Olsztyńska twarz Platformy. "Antychrześcijański zaułek"Olsztyńska twarz Platformy. "PO będzie brnąć w antychrześcijański zaułek, licząc, że uda jej się przyspieszyć przemiany kultury"

Żaden polski głównonurtowy polityk nie wyraził dotychczas podczas wielkiej, oficjalnej imprezy partyjnej tak silnej wiary w to, iż niedługo chrześcijanie będą stanowili w Polsce mniejszość.
Olsztyński młodzieżowy Campus Polska Przyszłości, z sukcesem zorganizowany przez prezydenta Warszawy, umocnił oblicze Platformy Obywatelskiej jako postępowej partii o profilu wyraźnie antyreligijnym.
Jeśli pominąć nierobiące już wrażenia, bo nadto zrytualizowane, obelgi wobec liderów PiS (miotane zwłaszcza przez Donalda Tuska), to w społecznej pamięci utrwali się z Olsztyna zapewne obraz ważnego polityka Platformy – Sławomira Nitrasa, zapowiadającego konieczność „opiłowania za karę” katolików z przywilejów, aby na przyszłość „znowu nie podnieśli głowy”. A także panel związanych z partią literatów, na którym jeden z nich (Zygmunt Miłoszewski) ogłosił, iż gdyby nie „skatolizowanie” polskich umysłów przez religię w szkole, to PiS dawno już zostałoby pozbawione władzy. I równie osobliwy, choć wypowiedziany stanowczo i bez wahań pogląd Rafała Trzaskowskiego, iż brak prawa o związkach gejów był „największym błędem”, jaki popełniono w ciągu całych ośmiu lat rządów Platformy. Zresztą wystarczy rzucić okiem na tytuły wydarzeń Campusu, aby szybko wyrobić sobie pogląd co do ideowego kierunku tej imprezy.
Platforma antychrześcijańska
Tylko tytułem przykładu: debatowano tam nad „organizacją parady równości”, „ekofeminizmem”, „transhumanizmem”, „miłością, seksem i robotami”, „dobrem zwierząt”, „opresją i prawami kobiet”, a nawet nad „wykluczeniem menstruacyjnym”. To dość typowa, skopiowana na żywca agenda licznych w dzisiejszej Europie postępowych mityngów, służących całkiem nowemu, biopolitycznemu zdefiniowaniu sensu polityki i całej sfery publicznej. I co ważne – to agenda niemal w każdym punkcie otwierająca w podtekście konfrontację z głównym ideowym przeciwnikiem, jakim jest tutaj chrześcijaństwo. Jeśli więc jest w tym wszystkim jakaś zaskakująca nowość czy nawet coś osobliwego – to tylko to, iż tak wygląda dzisiaj busola ideowa najważniejszej polskiej partii opozycyjnej, aspirującej do przejęcia władzy w kraju. Jeszcze parę lat temu nikt by tego nie mógł wymyślić.
Co prawda Platforma Obywatelska już od jakiegoś czasu ewoluowała w takim kierunku, zwłaszcza odkąd utraciła władzę w roku 2015. Ale jeszcze w okresie dwóch rządów Tuska w partii obowiązywała niepisana doktryna, wedle której to tylko pewna część polskiego pejzażu katolickiego, ta bardziej zachowawcza i upolityczniona, z Radiem Maryja na czele, jest uważana za politycznego wroga. Jednak sam polski katolicyzm, wraz ze swym licznym i ofiarnym duchowieństwem, tak wyczulony na ochronę polskiej tradycji patriotycznej, dobrych obyczajów i moralności – jest traktowany jeśli nie jako sojusznik, to w każdym razie jako partner, czasem nawet przydatny w rządzeniu. Kiedy Tusk chciał za wszelką cenę usunąć krzyż smoleński spod Pałacu Prezydenckiego, to nie zrobiono tego par force, ale nakłoniono kardynała Nycza do nadania owej eksmisji charakteru dewocyjnego. A kiedy biskupi nie zgodzili się na system finansowania instytucji kościelnych zaproponowany przez ministra Boniego, rząd cichcem wycofał się ze swych planów.
W szczególnie drażliwych kwestiach obyczajowych Tusk jako premier konsekwentnie deklarował, że jest daleki od sztucznego przyspieszania rewolucji w tej sferze. Stąd zresztą zrodziła się trwająca do dziś nieufność feministek do Tuska, gdyż ten chodził na ich zebrania i popierał wszystko, co tam postulowano, a potem i tak dalej grał rolę biernego obserwatora trendów libertyńskich. Jak zresztą we wszystkich kwestiach ideowych, Tusk w materii religii starał się grać na dwa fronty. Na użytek antyklerykalnej publiki, tej niższych lotów, dawniej wypuszczany był ze swymi ekscesami Palikot. Dla tej nieco lepszej sam Tusk rzucał takie hasła, jak to, że partia „nie zamierza klęczeć przed księdzem”. Jednak zachodzącą już wtedy ewolucję Platformy najcelniej obrazowało (skrzętnie odnotowane w sieci) zestawienie entourage’u dwóch „prywatnych” wywiadów Tuska przeprowadzanych w jego domu. U początków premierostwa tło stanowi biurko z wielkim krzyżem, ikoną i obrazem „Jezu ufam Tobie”, a u końca rządów to samo biurko, ale z figurą pajacyka w czerwonej czapie i ze zdjęciami rodzinnymi.
Tusk jest politykiem tout court, toteż takie rzeczy jak religia, ideologia, poglądy, są dlań prostą funkcją aktualnej przydatności dla władzy. Tego typu postawy, zwłaszcza wobec religii, były dotąd u polskich polityków rzadkością, o ile w ogóle występowały. Całkiem zresztą możliwe, że właśnie tej makiawelicznej bezwzględności w traktowaniu wszelkich idei, także religijnych, Tusk w znacznej mierze zawdzięczał swoją błyskotliwą karierę polityczną. Dlatego nie są roztropne lekceważące szyderstwa z tej cechy Tuska polityka, jakie można znaleźć na prawicowych portalach, np. w związku z owym „ołtarzykiem domowym”, który w mieszkaniu byłego premiera najpierw się pojawia, a potem znika, wraz z rosnącym w Polsce antyklerykalizmem. Właściwszą postawą jest niejaka obawa wobec przywódcy, który w spolityzowaniu wszystkiego – od religii po życie prywatne – nie ma żadnych zahamowań. Kpiąc z tego, można bowiem nie dostrzec siły, jaką zyskują politycy, bez skrupułów zdolni akceptować tezę, iż co jak co, ale „Paryż wart jest mszy”.
Efekt Olsztyna
Olsztyński Campus nie byłby sam w sobie wydarzeniem istotnym dla polskiej polityki. Planowany był bowiem jako punkt w rozgrywce Trzaskowskiego o władzę i wpływy nad Platformą, tyle tylko, iż nim się faktycznie zdarzył, prezydent Warszawy rozgrywkę tę spektakularnie przegrał. Mimo to Campus okazał się politycznie doniosły, ale z innego, dość nieoczekiwanego powodu. Nigdy bowiem z taką intensywnością i siłą wielodniowego oddziaływania na opinię publiczną nie została dotąd zamanifestowana nowa – postępowa i antychrześcijańska twarz Platformy.
Dla realnej polityki mniejsze znaczenie ma to, czy naprawdę piarowcy pracujący dla Tuska przekonali lidera, iż aktualne trendy społeczne wymagają od partii tego rodzaju ideologicznej manifestacji. Czy też może zdarzyło się tak, iż Tusk, wraz z całą partią, dość bezwiednie został wmanewrowany w taki scenariusz przez Trzaskowskiego i Nitrasa. Faktem jest, iż ów scenariusz zagrał, a jego głównym bohaterem (co zgodnie podkreślają dziennikarze obserwujący Campus, bez względu na swe sympatie partyjne) nie stał się wcale prezydent Warszawy, ale przywódca partii. A tym samym Olsztyn stał się nową twarzą partii.
Po Campusie ewentualne dalsze „taktyczenie” Tuska co do wymagań postępowej ideologii będzie nie tylko trudniejsze, lecz przede wszystkim – publicznie mniej wiarogodne. Zatem jeśli cokolwiek można przewidywać jako efekt Olsztyna, to właśnie to, iż Platforma będzie już teraz brnąć w ów postępowy i antychrześcijański zaułek, licząc, że uda jej się w ten sposób przyspieszyć przemiany kultury, mentalności i obyczaju Polaków. Taką nadzieję słychać było wyraźnie w sławnym już postulacie Nitrasa o konieczności „opiłowania” katolików (postulacie, który zresztą da szczecińskiemu posłowi sławę i wzmianki w przyszłych słownikach „skrzydlatych słów”). A przyszłościowa hipoteza, na której bazuje postulat Nitrasa, ma kluczowe znaczenie nie tylko kulturowe, ale i polityczne.
Co prawda, nawet w otoczeniu Tuska są politycy, którzy od jakiegoś czasu chrześcijan traktują z silną i emocjonalną niechęcią. Poseł Sienkiewicz zasłynął np. swoistą językową bezceremonialnością, głosząc, iż „jad sączy się z polskich ambon” albo że kardynał Dziwisz to „oszust”. Ale żaden polski głównonurtowy polityk nie wyraził dotychczas ex cathedra (tzn. podczas wielkiej, oficjalnej imprezy partyjnej) tak silnej wiary w to, iż niedługo chrześcijanie będą stanowili w Polsce mniejszość. I nie wyciągnął z tego politycznego wniosku, że partia, która chce na przyszłość apelować do większości, musi stać się partią antychrześcijańską. Rzecz tylko w tym, że choć sekularyzacja w Polsce bez wątpienia czyni postępy, a biskupi katoliccy stali się figurami politycznie mało popularnymi, to – jak pokazuje bieżący raport KAI – w 2021 r. aż 90 proc. obywateli Polski deklaruje się jako chrześcijanie. W tym ciągle nawet ponad 50 proc. młodzieży!
Nic więc dziwnego, że PiS, a zwłaszcza rządzona przez Kurskiego państwowa telewizja, wyeksploatowało propagandowo zamanifestowaną w Olsztynie przemianę Platformy. Byli nawet tacy politycy obozu władzy, którzy sarkastycznie „dziękowali” Trzaskowskiemu za Campus, zgłaszając chęć sfinansowania przez PiS jego ewentualnej następnej edycji. Liderzy prawicy są świadomi, że tak spektakularne wystrzelenie PO w ideologiczny kosmos „ekofeminizmu” i „transhumanizmu”, co w ludzkim języku oznacza po prostu głęboką walkę z religią na poziomie kultury, służy politycznej taktyce obecnego obozu władzy.
PiS chciałoby mieć formację sfanatyzowanych ideologów jako głównego konkurenta do władzy z całkiem prostego i ściśle taktycznego powodu. Taka formacja nie ma wielkich szans na to, aby wyrwać prawicy te kluczowe 5–10 proc. dotychczasowego elektoratu, który zdecyduje o tym, co stanie się z Polską po roku 2023. Tymczasem cała wielka taktyczna rozgrywka międzypartyjna toczy się w Polsce właśnie wokół kwestii owego wyrwania.
Kuźnia fanatyków
To jest jedna, ściśle wyborcza strona problemu Campusu. Ale jest oczywiście i druga, której konserwatyście kulturowemu pominąć absolutnie nie wolno. Nie ma bowiem wątpliwości, że rozpropagowanie takiej imprezy jak olsztyński Campus kiereszuje (i tak już niezbyt wielką) zdolność orientowania się młodych Polaków w realnych dylematach politycznych i cywilizacyjnych Polski, skłaniając młode umysły ku fanatyzmowi. Z doświadczenia wiadomo, że z czasem przynosi to najczęściej nieuchronne rozczarowanie sporej części, albo i całego pokolenia, bądź też anarchiczne i zawsze nieudane bunty, co może najlepiej widać dziś na przykładzie potężnego kryzysu pokoleniowego, jaki rozgrywa się we Francji.
Młodzieżowa publiczność, ta w każdym razie, która zdominowała publiczny wizerunek olsztyńskiego Campusu, nastawiona była mało refleksyjnie, a nawet fanatycznie. Pewnie najlepiej przekonał się o tym Leszek Balcerowicz, któremu nie pomogły zajadłe ataki na PiS, ale został wyklaskany, gdy odważył się bronić raportu swojej fundacji z badań na temat tego, czy i w jakim stopniu gospodarka i nasz styl życia wpływają na ocieplenie klimatu. Olsztyńska publiczność z entuzjazmem słuchałaby na ten temat zapewne małej Grety Thunberg (której Trzaskowski niestety nie sprowadził), ale nie wywodów byłego wicepremiera z jego argumentami o wolności badań naukowych. Niewykluczone, że to właśnie ten obrazek starego Balcerowicza, spostponowanego, gdy próbował bronić idei wolności nauki, stanowi charakterystyczną kliszę obrazującą duchowy klimat olsztyńskiego Campusu.
Artykuł z 36/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
