Kto chce krzywdy dzieci? Dezinformacje rosyjskich służbKto chce krzywdy dzieci? "Rosyjskie służby mają jedną z najbardziej cynicznych i profesjonalnych dezinformacji na świecie"

Polska straż graniczna nagrała zachowania białoruskich pograniczników, którzy kazali imigrantom pozować do zdjęć i pokazywać dzieci.
Media lewicowo-liberalne na gwałt potrzebują krzywdy dzieci, by w relacjach o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej pokazać rząd jako zbrodniczy reżim, a szacunek wobec straży granicznej zamienić w nienawiść wobec mundurowych.
1 października Polacy zobaczyli zdjęcia kilkuletnich muzułmańskich dzieci w ośrodku straży granicznej w Michałowie, które ze smutkiem przygarniają słodycze. Chwilę później wybuchł skandal – internauci zwrócili uwagę, że ktoś specjalnie rzuca dzieciom czekoladki i batoniki, by podeszły do ogrodzenia – dzięki temu fotoreporterzy mieli lepsze zdjęcia przedstawiające rzekomą krzywdę. Relacje z sytuacji na granicy polsko-białoruskiej stanęły na głowie, prawda przestała się liczyć. Rozpętywana jest za to histeria.
Posłanka Katarzyna Piekarska (Koalicja Obywatelska) na mównicy sejmowej zachowywała się tak, jakby była w psychodelicznym amoku. „Gdzie są dzieci?!” – wrzeszczała podczas sesji parlamentu. „To nie jest śmieszne!” – krzyczała, wymachując rękami. Jakby tego obłędu było mało, w empatyczny maraton rzucili się ludzie kultury i celebryci. Agnieszka Holland wspomniała o pilnowaniu granicy w kontekście sowieckich obozów karnych, prof. Jacek Leociak, literaturoznawca, na jednym z mikroprotestów porównał powstrzymywanie nielegalnej imigracji do Holokaustu. Na wydarzeniach kulturalnych, takich jak gala literackiej nagrody Nike, jeden z wyróżnionych stwierdził, że żyjemy w „faszystowskim gównie”, a obecni w patetycznym happeningu podnieśli kartki z napisem „Gdzie są dzieci?”. Lawina szaleństwa zdaje się nie mieć końca.
„To są ciężkie sytuacje”
Rodzice z dziećmi zatrzymani na nielegalnym przekraczaniu granicy polsko-białoruskiej często trafiają do ośrodka straży granicznej w Michałowie, kilkanaście kilometrów od terytorium Białorusi. Miasteczko na Podlasiu nie leży w strefie objętej stanem wyjątkowym, a więc swobodny dostęp do tamtejszej placówki mają dziennikarze i okoliczni mieszkańcy. Pracujących tam funkcjonariuszy SG próbuje się przedstawić jako ślepych wykonawców bezlitosnych rozkazów. 1 października na posiedzeniu Rady Miejskiej Michałowa mjr Piotr Dederko, zastępca komendanta SG w Michałowie, opowiadał o dylematach, przed jakimi stają obrońcy polskich granic. Bo jest dokładnie odwrotnie, niż przedstawiają to krytycy – mundurowi opiekują się najsłabszymi nawet bardziej, niż powinni.
Udało się te rodziny odnaleźć, dzięki społeczeństwu dostaliśmy informację
– opowiadał przed michałowskimi samorządowcami mjr Dederko o dzieciach, które matka – nielegalna imigrantka – zwyczajnie zgubiła w lesie. Służby odstawiły dzieci do ośrodka opieki. Funkcjonariusze są wyrozumiali wobec kobiet i dzieci, a tymczasem porównuje się ich do strażników obozów koncentracyjnych. „To są naprawdę ciężkie sytuacje” – opowiadał z przejęciem Dederko.
Jaki rodzic naraża dziecko?
Przeciętny odbiorca mediów nie wie, jak wygląda złowieszcza taktyka przemytu ludzi na Zachód. Rodziny z Bliskiego Wschodu są często tak zdeterminowane, by dostać się do legendarnych dla nich Niemiec, że życie i zdrowie dziecka nie jest dla nich nadzwyczajnym kosztem. Mjr Dederko opowiadał:
Wiele dzieci jest bez butów i bez czapek. Nie dlatego, że zgubiły. Ich rodzice zdejmują je i wyrzucają, żeby w ten sposób wzbudzić litość u funkcjonariuszy. To są rzeczy – proszę mi wierzyć – codzienne
Nawet październikowe chłody nie powstrzymują matek i ojców przed wyziębianiem dzieci – byle zwiększyć swoje szanse na dostatnie życie. Także w ośrodkach straży granicznej dzieci nie mają łatwo – ale znowu nie przez funkcjonariuszy.
Kiedy nasi funkcjonariusze i funkcjonariuszki chcieli dać tym dzieciom słodycze, czasami te dzieci muszą być zabierane w inne miejsce, bo dorosły zawsze ma pierwszeństwo, aby zjeść te słodycze
– opowiadał mjr Dederko.
Podporucznik Anna Michalska, pełniąca obowiązki rzecznik prasowa straży granicznej, podczas briefingu prasowego 6 października opowiadała, że imigranci inaczej zachowują się przed strażnikami, a inaczej na widok dziennikarzy – wtedy wołają o pomoc, robią smutne miny i pokazują na bezbronne dzieci. Większość z nich nie chce zostawać w Polsce, nie stara się o status uchodźcy w naszym kraju, często powtarza: „Azyl Berlin”. Gdy widzą kamerę, mówią co innego. Wtedy słychać: „Azyl Poland”.
Polska straż graniczna nagrała także zachowania białoruskich pograniczników, którzy kazali imigrantom pozować do zdjęć i pokazywać dzieci. Rodzice ochoczo wypełniali polecenia, bo dostali zapewnienie, że to im ułatwi przejście na Zachód. Białoruskie służby rozpowszechniły także „spoty reklamowe”, na których grupa śniadoskórych ludzi wesoło maszeruje przez las, dostając się bezpiecznie do Europy – tak zachęca się ludność, np. w północnym Iraku i Syrii, do skorzystania z oferty białoruskich przemytników. Dzieci są dodatkowym zabezpieczeniem, mają budzić litość opinii publicznej. To właśnie cyniczna gra Łukaszenki, imigrantów i niektórych polskich dziennikarzy z liberalnych mediów naraża te dzieci na niebezpieczeństwo.
Kto łyka prowokacje
Rosyjskie służby mają jedną z najbardziej cynicznych i profesjonalnych dezinformacji na świecie – świadomie prowokują tematykę związaną z dziećmi, a polska opozycja i jej media ochoczo je podchwytują. Nienawiść do PiS wielu odbiera rozum.
W połowie sierpnia Białoruska Agencja Telegraficzna opisywała przypadek niepełnosprawnego, którego rzekomo poturbowali polscy funkcjonariusze – ale historyjka nie wzbudziła zainteresowania po polskiej stronie. Ludzie Łukaszenki zastosowali kolejny scenariusz – opowieści o chorych i głodnych kobietach w Usnarzu Górnym. Te zostały już podchwycone w polskich mediach, ale nie przekonały opinii publicznej. Teraz ruszyła propaganda dotycząca dzieci.
Specjaliści od socjotechniki wiedzą, że opieka nad dzieckiem jest pierwotnym ludzkim instynktem, który łatwo aktywować. Amerykański psycholog społeczny Jonathan Haidt stwierdził w swoich badaniach, że myślenie w kategorii „troski i krzywdy” jest jednym z pięciu podstawowych fundamentów myślenia.
W skład fundamentu Troska może wchodzić moduł wykrywający cierpienie, moduł rozpoznający celowe wyrządzanie krzywdy, moduł, który wykrywa pokrewieństwo, wreszcie – moduł rozpoznający próby otaczania opieką lub pocieszania
– pisał naukowiec w pracy „Prawy umysł”. Wniosek jest prosty – gdy pokazujemy cierpienie niewinnych dzieci, nawet rozum i logiczne argumenty nie dają rady wyjaśnić sytuacji. Naiwność demokratycznych społeczeństw to dla tego typu prowokacji miękkie podbrzusze, o czym Rosjanie wiedzą od dawna.
W czasach zimnej wojny KGB wykorzystywał zdjęcia płaczących dzieci wszędzie tam, gdzie Ameryka próbowała powstrzymywać komunistów. Obrazki z zapłakanymi buziami robiły na czytelnikach takie wrażenie, że dyrektor amerykańskiej Centrali Wywiadu Richard Helms niektóre materiały ukrywał nawet przed prezydentem. Tym bardziej takimi fotografiami epatowali Sowieci – ich korespondenci wojenni publikowali wizerunki najmłodszych, nawet gdy sprawcą ich cierpienia byli oni sami, jak podczas operacji „Tet” w Wietnamie.
Kiedy Amerykanie ratowali świat przed komunizmem, schemat działania dezinformacji był podobny – KGB przekonywał, że US Army krzywdzi najsłabszych, rozpowszechniano nieprawdziwe informacje, a grupy antyrządowe w Stanach Zjednoczonych wywierały presję na rząd i służby mundurowe. W wyniku operacji CIA „Chaos” ustalono, że największą wiarę w fake newsy dawali ludzie o poglądach komunistycznych, sympatycy Związku Sowieckiego i ludzie powiązani z rosyjskimi instytucjami w USA.
Opowieści wyssane z palca
Rosyjskie służby potrafią wmówić społeczeństwu historie zupełnie nieprawdopodobne. Pod koniec lat 80. KGB wymyślił opowieść, w której USA miały w Ameryce Południowej porywać dzieci, by handlować ich organami. Gdy w 1988 r. sprawa pojawiła się w zachodniej prasie, do akcji wkroczyli prawnicy. Agenturalna organizacja Międzynarodowy Związek Prawników Demokratycznych z siedzibą w Brukseli wystosowała wiele apeli z zaniepokojeniem o losy najsłabszych. Artykuły w prasie ilustrowano zdjęciami dzieci, choć przecież taki proceder w ogóle nie miał miejsca. Eurodeputowana z Francuskiej Partii Komunistycznej Danielle de March domagała się podjęcia deklaracji potępiającej handel organami dziecięcymi. Bardzo to szlachetne, tylko że dotyczyło nieprawdziwych wydarzeń, podsycało histerię i przede wszystkim realizowało cele polityczne Kremla – osłabienie Ameryki i ocalenie ruchów komunistycznych w Ameryce Południowej.
Wydarzenia ostatnich tygodni odbywają się wedle identycznego schematu – opisy nieistniejących problemów (złe traktowanie przez służby), ilustrowane zdjęciami prawdziwych dzieci (wabionych czekoladkami), a potem próby podsycania społecznej histerii (protesty) i angażowanie zatroskanych prawników (którzy chcą załatwiać imigrantom status uchodźcy). O dziwo, okazuje się, że Polacy są na te kłamstwa względnie odporni. Co więc następnego wymyśli agentura wpływu?
Artykuł z 41/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
