dwóch i pół godziny (!), Władimir Sołowiow pokazał mu marsową minę, jakby pytając:
Czyżby przedmówca był za zlikwidowaniem światowego ruchu turystycznego?
Niektórzy uczestnicy tych programów próbowali podnosić, że to wszystko jest nielegalne i władze Białorusi dobrze wiedzą, po co ci ludzie przyjeżdżają, łamiąc w pierwszej kolejności prawo białoruskie. Bo najpierw przebywają w zamkniętej strefie przygranicznej, a potem nielegalnie przekraczają granice tego kraju. Autor tych uwag w popołudniowym programie „60 minut” został zakrzyczany, a w wieczornym programie Sołowiowa rzecz już w sposób przygotowany zbagatelizowano: milion uchodźców, którzy dostali się do Europy przez ostatnie lata, też był „nielegalny”, więc o co chodzi. O tym, że nie o status uchodźców chodzi, tylko o rolę Białorusi i białoruskich służb w tym procederze, nikt już tam nie mówił.
Zapraszaliście i bombardowaliście, to macie
Od początku kryzysu rosyjska telewizja pokazywała wystąpienie Angeli Merkel zapraszającej uchodźców, jej zdjęcia, jak sobie robi selfie z imigrantami. Ale też jej gniewne wystąpienia z wypowiedziami pod adresem sąsiadów, którzy mają lodowate serca i chcieliby się zajmować „separowaniem ludzi”. Pojawiła się też informacja, że nacjonalistyczna Polska od początku była przeciwna przyjmowaniu uchodźców i odniesienie się do wypowiedzi ówczesnego szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska, który wobec odmowy przyjmowania uchodźców groził Polsce nieuchronnymi surowymi karami. Rosjanie puszczają to i komentują:
Chcieliście, zapraszaliście, to o co wam teraz chodzi?
Potem w tamtejszych mediach pojawił się argument, że ta fala emigracji to także wina Polski, która uczestniczyła razem z USA w interwencji w Iraku i Afganistanie. Nie mam wątpliwości, że najpierw usłyszałem ten argument z ust polskiego politologa wypowiadającego się w jednej z komercyjnych stacji, a dopiero potem w rosyjskiej telewizji. Tu został on tylko wzbogacony o odpowiedzialność Polaków za bombardowania domów i niszczenia infrastruktury tych krajów, sprowadzając je do epoki kamienia łupanego (wiemy przecież, że Polacy niczego nie niszczyli ani niczego nie bombardowali).
Jednak w tej narracji rosyjskich mediów o praworządnym Łukaszence, który jako ostatni (w przeciwieństwie do UE) stoi na straży praw człowieka i swobody turystyki, pojawiają się czasem rysy. Oficjalnie o zemście na Polsce za stosunek do jego reżimu czy jakichś politycznych celach Mińska mowy być tu nie może. Ale w obszernym telewizyjnym wywiadzie z Łukaszenką dziennikarz Igor Korotczenko zapytał o loty białoruskich linii Belavia, które przywożą uchodźców do Mińska z Bliskiego Wschodu. Cóż – tłumaczył dyktator – w ramach sankcji zakazali maszynom Belavii latać do UE, to latają, gdzie mogą, i wożą, kogo chcą. A ponadto Białoruś, też na skutek sankcji, nie ma pieniędzy, by się tymi uchodźcami zajmować.
A w innym programie ktoś złośliwie rzuca: Bojkotują Łukaszenkę, to niech sobie teraz dzwonią w sprawie uchodźców do Cichanouskiej. Komunikat jest więc bardzo jasny: Mińsk chce uznania Łukaszenki, cofnięcia sankcji i pieniędzy.
Chuligańska Polska
Sukces wydawał się w zasięgu ręki. Prawicowy „reżim” w Polsce ma tak złą prasę w UE, a europejskie instytucje dodatkowo podgrzane przez różnej maści oburzonych „prawozaszczitników” (obrońców praw człowieka) oraz chętnie pokazywanych w rosyjskich mediach przedstawicieli polskiej opozycji, że polskie władze zostaną wdeptane w ziemię i zmuszone do przyjęcia pierwszej fali uchodźców. A potem drugiej i każdej kolejnej, na których białoruskie KGB będzie tylko zarabiać pieniądze. Tyle że Polska stanęła okoniem. No i wywołała humanitarny kryzys na granicy, za który ponosi, jak twierdzi większość jej przeciwników, odpowiedzialność. Przecież Europa przyjęła ostatnio 1,5 mln uchodźców, więc te 1,5 tys. to teraz żaden problem.
Rosyjskie media są tą polską prowokacją z jednej strony wzburzone, a z drugiej poruszone strasznym losem uchodźców i tymi lufami karabinów wymierzonymi przez Polaków w biedne dzieci. „Jadą” po polskich mundurowych tzw. Frasyniukiem, porównując polskie służby mundurowe do psów, które pilnują stworzonego przez Polskę na granicy obozu koncentracyjnego. Ale czego można się po nich spodziewać? To zawsze był kraj rusofobii i politycznych chuliganów, którzy chcieli budować wielką Polskę na Wschodzie i od „morza do morza”. „Chwilowo zajęte” – żartuje Władimir Sołowiow, wywołując w studiu rechot. Kremlowski cyngiel dodaje coś jeszcze o przedwojennych planach podboju przez Polskę Ukrainy, masowych prowokacjach urządzanych w 1939 r. na granicy Związku Radzieckiego (!?) oraz o tym, że w latach 20. Polska zafundowała Ukraińcom tragedię na miarę „głodu” na Ukrainie (!).
Stek bredni i wyzwisk pod adresem Polski przeplata się z opowieściami o biednych ofiarach Polaków: poranionych i atakowanych gazem dzieciach, zmarzniętych kobietach w ciąży tuż przed porodem albo z niemowlętami na rękach, chorych i kaszlących, leżących pod drzewami biedakach. Pojawiają się znane w Polsce migawki z wywiadu małego chłopca, u którego wcześniej sztucznie wywoływano łzy za pomocą dymu papierosowego, z tym że scena jest odpowiednio ocenzurowana. Jest też filmowy dowód na to, że Polacy strzelają nad głowami z broni maszynowej (w rzeczywistości to zamazany film wcześniej upubliczniony przez Polskę, a strzelają białoruscy pogranicznicy). Własnych, możliwych do „właściwego wykorzystania” materiałów z polskiej strony granicy rosyjskie telewizje nie mają. Ale rosyjska komentatorka, znajdująca się pod Kuźnicą, Anastazja Sachowska przekazuje straszne wieści na temat autorytarnej Polski, w której, nie tak jak w krajach praworządnych, jak Białoruś i Rosja, dziennikarze nie są wpuszczani do przygranicznej zony i ona nie może zrobić materiału. Dodatkowo dziennikarka boi się o siebie, bo w przypadku naruszenia zakazu wjazdu grozi jej zatrzymanie, deportacja „i nie wiadomo co jeszcze”.
Dlaczego Polska zorganizowała ten stan humanitarnej katastrofy? Pierwszy powód jest ten, co zawsze: rusofobia i chęć przypodobania się USA, które z radością przyjmą wszystko, co uderza w Rosję i jej sojusznika, Białoruś. Drugi cel polskiego reżimu to chęć zorganizowania stanu zagrożenia, żeby „przykryć” gospodarcze kłopoty z inflacją. Innym celem Warszawy jest chęć wymuszenia na Brukseli pieniędzy: tych zatrzymanych ze względu na „brak praworządności” i kolejnych na mur i „obronę Europy”. No i za te działania Polski muszą płacić kobiety i dzieci, takie jak ten chłopczyk z Irbilu, który ma osiem lat i amputowane obie nóżki. A Polacy nie dają biednym dzieciom nawet wody.
Jeden z dziennikarzy i wojskowych specjalistów występujący w programie „60 minut” Olgi Skabajewej ma jednak inną teorię na temat genezy całej tragedii. Otóż operację przerzutu uchodźców zorganizowały amerykańskie służby wywiadowcze. A po co? Żeby straszyć Europę Rosją i Białorusią, a potem przesunąć kolejne wojska na wschodnią flankę NATO. Tak towarzysze, nie oszukujmy się, wróg stoi u bram. Zaraz napadnie na „matiuszkę” Rosję.
Obawy i nadzieje
Ponieważ rosyjskie programy publicystyczne to system naczyń połączonych i ręcznie sterowanych, można próbować wyczytać z nich sposób myślenia Kremla oraz przekaz podprogowy: jego oczekiwania, obawy, brane pod uwagę warianty rozwoju sytuacji.
Wprawdzie sam Łukaszenka gotów jest walczyć na granicy „do ostatniego uchodźcy”, ale narasta świadomość, że nawet w rosyjskiej telewizji nie da się „przekręcić” faktu, że będą oni ginęli pod jurysdykcją władz Białorusi i na jej terytorium. A to będzie miało konsekwencje polityczne i wizerunkowe. Padają więc w programach różne propozycje szybkiego rozwiązania kryzysu, naturalnie pozwalające osiągnąć cele założone przez Mińsk na początku ataku. Niezbędnym warunkiem rozwiązania problemu ma być nawiązanie kontaktów z Aleksandrem Łukaszenką i szybkie wypłacenie Białorusi pieniędzy na poprawienie losu uchodźców. Doraźnie mogłoby to być 500 mln dol., choć wspomniany już Korotczenko dodał, że docelowo powinno to być 2 mld dol. Końcowym rozwiązaniem mogłoby być stworzenie „humanitarnego korytarza” przez Polskę i relokacja uchodźców do celu ich podróży, czyli Niemiec.
W czasie jednego z programów padło pytanie, co się stanie, jeśli Polacy się nie złamią i uchodźcy zaczną umierać. Władimir Sołowiow chyba zapomniał na chwilę, że tu ma być o humanitaryzmie, a nie o wojnie hybrydowej, bo odpowiedział szybko:
Wypchnie się ich w kierunku Ukrainy, bo tam przecież żadnej granicy nie ma
Po krótkiej dyskusji w studiu (i zapewne po stosownej instrukcji przez mikrofon w uchu) szczery dziennikarz wrócił do tematu „wypychania” i powiedział, że oczywiście żartował. Europa nie uderzyła w Polskę, przeciwnie, czołowi przywódcy UE stanęli po stronie Warszawy, żądając zaprzestania hybrydowego ataku i niecnego posługiwania się uchodźcami. Oprócz mądrej i skutecznej polityki rządu Mateusza Morawieckiego do ewidentnej porażki rosyjsko-białoruskich działań przyczyniło się wiele błędów poczynionych przez samego Łukaszenkę. Mógł chociażby dużo skuteczniej zaatakować samą Polskę, a nie także Łotwę i Litwę, koncertowo pokazując wszystkim, że problemem nie jest Polska, tylko działania Białorusi.
Tak czy siak, Polska wygrała tę fazę potyczki w przestrzeni międzynarodowej, a nawet w Polsce wyraźnie przycichli pokazywani wcześniej w rosyjskich mediach politycy opozycji i „prawozaszczitniki”. Doszło nawet do tego, że rosyjskie programy publicystyczne musiały pokazać i skomentować konferencje prasowe premiera Morawieckiego, a także jego ministrów Mariusza Kamińskiego i Mariusza Błaszczaka, w których padły oskarżenia o bezpośrednie kierowanie operacją przez Władimira Putina. Zarzuty zostały wyśmiane. Wyjątek stanowił jeden z rosyjskich politologów, który odwołał się do rygorów rozumu i żelaznej logiki: tak wybitny mąż stanu jak Władimirowicz bez wątpienia przewidziałby te dramatyczne sceny, które teraz dzieją się na granicy, więc gdyby ktoś mu zaproponował taką „wojnę hybrydową” za pomocą uchodźców, o której mówią Polacy, to z pewnością by ją odrzucił.
Ale w tej wojnie Białoruś i rosyjskie media na razie nie składają broni: dziennikarze i uczestnicy politycznych programów publicystycznych zapowiadają liczne interwencje w sprawie Polski, choćby w Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz w krajach leżących dalej od granicy UE, nastawionych mniej „rusofobicznie” niż Polska, z którymi można się konstruktywnie dogadać. Można się tylko domyślać, że chodzi o Niemcy. Uchodźcom i „obrońcom praw człowieka” podpowiadają, że można spróbować „ugryźć” Polskę pozwami i w konsekwencji wyrokami Międzynarodowego Trybunału Praw Człowieka. „Oczekują” też zajęcia stanowiska przez wymienianych z nazwisk wybitnych europejskich filozofów i etyków, czekają też na głos „rimskiego Papy” (papieża). Może jednak uda się znaleźć jakieś narzędzie do złamania oporu Warszawy. Wyraźnie jednak nic w najbliższych dniach nie da się zrobić z tymi „polskimi chuliganami”.
Artykuł z 46/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
