Kto zasłużył na wolność? O dylematach walki z zaraząKto zasłużył na wolność? O dylematach walki z zarazą. "Europejskie rządy wdają się w skomplikowane manewry"

PiS wolałoby nie naśladować Draghiego, Macrona czy Merkel, a Niedzielski tłumaczy to rzekomo szczególnie polską „przekorą” i polskim „genem sprzeciwu”.
Po niemal dwóch latach nieustannych nawrotów zarazy natężenie nieufności wobec demokratycznie wybranych rządów przerosło już wszystko, co od upadku komunizmu mogliśmy widzieć w Europie.
Pod koniec zimy Niemcy będą zaszczepione, wyleczone lub martwe
– mówi Jens Spahn, minister zdrowia w odchodzącej właśnie ekipie kanclerz Merkel. Tym celowo bulwersującym zdaniem Spahn chce przekonać ludzi, iż bez szczepień zakażenie covidem jest praktycznie pewne, a śmierć w jego wyniku co najmniej prawdopodobna. W całej Europie politycy woleliby zaradzić kolejnej, nadspodziewanie silnej fali zarazy za pomocą szczepień, miast po raz kolejny sięgać po pęta i zakazy, nakładane na ludzi w trybie specdekretów czy ustaw. Niemiecki minister sam jednak jest świetnym przykładem paradoksu, w jaki uwikłane jest to pragnienie polityków, jak się okazuje – w coraz liczniejszych krajach Europy niemożliwe do spełnienia. Jeszcze niecały rok temu Spahn był jednym z najpoważniejszych kandydatów do następstwa po Merkel, zarówno w niemieckiej chadecji, jak i na urzędzie kanclerskim. Dziś jest pozbawionym autorytetu outsiderem, któremu może się nawet nie udać przetrwać w polityce. Po niemal dwóch latach nieustannych nawrotów zarazy wiarogodność rządów, a zwłaszcza ministrów zdrowia, spadła w Europie w pobliże zera. Ich zapowiedzi, kalkulacje i prognozy w ciągu całych tych dwóch lat z reguły się bowiem nie sprawdzały.
Epicentrum COVID-19
U progu grudnia 2021 r. Europa znów stoi w obliczu ryzyka epidemicznej katastrofy, wcale nie mniejszego niż rok czy półtora roku temu. Jak twierdzi WHO, Europa stała się teraz globalnym epicentrum zarazy. Nie dziwota, że kolejne rządy znów dochodzą do ponurej konkluzji, iż bez kolejnego uderzenia w swobody obywatelskie nie utrzymają zarazy w ryzach.
Jak dotąd, ani WHO, ani rządy, ani też niezależni epidemiolodzy, nie udzielili odpowiedzi na pytanie „dlaczego Europa?”. Przecież nasz kontynent miał od początku wielkie przywileje, gdy idzie o dostęp do szczepień, a jakość życia i warunki sanitarne są tu bodaj najwyższe na całym globie. Co więcej, Europa jest kontynentem, na którym obowiązuje jeszcze ciągle kult nauki, naukowych prognoz i wniosków. Nikt by się pewnie nie zdziwił, gdyby po dwóch latach zaraza zbierała swe żniwo np. w ubogiej i niezaszczepionej Afryce. Ale w bogatej, oświeconej i nasyconej lekarzami i klinikami Europie?!
Owa oczywista nieprzewidywalność (czy też irracjonalność) uderzeń zarazy jest źródłem zamętu i konfuzji zarówno w polityce poszczególnych krajów, jak i w głowach zwykłych ludzi, do których coraz słabiej przemawiają wszystkie na pozór logiczne, naukowe albo odwołujące się do zdrowego rozsądku argumenty i namowy. Skoro realia zarazy okazują się mało racjonalne, to politycy muszą mieć z tego powodu niezły młyn w głowie. Na przykład taki liberał Rutte, premier Niderlandów (a skądinąd ostatnio śmiertelny wróg Polski), który już latem 2021 r. wygłosił triumfalną mowę o tym, jak udało mu się w końcu skutecznie pokonać zarazę, teraz, gdy z powodu kolejnej, jeszcze ostrzejszej fali, wprowadza stan półwyjątkowy, łącznie z godziną policyjną, każe policji strzelać (na razie w powietrze) ostrą amunicją dla rozpędzenia wściekłych i agresywnych tłumów kontestujących jego politykę. A skoro rządy od dwóch lat z zarazą sobie nie radzą, to nic dziwnego, że społeczna złość, a nawet agresja, dominuje nad gotowością do posłuchu wobec zarówno władzy, jak i (często wyjątkowo nierozsądnych i aroganckich) jej naukowych doradców epidemicznych.
Dystrybucja wolności
Tak więc kolejne rządy wracają do roli żandarmów i polityki zakazów. O ile jednak w ciągu ubiegłych dwóch lat dokuczliwe reglamentacje swobód (aż do policyjnego zakazu opuszczania mieszkania) zarządzane były na równi wobec wszystkich, o tyle obecna polityka próbuje używać bardziej wyrafinowanych metod dozowania wolności różnym segmentom społeczeństwa.
W centrum politycznych debat (ostatnimi dniami np. w Niemczech, Austrii, Czechach) stanęły – nazywane na poły magicznie – różnorodne systemy restrykcji, takie jak: 2G, 2GPlus albo 3G, charakteryzujące się tym, że odmiennie przeprowadzają społeczną dystrybucję wolności i praw obywatelskich. Dodatkowo każdy z tych systemów może mieć swoją wersję „hard” lub „soft”, w zależności od zakresu sfer życia, których dotyczy. Z perspektywy wolności to, jaki system zostanie zaordynowany w jakimś kraju, stało się ważniejsze od tego, jaką ów kraj ma konstytucję. W liberalnych (ponoć?) demokracjach wolność stała się bowiem dobrem nie tyle gwarantowanym konstytucyjnie, ile dystrybuowanym wedle żywo właśnie dyskutowanych i odmiennych w każdym kraju doraźnych i zmiennych kryteriów. Wolność upodobniła się w ten sposób do dobrobytu, gdyż tak samo jak on jest pożądana przez wszystkie grupy społeczne, ale w zależności od przyjętego w danym kraju systemu różnym grupom może zostać przydzielona w różnym stopniu. W jednych krajach ukształtuje się być może „kapitalizm wolności”, czyli system klasowy, z dużymi nierównościami w dostępie do praw i swobód, a gdzie indziej „socjalizm wolności”, w którym te różnice będą stępione i stosunkowo niewielkie.
Głównym i zdroworozsądkowym uzasadnieniem tego z gruntu antyliberalnego dziwactwa są oczywiście nieobowiązkowe szczepienia. Skoro we wszystkich krajach europejskich władze uczyniły (skądinąd nie bez racji) tak wiele, aby skłonić obywateli do szczepień, to trudno teraz tym wszystkim, którzy byli posłuszni namowom rządów, powiedzieć po prostu:
Przepraszamy, ale choć byliście posłuszni w sprawie szczepień, to i tak teraz musimy wam znów zabrać wolność
Jak dotąd na taki ruch zdecydował się w Europie tylko jeden przywódca – nowy chadecki kanclerz Austrii Schallenberg. Początkowo i on próbował wdrożyć jakiś bardziej wyrafinowany system restrykcji, typu 2G, ale już kilka dni później uznał, iż to nie wystarcza, nie działa dobrze, więc trzeba wrócić do wypróbowanej w ciągu dwóch lat metody powszechnego lockdownu. Czyniąc to, Schallenberg wystąpił zarazem w telewizji ORF… przepraszając Austriaków, zwłaszcza tych zaszczepionych, za to co właśnie czyni. Trzeba przyznać, że z perspektywy zewnętrznego obserwatora robiło to wrażenie komedii: w końcu albo kanclerz wie, co musi zrobić dla dobra kraju, albo robi coś, w co sam wątpi, więc jednocześnie przeprasza z góry za swoje czyny. W każdym razie Schallenberg zaryzykował wszystkimi fatalnymi skutkami społecznymi i gospodarczymi lockdownu, ale przez to nie musiał się wdawać w całą tę dziwaczną i ryzykowną operację dystrybucji wolności pomiędzy różne segmenty społeczeństwa.
Znacznie liczniejsza grupa państw demokratycznych próbuje jednak wypracować swój własny, najbardziej „sprawiedliwy” system dystrybucji wolności. W awangardzie tych prób jest włoski premier Draghi, który już od czerwca 2021 r. eksperymentuje z systemem 2G, reformując go od wersji stosunkowo łagodnej do całkiem twardej, w miarę postępu zarazy. Latem w Italii uzależniono udział w imprezach kulturalnych od okazania „Green Pass”, czyli świadectwa szczepienia lub wyzdrowienia, stopniowo rozszerzając ów wymóg na niemal całe życie publiczne, z pracą włącznie. Znając dobrze stosunki panujące w Italii, śmiem przypuszczać, iż w tym kraju ów wymóg w znacznym stopniu jest zapewne fikcją. System 2G wprowadził także w lecie we Francji Macron, ale w wersji trochę bardziej „soft”, tzn. ograniczając go głównie do restauracji (to niewątpliwy cios dla francuskiej kultury) i transportu. Francja jest dziś zatem, przynajmniej formalnie, trochę bardziej wolnościowa niż Włochy. Bo jak oznajmia z charakterystyczną dlań fanfaronadą prezydent Macron:
Francja idzie naprzód w świetle nauki, ale czyni to z pragmatyzmem
Jeszcze bardziej wolnym krajem są jak dotychczas Niemcy. W zasadzie obowiązuje tam system 3G, czyli dający wolność nie tylko szczepionym i wyzdrowiałym, ale każdemu, kto sobie zrobi aktualny test. Ale w Niemczech, co najmniej od miesiąca, panuje w kwestii sposobu „dystrybucji wolności” niebywały chaos. Nowa socjalliberalna koalicja w Bundestagu (tzw. Ampel) zniosła właśnie regulacje stworzone przez rząd Merkel, eliminując m.in. prawo landów do wprowadzania godziny policyjnej i zbiorczego przenoszenia szkół do trybu online. W związku z tym pani kanclerz (która ciągle jeszcze urzęduje) wzywa landy, aby na przekór nowej ustawie wprowadzały te ograniczenia dopóki to możliwe, czyli przed 25 listopada. Ale nowa koalicja też jest już skłócona co do systemu 3G, bo wielu jej polityków uważa (podobnie jak Merkel), że to za mało, a Niemcy potrzebują systemu 2G w wersji „hard”. Jeden z najpopularniejszych liderów Zielonych – premier Badenii Kretschmann występuje zaś razem z premierem Bawarii Soederem (z opozycyjnej już CSU) z żądaniem wprowadzenia powszechnego obowiązku szczepień. Z kolei nowy chadecki premier Nadrenii Wuest żąda systemu 2GPlus, czyli radykalnie antywolnościowego, który oznaczałby, iż w wielu sektorach życia społecznego nie wystarczy być zaszczepionym albo wyzdrowieć, ale dodatkowo trzeba mieć aktualnie zrobiony test.
Bezradność europejskiej elity
Trzeba przyznać, że intelektualna jakość niemieckiej dyskusji na temat zarazy i wolności jest ciekawa i pouczająca (np. ostatnia debata w Bundestagu). W Polsce nie ma nawet śladu takiej debaty. Nie zmienia to jednak faktu, że chaos epidemiczny u naszego sąsiada narasta, a wskaźniki zakażeń należą do najwyższych.
Mamy sytuację, która przerasta wszystko, co mieliśmy dotąd, a wielu Niemców nie zdaje sobie z tego sprawy
– mówi Merkel na zamkniętym zebraniu władz partyjnych, a jej słowa niemal natychmiast z przecieku podaje Bloomberg.
Sedno problemu z tymi wszystkimi systemami tkwi w tym, że żaden z rządów europejskich nie ma dość odwagi ani siły, aby uchwalić prawo ustanawiające powszechny obowiązek szczepień, w imię sanitarnego bezpieczeństwa państwa. Dwaj landowi południowoniemieccy premierzy są pod tym względem całkowitymi wyjątkami. W ciągu dwóch lat ruch antyszczepionkowy w Europie urósł w potęgę, i to w nim kumuluje się coraz bardziej rewolucyjny potencjał sprzeciwu wobec rządów całej europejskiej postliberalnej elity, którą tworzą na równi socjaliści, chadecy, ludowcy, liberałowie i zieloni.
Paradoksalnie te wszystkie systemy „dystrybucji wolności”, przez przeciwników zwane „segregacją sanitarną”, są mimo wszystko łatwiej akceptowalne dla większości niż zaprowadzenie legalnego i powszechnego obowiązku szczepień. Zapewne taki obowiązek byłby ostentacyjnie ignorowany przez miliony ludzi, w imię politycznego sprzeciwu wobec europejskiej elity władzy. A współczesne państwa są zbyt słabe, aby potrafić taki obowiązek wyegzekwować bez przelewu krwi. Brytyjski tabloid „Daily Express” opisywał niedawno historię młodego Anglika, który z przekonaniem mówi:
Wolę umrzeć i patrzeć, jak moja matka umiera na moich oczach, niż wziąć szczepionkę
Natężenie nieufności wobec demokratycznie wybranych rządów przerosło już wszystko, co od upadku komunizmu mogliśmy widzieć na naszym kontynencie.
„Postępowa” polska opozycja
Trudno się dziwić Morawieckiemu, że jak długo tylko się da, nie chce się zapisywać do klubu „żandarmów” wolności, choć technokratyczny minister Niedzielski miałby chyba po temu cichą ochotę. Za to w imieniu zaszczepionych odebrania wolności całej reszcie żąda centrolewicowa opozycja, ubierając nawet owo żądanie (w „Gazecie Wyborczej”) w imitację sławnej preambuły konstytucji USA: „My, naród zaszczepiony, żądamy…”. Stoi za tym całkiem otwarta sugestia, iż efektem zarazy winien stać się polityczny podział na dwa narody: zaszczepiony i niezaszczepiony. Przy czym ten drugi winien zostać sprowadzony do roli spartańskich półwolnych periojków. W końcu to nie od dziś było marzeniem „postępowej” Europy, zaraza daje zaś tylko okazję, aby stare marzenie przekuć w polityczny czyn.
Jednak PiS wolałoby nie naśladować Draghiego, Macrona czy Merkel, a Niedzielski tłumaczy to rzekomo szczególnie polską „przekorą” i polskim „genem sprzeciwu”. To oczywista nieprawda, jeśli porównać miękkich i w sumie grzecznych polskich antyszczepionkowców choćby z holenderskimi, podpalającymi szkoły i próbującymi uśmiercić policjantów.
Polityczny dyskomfort PiS w tej sprawie bierze się stąd, że o ile antyszczepionkowcy z Rotterdamu, Paryża czy Drezna są jednocześnie radykalnymi przeciwnikami rządzących tam partii, o tyle w Polsce są oni prawoskrzydłowym elektoratem PiS albo Konfederacji, czyli potencjalnego koalicjanta PiS za dwa lata, którego tylko polityczny głupiec chciałby w związku z tym przemienić w swego śmiertelnego wroga.
Mam wrażenie, że to raczej tego typu względy taktyczne i oczywisty strach władzy przed protestami, taki sam w całej Europie, powstrzymuje Morawieckiego przed odwołaniem się na wzór Zachodu do polityki „dystrybucji wolności”. Świadczy o tym choćby zamęt w PiS, jaki wybuchł w ostatnich dniach w związku z podsuniętym przez rząd posłom projektem ustawy o obowiązkowej kontroli szczepień pracowników przez pracodawców. Przecieki z PiS ujawniły, że posłowie, przyzwyczajeni do mechanicznego podpisywania tego, co się im podsuwa z rządu, zaczęli wycofywać podpisy, gdy się zorientowali, o co naprawdę chodzi. Ich zachowanie jest racjonalne. W liberalnym państwie przymusowo kontrolować można bowiem wykonanie tylko tego, co jest powszechnym i legalnie nałożonym obowiązkiem obywatelskim. Gdyby Sejm uchwalił taki obowiązek w imię przyszłego bezpieczeństwa sanitarnego kraju, w żaden sposób nie sprzeciwiałoby się to ustrojowi wolności, który (jak wiadomo co najmniej od sławnej książki Hayeka) istnieć może tylko przy równych i takich samych dla wszystkich legalnych granicach wolności. Tu jednak pracodawcy, występując w roli policjantów, mieliby kontrolować to, co jest tylko dobrowolnym przywilejem. Równie dobrze w imię najsłuszniejszych zasad sanitarnych można by im kazać sprawdzać, kiedy pracownik ostatnio mył zęby albo zmieniał bieliznę.
Bojąc się, z racji swej politycznej słabości, zaprowadzenia powszechnego obowiązku szczepień, a jednocześnie nie wiedząc, co robić z irracjonalnie nawracającymi falami zarazy, europejskie rządy wdają się w skomplikowane manewry, mające na nowo i jak najsprawiedliwiej rozdzielić swobody obywatelskie. Czyli przydzielić więcej wolności tym, którzy na nią zasłużyli, a mniej takim, którzy w gruncie rzeczy nie są jej warci. Taki przecież jest sens tych wszystkich systemów 2G, 2GPlus, 3G i Bóg wie jakich jeszcze innych, które zapewne za chwilę zostaną wymyślone. Systemy te zastępują w istocie konstytucje państw, które dotychczas miały w liberalnej Europie monopol na reglamentację wolności. Politycy nie zauważają albo po prostu lekceważą to, że przy okazji destruują najcenniejszą wartość liberalnego porządku: ustrój wolności, którego kamieniem węgielnym jest równość praw.
Artykuł z 48/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
