Miller krytykuje ustawę Tuska! "Nie potrzebuje ministerstwa prawdy"Miller krytykuje ustawę Tuska! "Nie potrzebuje ministerstwa prawdy"
Sejm uchwalił w czwartek wieczorem ustawę umożliwiającą blokowanie nielegalnych treści w internecie. Mimo przyjęcia poprawek PiS oraz Polski 2050, wciąż wielu komentatorów wskazuje, że nowa ustawa daje zbyt dużą władzę urzędnikom. "Wolność słowa jest prawem, a nie przywilejem" - napisał Leszek Miller, który uważa, że projekt stanowi zagrożenie dla wolności.
Chodzi o nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz niektórych innych ustaw przygotowało Ministerstwo Cyfryzacji. Celem zmian jest wprowadzenie procedury, dzięki której możliwe będzie szybkie wydawanie nakazów ograniczających dostęp do treści naruszających prawo w internecie, przy jednoczesnym poszanowaniu praw użytkowników sieci.
Pierwszy projekt ustawy został zawetowany przez prezydenta Karola Nawrockiego w styczniu bieżącego roku. Premier Donald Tusk, podczas nadzwyczajnego spotkania z ministrami zaatakował głowę państwa, próbując przypisać mu winę za ataki nożowników w ostatnich dniach.
Ja do dzisiaj nie wiem, dlaczego prezydent zawetował także tę ustawę i w dodatku posługując się bałamutnie hasłem wolności słowa, swobody w internecie. Znamy to. Wielu radykałów z ruchu MAGA ma tego typu poglądy, że każde świństwo, każda przemoc, każda obrzydliwość może w internecie być bezkarna i swobodnie promowana, bo państwo nie powinno się wtrącać
- stwierdził Tusk.
Leszek Miller krytykuje ustawę. "Stwarza ryzyko nadużyć"
Głos w tej sprawie zabrał Leszek Miller, który w obszernym wpisie na portalu X skrytykował również obecny projekt ustawy, który jego zdaniem, choć nie można powiedzieć, że wprowadza cenzurę, "stwarza ryzyko nadużyć".
Miller uważa, że skutki mogą być groźne dla wolności słowa i demokracji. Jego zdaniem wciąż pozostają pytania, gdzie jest granica ochrony obywateli a kontrolą debaty publicznej oraz jak władza zamierza się samokontrolować.
Demokracja nie potrzebuje ministerstwa prawdy. Potrzebuje obywateli, którzy mogą mówić bez pytania urzędu o zgodę. Warto przypomnieć zasadę, o której rządzący - niezależnie od barw politycznych – zdają się niekiedy zapominać. Wolność słowa nie polega na prawie do głoszenia wyłącznie poglądów prawdziwych, rozsądnych i akceptowanych przez władzę. Obejmuje również prawo do opinii błędnych, niepopularnych, kontrowersyjnych i niewygodnych dla rządzących
- uważa były premier.
Zdaniem Millera tą granicą ma być prawo, które wskazuje które treści są nielegalne, a które legalne, choć niekoniecznie polityczne poprawne.
To sedno sprawy. Nie każda fałszywa informacja jest przestępstwem. Nie każda kontrowersyjna opinia jest dezinformacją. Nie każda wypowiedź godząca w interes rządu narusza prawo
- zauważa polityk lewicy.
Wszechwładni urzędnicy wywołają "efekt mrożący"?
Jego zdaniem obecny projekt stwarza ryzyko zbyt dowolnej interpretacji przepisów. W dodatku kontrolę nad tym, co ma być blokowane, mają wyłącznie wybierani przez polityków urzędnicy, a nie sąd. Na to były premier się nie zgadza.
Wystarczy wyobrazić sobie, że ostre wystąpienie przeciw polityce migracyjnej, krytyka stosunków polsko-ukraińskich albo kwestionowanie oficjalnej oceny zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa zostaje błędnie zakwalifikowane jako treść naruszająca prawo. Nawet jeśli autor ostatecznie wygra przed sądem, samo postępowanie może wywołać efekt mrożący. Inni zrezygnują z głosu w sprawach kontrowersyjnych, zanim ktokolwiek rozstrzygnie, czy mieli do niego prawo
- twierdzi Miller.
Jego zdaniem rygor natychmiastowej wykonalności sprawia, że nawet pomimo teoretycznej kontroli sądów, część osób może czuć się zniechęcona do dzielenia się swoją opinią w internecie.
"Wolność słowa jest prawem, nie przywilejem"
Jednocześnie Leszek Miller zaznacza, że nie oznacza to, że przestrzeń cyfrowa nie powinna być sferą anarchii. Wręcz przeciwnie - państwo powinno mieć narzędzia, by zwalczać treści nawołujące do przemocy lub innych czynów zabronionych.
Każda ingerencja w wolność wypowiedzi musi jednak mieć jednoznaczną podstawę prawną, służyć uzasadnionemu celowi, być konieczna i proporcjonalna oraz podlegać realnej kontroli niezależnego sądu
- uważa Leszek Miller.
Były premier obawia się, że przegłosowane prawo nie daje gwarancji, że narzędzia państwa nie będą wykorzystywane do ograniczania legalnej krytyki politycznej.
W państwie demokratycznym obywatel nie powinien zależeć od dobrej woli rządzących. Wolność słowa jest prawem obywatela, nie przywilejem udzielanym przez władzę. Żadna władza, nawet przekonana o własnej nieomylności, nie powinna o tym zapominać
- podsumował polityk.
kh/źr. wPolityce.pl/x.com
