Mitologia antypisu. Przesunięcie tolerancji na dezinformacjęMitologia antypisu. "Idzie tutaj o przesunięcie granicy społecznej tolerancji na dezinformację"

Skoro władza PiS jest – według antypisowskiej mitologii – nielegalna i obca, to oczywiście musi być jednocześnie zbrodnicza. Bo okupanci zwykle prześladują podbitą przez siebie ludność.
Niewielka skuteczność antypisowskiej propagandy powinna teoretycznie skłonić jej autorów do refleksji, do wycofania się, uspokojenia przekazu, tymczasem jest odwrotnie – im mniejszy społeczny odzew na rewelacje o „zbrodniczym” charakterze PiS, tym przekaz staje się bardziej ostry i coraz śmielej przekracza kolejne granice absurdu.
Tydzień temu, gdy polska granica pod Kuźnicą Białostocką została zaatakowana przez hordy imigrantów, we wspierających opozycję liberalnych mediach pojawiła się informacja, że polskie formacje graniczne użyły gazu łzawiącego. Informację ilustrowało zdjęcie zalanego łzami chłopca – rzekomej ofiary brutalności polskich służb. W rzeczywistości, jak się zaraz okazało, chłopca do zdjęcia odpowiednio przygotowano. Na zamieszczonym w internecie filmie zobaczyliśmy, że kilku dorosłych mężczyzn dmuchało mu wcześniej w oczy dymem papierosowym i gdy w końcu podrażnione oczy dziecka zaszkliły się, wystawiono go fotoreporterom do sesji zdjęciowej.
Mieliśmy więc do czynienia z manipulacją, zresztą jedną z setek, które pojawiały się w ostatnich latach w polskich mediach, byleby tylko uwiarygodnić polityczny przekaz o „niegodziwości” obecnej władzy. Można się zatem dziwić, że mimo iż manipulacje wciąż wychodzą na jaw, ich odbiorcy – zwykle zatwardziali zwolennicy opozycji – pozostają całkowicie głusi na rzeczywistość. Czasem wynika to z obsesji, a czasem z braku wiedzy. Można to przyrównać do sekty żywiącej się własnymi mitami. Mitami skonstruowanymi na bazie zmanipulowanych informacji, a niekiedy także całkowicie wykreowanych plotek.
Tych mitów wyprodukowano już tak wiele, że na ich zreferowanie potrzeba byłoby chyba kilku opasłych tomów. Wystarczy się przyjrzeć kilku najbardziej charakterystycznym.
Nielegalna władza
Za mit założycielski antypisu należałoby chyba uznać ten o nielegalności „pisowskiej władzy”. Nie chodzi tu o kwestionowanie wyników wyborów, choć pojawiały się i takie zakusy, choćby podczas ostatnich wyborów prezydenckich, ale o utrzymywanie, że obecna władza narusza konstytucyjny ład i procedury, a zatem łamie prawo i narusza wolności obywateli.
W roli strażnika konstytucyjnego ładu stał najpierw Trybunał Konstytucyjny, potem Sąd Najwyższy, a dziś – gdy opozycja straciła nad tymi obiema instytucjami polityczną kontrolę – są nim po prostu sędziowie, którym wmawia się, że walcząc aktywnie z rządem, stanowią ostatni bastion wolności, prawa i trójpodziału władz. W rzeczywistości jednak konsekwencją takiej strategii jest jedynie ogromne upolitycznienie sądownictwa i trudny do odbudowania upadek jego autorytetu. Kto się opowiada bowiem po jednej ze stron (wszystko jedno czy rządowej, czy – jak w tym przypadku – opozycyjnej), nie może już aspirować do miana niezawisłego i obiektywnego.
Pozostawmy jednak na boku potencjalne negatywne skutki promowania przez antypis postawy buntowniczej wśród sędziów. Nie o nich tu przecież chodzi i nie o dobro sądów, lecz o brutalną walkę o władzę, w której najbardziej „niepokorni” spośród sędziów pełnią funkcję – świadomie lub też nie – użytecznego narzędzia w zmaganiach z PiS. Główną, również niesłychanie szkodliwą konsekwencją mitu „nielegalności” władzy PiS jest bowiem odrzucenie lojalności wobec własnego państwa.
My i oni
Antypisowcy przyjmują, że państwo polskie, nad którym w 2015 r. utracili kontrolę wskutek decyzji wyborczej większości obywateli, znajduje się dziś pod „pisowską okupacją”, a zatem należy je wszędzie i za wszelką cenę zwalczać. To stąd biorą się donosy opozycyjnych polityków w instytucjach unijnych, kolejne głosowania za ukaraniem Polski i odebraniem jej funduszy oraz gościnne występy antypisowskich publicystów w zachodnich mediach, w których przedstawiają oni zakłamany obraz rzeczywistości w Polsce.
Na naszym polskim podwórku sprowadza się to do m.in. atakowania polskich instytucji, które – tak jak policja czy ostatnio w związku z napiętą sytuacją na granicy wojsko i straż graniczna – są oskarżane o służbę na rzecz „reżimu”. Zasadniczą formą walki z „okupantem” jest odrzucanie jakiejkolwiek współpracy z władzą, w tym przyjmowania od niej nagród i ofert. A jeśli się już coś przyjęło, to – oczywiście po skonsumowaniu pomocy lub grantu – należy bezwzględnie się od „reżimu” odciąć i go potępić, tłumacząc – tak jak ostatnio pewien reżyser – że władza chciała „zawłaszczyć” i wykorzystać jego dzieło.
Nienawiść budzi zresztą wszystko, co ma jakikolwiek związek z „reżimem”. Sekowane są nawet państwowe koncerny, takie jak Orlen, LOT czy – przykładowo – znacjonalizowana parę lat temu Pesa, której tramwajów nie chciały kupować opanowane przez opozycję samorządy największych miast (w Warszawie wybrano pojazdy koreańskiego koncernu Hyundai, byleby tylko warte blisko 2 mld zł zamówienie nie trafiło do „reżimowej” firmy). Prezydent stolicy Rafał Trzaskowski kpił zaś z budowy CPK, tłumacząc, że nowy port lotniczy jest niepotrzebny, bo podobny istnieje już przecież w Berlinie.
„Okupacyjny” mit ma wytworzyć i pogłębić w Polsce podział na „nas” i „ich”. „Oni” – czyli pisowcy i ich zwolennicy – mają być kimś obcym, gorszym, kimś, kogo bez skrupułów należy zwalczać, pozbyć się i przykładnie ukarać. Wszystko, co „oni” robią, jest z definicji złe, niewłaściwe i służy nikczemnym celom. I pod żadnym względem nie wolno tego autoryzować pod rygorem oskarżenia o kolaborację z wrogiem oraz trwałego wykluczenia.
Koszmar Staszewskiego
Skoro władza PiS jest – według antypisowskiej mitologii – nielegalna i obca, to oczywiście musi być jednocześnie zbrodnicza. Bo okupanci zwykle prześladują podbitą przez siebie ludność. Nie inaczej jest i tym razem.
Gdybyśmy żyli gdzieś daleko za granicą albo po prostu czerpali wszystkie informacje z „Wyborczej”, z TVN albo z „Newsweeka” i brali to wszystko na poważnie, to zapewne życie w Polsce wydałoby się nam trudnym do zniesienia koszmarem. No bo jak żyć w kraju, w którym nie ma wolności słowa (pytanie, skąd się zatem bierze „Wyborcza”, „Newsweek” i TVN, nikomu spośród wyznawców antypisu nie zaburza to wewnętrznej logiki), po ulicach grasują faszyści bijący czarnoskórych (to nie ja wymyśliłem tylko Radosław Sikorski, który opowiadał o tym przy okazji jednego z Marszów Niepodległości), a służby reżimu prześladują obywateli i opozycję – przypomnijcie sobie chociażby, jak policjanci wynosili z Krakowskiego Przedmieścia „legendarnego” Władka Frasyniuka.
Ofiarami represji są naturalnie także mniejszości seksualne (co z tego, że homoseksualizm zdepenalizowano w pierwszym polskim Kodeksie karnym z 1932 r. – znacznie wcześniej niż w wielu krajach postępowego Zachodu). Szczytem manipulacji było rozpropagowanie kłamstwa o rzekomych strefach wolnych od LGBT. Autor tej kampanii, aktywista gejowski Bart Staszewski, nie widział jednak nic nagannego w swojej akcji. Uznał bowiem, że skoro – w jego mniemaniu – mniejszości seksualne nie mają w Polsce odpowiednich praw, to sfotografowane przez niego fałszywe tablice informujące o rzekomych strefach wolnych od LGBT niejako odpowiadają rzeczywistości. I odniósł sukces, bo rzeczywistość nie jest dzisiaj postrzegana przez pryzmat faktów lecz – tak jak u bolszewików – jest jedynie ideologiczną projekcją.
Wina Trybunału
Antypisowcy budują zakłamany obraz rzeczywistości, aby przekonać ludzi, że żyją w represyjnym państwie, którego macki mogą dosięgnąć każdego. Na tym tle wybuchł przecież zeszłoroczny tzw. Strajk Kobiet, mimo że orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, które stało się bezpośrednim powodem zajść, jedynie potwierdzało postanowienia obowiązującej konstytucji dotyczące ochrony życia. Ludzie wyszli na ulice, ponieważ udało im się wmówić, że ich prawa zostały ograniczone. Przy okazji wyszło na jaw, że niektórzy z nich – zapewne zatwardziali „obrońcy konstytucji” – w ogóle jej nie znają.
Nie inaczej jest i teraz, po śmierci 30-letniej pacjentki w ciąży w szpitalu w Pszczynie. Choć wszystko wskazuje na to, że przyczyną tragedii był fatalny stan szpitala zarządzanego według balcerowiczowych reguł zyskowności oraz błędy lekarskie, opozycja próbuje połączyć tę śmierć z zeszłorocznym wyrokiem TK i ponownie wzniecić akcję protestacyjną. Tak jakby to Trybunał ordynował zmarłej leczenie.
Antypisowcy nie pierwszy raz grają ludzką śmiercią dla politycznego zysku. Wcześniej mieliśmy przecież Pawła Adamowicza (rzekomą ofiarę „reżimu”), Piotra Szczęsnego, który spalił się pod warszawskim Pałacem Kultury, oraz próby wykorzystania przypadków śmierci wskutek nadużycia siły przez policję w stosunku do zatrzymanych we Wrocławiu i Lubinie – tu wzorowano się chyba na George’u Floydzie, od którego rozpoczęła się zeszłoroczna rewolta BLM w Ameryce.
Dzieci z Michałowa
Brutalność „reżimu” uderza najbardziej, gdy bije on w najsłabszych, czyli w dzieci. Nie chodzi oczywiście o polskie dzieci, lecz o te imigranckie, które ich rodzice ściągnęli z sobą na zieloną granicę z Białorusią. Oczywiście każdy przytomny człowiek wie, że dzieci są tu bezwolnym narzędziem w rękach okrutnych dorosłych, nie tylko nieodpowiedzialnych rodziców, lecz przede wszystkim w rękach reżimu Łukaszenki. Białoruski satrapa ma nadzieję, że na granicy dojdzie w końcu do tragedii z udziałem dziecka (o co w zimową pogodę nietrudno), która pozwoli mu wreszcie przełamać opór ze strony Polski. Byłby to również prezent dla naszych nieszczęsnych antypisowców, zwłaszcza jeśli udałoby się przedstawić tragedię jako skutek obojętności „pisowskiego reżimu”.
Na razie trwa jeszcze kanonada bez ofiar. Dlatego ofiary są – mówiąc brutalnie – kreowane. Każdy pewnie słyszał o dzieciach z Michałowa, które miały zostać rzekomo porzucone przez straż graniczną w lesie. I widział plakaty z twarzą zaginionej dziewczynki kolportowane w internecie. Te obrazki poruszają. I o to właśnie chodzi. Czy jednak powinniśmy z powodu tych obrazków, skądinąd o niepewnej wiarygodności, popełniać jako państwo samobójstwo, otwierać granicę przed każdym, kto się na niej pojawi i narażać się na niebezpieczeństwo?
Opozycja twierdzi, że tak. Nie wszyscy antypisowcy kierują się tu odruchem serca, wielu kalkuluje na zimno, bo przecież to znacząco osłabiłoby „reżim”. A sam burmistrz Michałowa, lokalny aktywista PO, najwyraźniej wykorzystuje swoją chwilę „sławy” jako trampolinę w karierze.
Polexit, którego nie ma
O rzekomym polexicie napisano już wiele. Co z tego, skoro ten slogan wraca jak bumerang przy każdym zatargu z Unią. Zdaniem antypisowców jakakolwiek obrona własnych interesów, naturalna wśród państw członkowskich, jest otwarciem furtki do wyjścia z Unii. Początkowo straszono nas, że Unia się obrazi i nas wyrzuci. Tak było, gdy np. nie chcieliśmy przyjmować imigrantów w 2015 r., gdy jednak dziś okazało się, że to my mieliśmy rację, ten przekaz nieco się zmienił. Teraz opozycja otwarcie stawia zarzut, że „reżim” tylko udaje, że chce pozostać w Unii, a tak naprawdę dąży do jej opuszczenia. Oczywiście prosto w ramiona Putina, w którego jakoby PiS jest wpatrzone i zapewne z tego właśnie powodu „reżim” nie przedłużył podpisanego przez rząd PO-PSL kontraktu z Gazpromem i doprowadził do zwiększenia liczby wojsk amerykańskich w Polsce.
Logiki nie ma w tym żadnej, ale nie po raz pierwszy przekonujemy się, że nie o logikę w tym chodzi. Bo ona w żadnej mitologii nie jest potrzebna. Prawda jest taka, że jeśli kiedykolwiek osłabną w Polsce prounijne nastroje, to nie będzie to wina PiS, lecz samej Unii, która nagina i łamie własne traktaty, oraz nakłaniających ją do mieszania się w nasze wewnętrzne, „pozatraktatowe” sprawy opozycyjnych klakierów.
Przesuwanie granicy
Antypisowcy wszelkiej maści bardzo chętnie przypisują skłonność do ulegania kłamstwom swoim przeciwnikom. Choć sami mają w ręku wszystkie niemal narzędzia propagandy – poczytne portale, kanały telewizyjne, gazety, a także niezliczonych naganiaczy z kręgów opiniotwórczych – to i tak ciągle klepią farmazony o braku wolności i o ogłupiałej tłuszczy zmanipulowanej przez „reżim”. Prawda jest jednak taka, że to nie „tłuszcza”, lecz oni sami żyją w alternatywnej rzeczywistości i jest to aż nadto widoczne dla wielu ludzi. Nic więc dziwnego, że ich histeria nie udziela się bardziej przytomnej większości.
Oczywiście opozycyjna propaganda nie zawsze bywa nieskuteczna. W kwestiach dotyczących tzw. praw kobiet i aborcji antypisowcy osiągnęli spore sukcesy, głównie dlatego, że udało się przekonać wielu ludzi, że chodzi tu wyłącznie o kwestię wolności wyboru, a nie o zabijanie nienarodzonych dzieci. Jednak zwykle propaganda ta nie wykracza swoim zasięgiem poza dotychczasowych zwolenników. Teoretycznie jej niewielka skuteczność powinna więc skłonić antypisowców do refleksji, do wycofania się, uspokojenia przekazu, tymczasem jest odwrotnie – im mniejszy społeczny odzew na rewelacje o „zbrodniczym” charakterze PiS, tym przekaz staje się bardziej ostry i coraz śmielej przekracza kolejne granice absurdu.
Nie chcę tutaj powtarzać znanej frazy Goebbelsa o tym, że kłamstwo wielokrotnie powtórzone staje się prawdą, ale z pewnością idzie tutaj o przesunięcie granicy społecznej tolerancji na dezinformację, na takie zrelatywizowanie absurdu, aby odbiorca przestał się czemukolwiek dziwić oraz cokolwiek kwestionować i doszedł w końcu do wniosku, że przecież „dzisiaj wszystko jest już możliwe”. Mówiąc krótko, aby stracił jakiekolwiek zaufanie do oficjalnego przekazu. Konsekwencją takiej strategii musi być również dalsze osłabienie autorytetu państwa i jego bezpieczeństwa, ale to nikogo wśród obsesjonatów zapamiętale wojujących z „pisowskim reżimem” dziś nie interesuje.
Artykuł z 46/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
