Lekarski lot na Marsa. Protestujący chcą dostać...100 mld złLekarski lot na Marsa. "Protestujący chcą dostać dodatkowe… 100 mld zł rocznie. Nie dziwota, że Niedzielski ma przed oczami rakietę"

Ta cała rozgrywka o wielkie pieniądze i o politykę to jedna strona problemu. Drugą, stokrotnie ważniejszą, jest jawnie niewydolny system służby zdrowia.
Zwykły obywatel nie powinien żywić żadnych złudzeń. Od tego, że lekarze dostaliby nawet wielkie pieniądze, system służby zdrowia się wcale nie poprawi.
Od soboty 11 września premier ma pod swoją kancelarią w Alejach Ujazdowskich namiotowe obozowisko protestacyjne, tym razem rozbite przez młodych lekarzy. Akcja nawiązuje oczywiście do sławnego „białego miasteczka”, które w 2007 r. założyły w tym samym miejscu zbuntowane pielęgniarki, na złość ówczesnemu szefowi rządu Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tamto „miasteczko” stało się miejscem peregrynacji opozycyjnych polityków i celebrytek, choćby Jolanty Kwaśniewskiej czy Krystyny Jandy, i stało się czymś na kształt nieźle pomyślanego, nowoczesnego happeningu politycznego. Od tamtego czasu PiS ma zrozumiały uraz do tego rodzaju „miasteczek” instalowanych przez służbę zdrowia, bo jak pokazywały badania socjologiczne, ówczesna popularna i popierana społecznie akcja, trwająca cały miesiąc, i to krótko przed wyborami, przyczyniła się naonczas do utraty władzy przez prawicę.
Komendant „miasteczka”
Obecne obozowisko jest dużo skromniejsze i (przynajmniej na razie) nie ma tamtego protestacyjnego rozmachu ani rezonansu. Być może dlatego, że jego organizatorami nie są aktywistki środowiska pielęgniarek, mające talent nie tylko do prowadzenia „akcji bezpośrednich”, ale i do ujmującego zyskiwania ludowej sympatii. Liderem obecnej akcji jest nieznany dotąd szerzej młody lekarz ze Śląska Wojciech Szaraniec, który dopiero co został wybrany na szefa tzw. Porozumienia Rezydentów, stworzonego przy Ogólnopolskim Związku Zawodowym Lekarzy. Szaraniec sam się przedstawia jako ten, który w planowanie protestacyjnego obozowiska pod urzędem premiera „włożył dużo serca”. Zapewne więc już jego wybór na szefa Porozumienia Rezydentów był częścią przygotowań do tej akcji. To ma znaczenie, bo jeśli komendant „miasteczka” związał z tym przedsięwzięciem swój plan publicznej kariery, to zapewne nie będzie skłonny do zbyt prędkiego pójścia na kompromis. Oskarżenia o „kłamstwo i manipulacje”, jakie w mediach Szaraniec (chyba jednak bez podstaw faktycznych) kieruje pod adresem ministra zdrowia Niedzielskiego, potwierdzałyby taką właśnie diagnozę.
Szaraniec odmawia negocjacji z Niedzielskim, a jego ludzie mówią, iż minister „pluje im w twarz”. Dwukrotnie zbojkotowali zaproszenie ze strony Niedzielskiego, który chciał rozmawiać na temat jedynego istotnego postulatu protestujących, czyli podwyżek zarobków. Faktem jest, że o ile Niedzielski jest chyba sprawnym menedżerem skomplikowanego systemu publicznej służby zdrowia, zwłaszcza w czasie nadal ciągnącej się zarazy, to raczej słabo nadaje się, czy to na polityka, który musi umieć wczuć się w emocje zwykłych ludzi (albo przynajmniej udawać, że to umie), czy to na negocjatora w konfliktach.
Przed zaproszeniem Szarańca i jego ekipy na negocjacje najpierw publicznie obwieścił, że ich żądania to nic innego, jak „odpalenie rakiety i lot na Marsa”; ci więc się obrazili, że „poważnych ludzi” ( jak Szaraniec sam o sobie mówił w radiu) minister „wysyła w kosmos”. Niedzielski jest typowym przykładem technokraty, który zawędrował do polityki ze wszystkim tego dobrymi i złymi konsekwencjami. Przypomina nieco z dawnych lat Balcerowicza, który miał ten talent, że potrafił obrazić rozmówców, nim jeszcze z nimi zaczął rozmowę.
Postulaty
Kłopot w tym, że jeśli spojrzeć na rzecz tylko od strony meritum, to Niedzielski ma oczywiście rację, mówiąc o odpaleniu rakiety na Marsa. Osiem postulatów, które 10 września, w przeddzień rozpoczęcia protestu, przedstawiono w Ministerstwie Zdrowia, robi właśnie takie wrażenie. Jak zwykle w takich razach postulaty obudowane są prospołeczną i prozdrowotną retoryką, ale chodzi w nich w istocie o dwie rzeczy: o podwyżki zarobków oraz o uwolnienie albo co najmniej ograniczenie odpowiedzialności lekarzy za błędy w sztuce lekarskiej. Czyli o najbardziej egoistyczne grupowe interesy korporacji medycznej, co nie jest, broń Boże, zarzutem, bo to rzecz normalna przy strajkach i protestach, ale zwyczajnym stwierdzeniem faktu.
Jednak prawdziwy lot na Marsa zaczyna się dopiero przy kwotach, o których mowa w postulatach. Tak więc minimalna (sic!) płaca brutto lekarza stażysty ma wynosić półtorej średniej płacy (8862 zł), lekarza bez specjalizacji dwie średnie (11 550 zł), w trakcie specjalizowania się 2,2 średniej (12 705 zł), a specjalisty trzy średnie (17 325 zł). Jeśli do tego dodać żądanie zwiększenia o 1/3 wycen procedur medycznych, to jak ocenia resort zdrowia protestujący chcą dostać dodatkowe… 100 mld zł rocznie (a cały budżet służby zdrowia to 120 mld). Nie dziwota, że Niedzielski ma przed oczami rakietę odpaloną na Marsa, choć niekoniecznie musiał od razu to publicznie obwieścić.
Co więcej, zachowanie Szarańca wskazuje na to, iż jest on świadom swego odlotu w kosmos. W jednym z wywiadów radiowych oburza się na Niedzielskiego, iż ten „kłamie i manipuluje”, gdy mówi o żądaniu 18 tys. zł minimalnej pensji dla specjalisty, gdyż protestujący domagają się tylko „trzech–czterech tysięcy”. To oczywiście świadoma gra na niewiedzę opinii publicznej, gdyż w postulatach lekarzy jest owszem mowa o kwotach tego rzędu, ale nie w odniesieniu do lekarzy, lecz innych pracowników służby zdrowia (zwłaszcza tzw. pracowników niemedycznych). To jasne, że Szaraniec boi się publicznie potwierdzić tego, czego zażądał na papierze, w obawie, że ludziom zarabiającym po trzy–cztery tysiące mogłoby się to wydać nazbyt egoistyczną przesadą.
Tak więc toczy się na razie dość zabawna gra w ciuciubabkę, bo publicznie protestujący martwią się, wraz ze zwykłymi ludźmi, z powodu koszmarnych w istocie kolejek do specjalistów, ale negocjacje z Niedzielskim zrywają nie z powodu owych kolejek, ale „kosmicznych” żądań podwyżek. Taka gra też pokazuje, iż ekipa Szarańca nastawiona jest chyba na dłuższe trwanie obozowiska, tak by stopniowo zyskiwało ono sławę i rozgłos, nie zaś na jakiś prędki kompromis.
Strategia negocjacji
Szaraniec chce negocjować tylko osobiście z Morawieckim, ale (przynajmniej do chwili, kiedy to piszę) premier go ignoruje, uważając najwyraźniej, że Niedzielski jest użyteczny jako „zderzak”. Z perspektywy rządowej taktyki takie postępowanie można uznać za rozsądne. Szaraniec chce mieć naprzeciw siebie premiera jako partnera, i to przed kamerami telewizyjnymi, po to żeby go zmusić do tłumaczenia się i przepraszania za to, że nie ma pieniędzy na ratowanie zdrowia Polaków, ma za to np. na ogromne podwyżki dla posłów. Cyborg Niedzielski jest niewrażliwy na takie argumenty i wysyła po prostu Szarańca w kosmos, nie zważając na efekty dla swej politycznej popularności. Morawiecki nie może sobie pozwolić na takie zachowanie. Gdy w grę wchodzi zdrowie, lekarze, pielęgniarki, cała służba zdrowia, musi być miły, ustępliwy i zatroskany, bo inaczej działałby przeciw fundamentalnym interesom politycznym własnego obozu. Sprytnemu Szarańcowi o to właśnie chodzi, bo to dawałoby mu nad Morawieckim przewagę negocjacyjną.
Nieoficjalnie ludzie z otoczenia premiera sygnalizują więc, że udział szefa rządu w negocjacjach byłby możliwy dopiero wtedy, gdyby lekarze najpierw spuścili wyraźnie z tonu. Premier może być kimś, kto doprowadzi do zakończenia protestu i porozumienia, ale nie może być bezsilnym świadkiem zerwania rozmów przez Szarańca, po to by potem tygodniami być atakowanym przez opozycję za to, iż jest winien śmierci pacjentów w szpitalach.
Polityczna kwadratura koła
Ta cała rozgrywka o wielkie pieniądze (ze strony protestujących) i o politykę (ze strony rządu) to jedna strona problemu. Drugą, oczywiście stokrotnie ważniejszą, choć traktowaną przez obie strony propagandowo, jest jawnie niewydolny system służby zdrowia. Dla każdej władzy w Polsce, ale dla rządu PiS w szczególności, system ów to polityczna kwadratura koła. Rzecz bowiem w tym, że cała publiczna służba zdrowia jest bezpłatna (tzn. teoretycznie opłacana z przymusowej składki, będącej w istocie formą podatku). A to w czasach, w jakich żyjemy, gdy zdrowie, zwłaszcza w trakcie zarazy, stało się najważniejszym dobrem publicznym, oznacza nieograniczony wzrost popytu na usługi medyczne. Jednocześnie zaś Polska jest krajem o niemal najniższej liczbie lekarzy i pielęgniarek w Unii (liczonej per capita), koszty nowoczesnych procedur leczniczych i nowych lekarstw rosną zaś astronomicznie, zwłaszcza na skutek presji wyzbytych skrupułów koncernów farmaceutycznych.
Te dwa sprzeczne trendy tworzą nieuchronny, nieustający i pogłębiający się stan kryzysu. Co więcej, sytuację komplikuje ideologiczne traktowanie przez PiS kwestii opieki zdrowotnej. Od wielu lat przecież jest to jedno z najważniejszych oręży, jakie PiS wycelowuje w swoich przeciwników, zarzucając im rynkowe traktowanie zdrowia ludzi, plany prywatyzacji szpitali oraz intencję budowania opieki zdrowotnej tylko dla bogatych. Sam Kaczyński wielokrotnie opowiadał się za powrotem do modelu opieki zdrowotnej obowiązującego w czasach komunizmu, czyli bezpośredniego „ręcznego” finansowania przychodni i szpitali z budżetu resortu zdrowia. PiS nie wprowadziło w czyn tego zamiaru chyba tylko dlatego, że przestraszyło się realnej wizji bankructwa całego systemu w ciągu jednego dnia. Ale i tak na każdym kroku zwalcza nawet drobne elementy gry rynkowej w służbie zdrowia, np. likwidując w 2019 r. prywatne pogotowie ratunkowe. Tylko w regionie łódzkim tamta decyzja zaowocowała wyeliminowaniem 34 zespołów ratowniczych.
Dlaczego to doktrynalne podejście wiąże ręce władzy, także w obliczu obecnych protestów lekarzy? Bo z ideologicznych powodów nie może ona zrobić niczego, co by choć trochę ograniczało beznadziejnie rosnący popyt na usługi medyczne. Nie jest w stanie zaproponować współpłatności pacjentów (choćby w symbolicznym wymiarze), a ostatnio (w ramach reform Niedzielskiego) zrezygnowała nawet z tzw. limitów świadczeń, które sztucznie i arbitralnie, ale jednak ograniczały rozdymane coraz bardziej koszty. Nie jest też w stanie skokowo zwiększyć liczby lekarzy i pielęgniarek, co byłoby jedynym alternatywnym sposobem zmniejszenia kolejek, bez ograniczania dostępu do specjalistów.
Jak zatem rząd PiS może „naprawiać” służbę zdrowia? W jeden i tylko jeden sposób: dosypując doń coraz więcej pieniędzy. Tak zresztą się dzieje od 2015 r. I z tego właśnie powodu Morawiecki naraża się teraz biznesowi, podnosząc dlań radykalnie składkę zdrowotną. Te wszystkie wylewające się skargi na rzekome „oszczędzanie” przez rząd na zdrowiu są wzięte z jakiejś alternatywnej, nierealnej rzeczywistości. PiS skazane jest na brnięcie w coraz to większe rozdymanie wydatków na służbę zdrowia. Tyle tylko, że o tym wie także doskonale Szaraniec, który właśnie tu widzi okazję wyszantażowania od władzy kolejnych wielkich pieniędzy dla lekarzy. Zwykły obywatel nie powinien jednak żywić żadnych złudzeń. Od tego, że lekarze dostaliby nawet wielkie pieniądze, system się wcale nie poprawi. Obie strony sporu dobrze o tym wiedzą, choć żadna z nich nie pozwoli sobie na to, aby publicznie się do tego przyznać.
Artykuł z 38/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
