Kłopot z patriotyzmem. "Przekonujący jak czekoladowy orzeł"Kłopot z patriotyzmem. "Przekonujący jak różowe okulary Tomasza Nałęcza i czekoladowy orzeł z czasów prezydentury Komorowskiego"

Dążenie liberalnych elit do redefinicji polskości – bez względu na ich intencje – osłabia nasze państwo i jest skutecznie rozgrywane za naszymi granicami.
Z patriotyzmem problem polega na tym, że albo traktuje się go poważnie, albo się go odrzuca. Nie da się go też rozciągnąć na całą Europę, bo nie ma czegoś takiego jak narodowość europejska. Można oczywiście zrozumieć, wręcz pochwalić postawę krytycznej troski o własny kraj, nie powinno to jednak oznaczać krytyki totalnej i odrzucenia własnej tożsamości. Dopóki nasze liberalne elity tego nie pojmą, dopóty będą – i słusznie – oskarżane o brak patriotyzmu.
Patriotyzm (łac. patria – ojczyzna, gr. patriotes) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęci ponoszenia za nią ofiar i gotowości do jej obrony. Patriotyzm to również umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury czy języka. Taka definicja pojawia się w internetowej Wikipedii po wrzuceniu do wyszukiwarki hasła „patriotyzm”. Jeśli przyjąć ją za obowiązującą i poprawną, a nie ma powodu, aby uważać inaczej, to wynika z tego, że z patriotyzmem mamy dziś w Polsce kłopot. Właściwie nie tyle my – jako cała zbiorowość Polaków – ile przynajmniej jej pewna część. Ta część, która polskości się wstydzi i uważa ją za obciążenie.
Najpewniej wynika to z naszej historii i położenia między dwoma znacznie silniejszymi sąsiadami: Niemcami i Rosją, które na przestrzeni wieków dążyły – niestety dość skutecznie – do zwasalizowania Polski. Brak własnego państwa lub – w zależności od epoki – jego słabość, podporządkowanie innym, zadziałały tu w dwojaki sposób: u jednych stworzyły podłoże pod postawy wojowniczego sprzeciwu, a wśród drugich wywołały rezygnację i kompleksy, prowadzące niekiedy do odrzucenia swojej tożsamości.
Dążenie do zmycia z siebie polskiego „piętna” objawia się najczęściej bezkrytycznym naśladownictwem cudzej, uważanej za lepszą, kultury i prowadzi do nadgorliwej służalczości wobec obcego suwerena. Widać to także w języku, w mówieniu o Polsce jako o „tym kraju” i o Polakach w trzeciej osobie. Można to porównać do postawy prezentowanej przez część ludzi z awansu społecznego, którzy uciekają od swoich korzeni i bezmyślnie łykają każdą brednię podsuniętą im przez elity, bo wydaje im się, że dzięki temu poprawią swój status i ukryją w ten sposób swoje „niskie” pochodzenie.
Trybik w cudzej maszynie
Ktoś powie, że nie ma nic złego w tym, że ludzie chcą podwyższać swój status. To prawda, pod warunkiem jednak, że nie prowadzi to do utraty samodzielnego myślenia. Pół biedy, jeśli dotyczy to zafascynowanego wielkim światem korporacyjnego leminga, spełniającego się w życiu dzięki zakupowi nowego modelu auta i mieszkania w apartamentowcu. On i tak jest niewiele znaczącym i niewiele rozumiejącym trybikiem w cudzej maszynie. Jeżeli jednak taka postawa – trybiku w cudzej maszynie – zaczyna dominować wśród opiniotwórczych elit: ludzi nauki, kultury czy polityków, to wówczas wkraczamy, jako państwo i społeczeństwo, na równię pochyłą. Bo oznacza to, że te elity są po prostu kiepskie i nie widzą we własnym pochodzeniu oraz we własnej kulturze niczego, co mogłoby mieć szczególną wartość. Są za to gotowe – niekoniecznie z materialnych powodów, choć i one często odgrywają tu rolę – do przyjmowania cudzych wzorców i ideologii, dzięki czemu zdołają – jak sądzą – doszlusować do postępowych europejskich salonów. Co więcej, w odróżnieniu od wspomnianego leminga robią to w pełni świadomie.
To m.in. stąd biorą się te wszystkie histeryczne nagonki na „populistyczny, pisowski reżim”, który prześladuje mniejszości seksualne oraz kobiety (czytaj: sprzeciwia się uznaniu związków homoseksualnych za małżeństwa oraz aborcji na życzenie), wysługuje się klerowi (czytaj: broni tradycyjnej kultury), nie otwiera szeroko granic przed imigrantami ani nie przeprasza za grzechy przeszłości (czytaj: broni Polski przed fałszywymi zarzutami udziału w Holokauście).
Liberalny mainstream, który trzęsie dziś Zachodem i do którego tak wzdychają nasze biedaelity, jest oparty na wyznaniu wiary, bo chyba tak to trzeba nazwać, we wszystkie progresywne przesądy: od genderyzmu i ideologii woke, poprzez ekofanatyzm, na wielokulturowości kończąc. Trzeba to połknąć w całości i niczego nie roztrząsać. Najlepiej w ogóle nie myśleć. Bo nie ma tu miejsca na żadne kulturowe odrębności czy narodową tożsamość, która jest tolerowana jedynie jako folklor (i to regionalny, broń Boże narodowy). Jakiekolwiek wątpliwości lub odwoływanie się do narodowych tradycji, poczucia dumy czy patriotyzmu jest więc traktowane jako nacjonalistyczna, faszystowska prowokacja zakłócająca marsz ku świetlanej przyszłości i jedności rodzaju ludzkiego.
Wystarczy spojrzeć na to, co się dzieje każdego roku w dniu Święta Niepodległości. To smutne, że ten dzień, zamiast być okazją do chwilowego rozejmu, staje się pretekstem do przepychanek i burd. Nic jednak dziwnego, skoro – wydawałoby się neutralna politycznie – kwestia patriotyzmu i niepodległości stała się przedmiotem ostrego, ideologicznego sporu wywołanego, co trzeba podkreślić, przez nasze, aspirujące do zachodniego mainstreamu i wstydzące się polskości liberalne elity.
Stopienie z Zachodem
Polskość, w rozumieniu liberalnych elit, powinna być czymś w rodzaju góralskiego kapelusza sprzedawanego na podhalańskich targach. Można go kupić, założyć na głowę do zdjęcia, a po powrocie do domu odłożyć do szafy lub wyrzucić do kosza. Ot, taka zabawna, niezobowiązująca pamiątka, której nikt przecież nie bierze na poważnie. Patriotyzm zaś – jeżeli już użyć tego pojęcia – powinien się opierać na modernizacji państwa, ale nie tylko w materialnym znaczeniu, lecz przede wszystkim kulturowym, tak aby definitywnie się wtopić w Zachód i zlikwidować w ten sposób dzielące nas odrębności. Dopiero wtedy – jak twierdzą liberałowie – wyzwolimy się z historycznej niemocy i staniemy się pełnoprawną częścią europejskiego społeczeństwa, co ma nam zapewnić pomyślność i bezpieczeństwo na wieki. Nasza tożsamość ma być „nowoczesna” europejska, a nie „zacofana” polska.
Dążenie liberalnych elit do redefinicji polskości – bez względu na ich intencje – osłabia nasze państwo i jest oczywiście znakomicie rozgrywane za naszymi granicami. Bo to nie jest tak, jak zdają się sugerować progresiści, że nasze wtopienie się w Zachód – oczywiście po wcześniejszej ekspiacji za wszystkie wyimaginowane grzechy oraz po intensywnym kursie bycia nowoczesnymi Europejczykami – automatycznie zniweluje dzielące nas różnice i podwyższy tym samym nasz status. Przecież to nie my rozdajemy karty w tej grze i to nie my mamy być jej beneficjentami. Czy ktokolwiek się spodziewa, że Niemcy, Francuzi czy Holendrzy dadzą się tak łatwo „stopić” z sobą? Przeciwnie, to my, „barbarzyńcy” z Europy Środkowo-Wschodniej, mamy być przez te narody „cywilizowani”, asymilowani i „stapiani”. A zatem jeśli ktokolwiek ma się wyłonić na końcu tej drogi, to nie tyle będzie nim Polak przekształcony w Europejczyka, ile raczej Polak zasymilowany przez inne narody.
My będziemy mieli swoje góralskie kapelusze, a oni swoją kulturę, język, literaturę oraz technologię. Łatwo dostrzec, kto będzie miał większe aktywa. Różnice między nami nie tylko się nie zmniejszą, lecz zamienią w trudną do pokonania przepaść. Wtedy bycie Polakiem rzeczywiście może się stać powodem poważnej frustracji. Ale może o to właśnie chodzi?
Postawa kujona
Na ten proces nakłada się jeszcze bieżąca gra polityczna. Głównym orężem opozycji w walce z rządem PiS jest wsparcie europejskich instytucji niemal w całości już zmonopolizowanych przez liberalny mainstream. Instytucje unijne od chwili zwycięstwa PiS w 2015 r. wspierały opozycję, ale początkowo unikały otwartego zaangażowania w wewnętrzne spory w Polsce. Dopiero naciski wywierane na unijnych polityków przez liderów opozycji oraz ich niezdolność do pokonania PiS w demokratycznych wyborach spowodowały, że Unia włączyła się do politycznej wojny w Polsce, nie bacząc na to, że w konsekwencji może to doprowadzić do osłabienia ciągle wysokiego poparcia Polaków dla członkostwa w UE. Być może dlatego, że kampania wojenna ma być krótka.
Wspólnym celem unijnych polityków oraz naszej opozycji jest doprowadzenie do jak najszybszej zmiany władzy w Polsce. Jak przyznał niedawno „Der Tagesspiegel”,
najłatwiejszym sposobem rozwiązania konfliktu z Polską byłaby przegrana PiS w kolejnych wyborach i dojście do władzy sił proeuropejskich
Sił proeuropejskich, a więc takich, które otwarcie podporządkowałyby się Unii, oczywiście w ramach „stapiania się” Polski z Zachodem. Politycznie oznaczałoby to w praktyce zwasalizowanie Polski przez Niemcy. Stawką obecnej walki o władzę w Polsce jest więc de facto przetrwanie polskiej tożsamości w jej dotychczasowym, tak znienawidzonym przez progresistów, wydaniu.
Skoro jednak ta obecna polskość nie jest – zdaniem liberalnych elit – warta obrony, to nie ma żadnego powodu, aby dla niej poświęcać własne przywileje lub kariery. Przeciwnie, jedynie postawa uległości lub – jak to się ładnie mówi – internalizacja cudzych wzorców jest najlepszą gwarancją zachowania wysokiej pozycji albo udanej wspinaczki w górę.
Pokaz takiej strategii dał nam niedawno były rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar, który podczas odbierania nagrody w Getyndze, posługując się cytatem z „Małego Księcia”, bez najmniejszego zażenowania porównał Polaków do „dzikiego zwierzęcia”, za które Niemcy powinni „wziąć odpowiedzialność”.
Polska kultura prawna i przemiany po 1989 r. zostały zainspirowane i były wspierane przez niemiecką myśl prawniczą – umizgiwał się zupełnie bez podstaw w faktach Bodnar. – Na tym opierało się konstruowanie w Polsce nowoczesnego państwa prawa, mechanizmów ochrony praw człowieka i demokracji. Na tym opieraliśmy naszą integrację europejską. Ale to powoduje – po stronie mentora – także szczególną odpowiedzialność. Jak w przypowieści z »Małego Księcia«. Jeśli oswoi się zwierzątko, to nie można go później porzucić
Zatem – jak można wyczytać ze słów Bodnara – Niemcy są naszym mentorem, a my zwierzątkiem lub uczniem, który powinien pilnie słuchać poleceń nauczyciela.
Oczywiście takie słowa są jak miód dla uszu Niemców, którzy dokładnie tak postrzegają swoją „cywilizacyjną” misję wobec wschodnich sąsiadów, i Bodnar o tym dobrze wie. Podobnie jak Donald Tusk, który wcześniej popisał się równie hołdowniczą przemową wobec CDU. A jeszcze wcześniej Radosław Sikorski, który jako minister spraw zagranicznych w rządzie PO-PSL nawoływał Niemcy do wzięcia większej odpowiedzialności za Europę.
Ktoś kiedyś zauważył (niestety, nie pamiętam kto), że postawa, jaką prezentuje Bodnar czy Tusk, nie jest – jak twierdzi część prawicowego elektoratu – postawą zdradziecką, lecz raczej postawą kujona, który bardzo chce zasłużyć na pochwały pani nauczycielki. Jednak niezależnie, jak to nazwać, jest to ewidentnie postawa bezwarunkowego podporządkowania, nieudolnie tylko zamaskowana kilkoma sloganami o europejskiej solidarności, jedności i praworządności.
Wiarygodny jak czekoladowy orzeł
Oczywiście opozycja, przynajmniej ta bardziej centrowa, ma z tym kłopot. Bo bardzo drażnią ją padające z prawej strony ciężkie porównania do targowicy. Próbuje więc przekonywać, chyba wyłącznie swoich zwolenników, że wszystko co robi, robi wyłącznie z troski o przyszłość Polski. To dlatego PO wyciągnęła ostatnio na forum publiczne atakującą PiS uczestniczkę powstania warszawskiego Wandę Traczyk-Stawską, po to aby odebrać prawicy, choć raczej bez większego powodzenia, monopol na patriotyzm. Także dlatego Donald Tusk opowiadał w Płońsku o znaku krzyża wykonywanym nad bochenkiem chleba. Wszystko to jednak jest równie przekonujące jak różowe okulary na nosie Tomasza Nałęcza i czekoladowy orzeł z czasów prezydentury Bronisława Komorowskiego.
Z patriotyzmem problem polega na tym, że albo traktuje się go poważnie, albo się go odrzuca. Nie da się go też rozciągnąć na całą Europę, bo nie ma czegoś takiego jak narodowość europejska. Można oczywiście zrozumieć, wręcz pochwalić postawę krytycznej troski o własny kraj, nie powinno to jednak oznaczać krytyki totalnej i odrzucenia własnej tożsamości. Dopóki nasze liberalne elity oraz związana z nimi część opozycji tego nie pojmą, dopóty będą – i słusznie – oskarżane o brak patriotyzmu.
Artykuł z 45/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
