Kurtyna w górę! EkstraPietrasik: Kurtyna w górę! Ekstra

Miałem kontynuować wątek największych, światowych ujawnień w naszych czasach i ich wpływu na polską rzeczywistość. I z całą pewnością to zrobię. Ale, po pierwsze: nie sposób obojętnie przejść wobec wstrząsu w Prawie i Sprawiedliwości, po drugie: tam przecież też doszło do ujawnienia. Doszło do swoistego coming out'u Mateusza Morawieckiego, który postawił wszystko na jedną kartę. I przeżeglował, choć raczej nie płynie na górę lodową.
Bo któżby, jeszcze kilka lat temu, zanim zawiązała się koalicja przegranych, zwana trzynastogrudniową przypuszczał, że bliżej końca kadencji Tuska Morawiecki porzuci Prawo i Sprawiedliwość? Czy to jest w ogóle logiczne? Pytam, jako wyborca szczerze zatroskany losami Rzeczypospolitej Polskiej, której rozchwianą łajbę pewien wesołek na mostku prowadzi prosto na skały. Przy okazji zarzeka się, że jest patriotą i że „dla rządu nie ma ważniejszej sprawy, niż dobro Ojczyzny. To będzie motto, które każdej pani i każdemu panu ministrowi będą przyświecały". Słowo w słowo spisane z jego wystąpienia tuż po zaprzysiężeniu w Pałacu Prezydenckim owego pechowego 13-go grudnia. Rozumiecie? Najważniejsze jest dobro Ojczyzny: der SAFE, żadnych reparacji, brak sprzeciwu wobec europejskiego tzw. zielonego ładu, bezobjawowa prezydencja w UE, gruzowanie zespołu portowego Szczecin-Świnoujście, Orlenu i w pewnym sensie baterii Patriot, skoro o patriotyzmie mowa. Poza tym strzał z otwartej każdemu, kto płaci składki zdrowotne i chciałby za to pójść do lekarza. Ciul z Polakami. Ważne, że
paru Misiów upasie się na Szpitalu Południowym, gdzie miejsce dla swoich zawsze się znajdzie. A na koniec przyjdzie Niemiec, albo Ukrainiec z kasą i uwłaszczy się na obiektach ochrony zdrowia, mimo wszystko pieczołowicie wznoszonych, remontowanych i wyposażanych przez Polaków.
Jestem zwykłym Polakiem z małego miasta. I zadyma w Prawie i Sprawiedliwości wydaje mi się mocno podejrzana. Teraz? Kiedy Tuskowi pali się pod portkami, bo ma na karku dwie potężne afery, w tym jedną o zasięgu prawdopodobnie międzynarodowym, czyli pedofilo-zoofilów z Kotliny Kłodzkiej i dyletantów ze Szpitala Południowego? W tym drugim przypadku nagrania wykazały, do jakiego „syfu" doprowadzono w warszawskiej placówce i jak to ukrywano. Przepraszam, ale jako zwykły Polak myślę w prosty sposób i domyślam się, że w związku z powyższym ukrywanie Kacprzyka nie jest przypadkowe. Mam nadzieję, że redakcja, dysponująca nagraniami w końcu wrzuci fragment z jego udziałem na tyle intrygujący Polaków, że i prokuraturę to zainteresuje. Równie mocno, jak
nie wykryty zawał pacjentki w szpitalu na Bródnie. Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej w redakcji nie pojawi się Służba Wyrywania
Laptopów z rąk Słowika lub Stanowskiego. Ale tak naprawdę, to ujawnienie czynów ekstremalnych zboczeńców i ich koneksji z Platformą może Tuska
kosztować wszystko, z europejską karierą włącznie. A wiadomo, że jest całkiem blisko, skoro o brudnych seks-taśmach wiedzą formacje policyjne
kilku krajów, a obok nich Interpol. Zresztą to, o czym już wiadomo, w normalnych warunkach kosztowałoby upadek każdego rządu.
I w sytuacji, gdy Tusk leży na deskach, do prezesa Prawa i Sprawiedliwości, byłego premiera Jarosława Kaczyńskiego przychodzi jego
zastępca, były premier Mateusz Morawiecki. I w gruncie rzeczy naciska na Prezesa, by ustąpił, a on zajmie jego miejsce. Bo wie, że Prezes ma
pewien plan na ściśle bliską przyszłość. Słyszy od Prezesa Kaczyńskiego, że może da się zrobić, ale po wyborach, co politycznie jest normalną,
trafną kalkulacją i Morawiecki nie może tego nie rozumieć. Ale naciska dalej, spotykając się z szefem jeszcze kilkakrotnie. Dostaje bardzo
wiele, bo praktycznie nieograniczoną swobodę działania, ale w łonie Prawa i Sprawiedliwości, z aktualną obietnicą powrotu po wyborach do
rozmowy o przejęciu schedy po Jarosławie Kaczyńskim, z logicznym wytłumaczeniem, że PKW może przyczepić się do działania stowarzyszenia w
partii i może być po kasie. Mało? No, mało, jeśli ktoś chciałby zostać prezesem Prawa i Sprawiedliwości od ręki. Przy okazji nie jest
tajemnicą, że w partii zaczyna wrzeć, bo Morawiecki, człowiek z nazwiskiem coś za często rozmawia w cztery oczy z prezesem. A podczas
dyskusji w nieco szerszym gronie, z udziałem raz prof. Czarnka, następnie Jacka Sasina wychodzi w czym jest rzecz. No, to najpierw prof.
Czarnek, a później Jacek Sasin mówią: no zaraz, Mateusz, ale jeszcze jesteśmy my. Morawiecki nadal upiera się, że teraz, albo nigdy. Stanęło
na tym, że nie teraz. Czy nigdy? To nadal z pewnością zależy od Mateusza Morawieckiego.
Polityczne przedstawienie trwa od dobrych kilku tygodni. Kilka tygodni po wakacjach sprawa powoli zacznie rozchodzić się po kościach. Mało
prawdopodobne, by czterdziestu od Morawieckiego zaczęło płatać jakieś polityczne figle na niekorzyść obozu prawicowego. Bardziej
prawdopodobne, że Mateusz (za pozwoleniem, przypomniało mi się skandowanie imienia byłego premiera na wiecach Prawa i Sprawiedliwości)
przed wyborami wyrwie Tuskowi tych, którzy widzą, jak upada koalicja i w nowym rozdaniu normalnie nie mieliby szans, bo się absolutnie
skompromitowali. A tak? Uciekną już teraz, bo będą mieli dokąd (w końcu Morawiecki to już nie PiS, a i przy Tusku był) i pociągną za sobą część
struktur w terenie. Oferta będzie pewnie też dotyczyć upadającego PSL-u i tego, co pozostało po Polsce 2050 Hołowni. To zresztą, gdyby się udało, dałoby możliwość wcześniejszego pogonienia rządu nieudaczników.
Ciekawe, czy Tusk, pisząc radośnie na „X-sie": „Grillujesz, Mateusz" dał w ten sposób wyraz jakiemuś politycznemu masochizmowi?
