"Jeśli powiem, on mnie zabije". Nowe ustalenia ws. Kołodziejczaka!"Jeśli powiem, on mnie zabije". Nowe ustalenia ws. Kołodziejczaka!

FacebookTwitter

Kolejne kobiety zdecydowały się opowiedzieć o przemocowych zachowaniach, których miał dopuszczać się wobec nich Michał Kołodziejczak, były wiceminister rolnictwa. O polityku w rozmowie z Kanałem Zero wypowiadają się także jego były przełożony Czesław Siekierski oraz prezes OPZZ Sławomir Izdebski. Jedna z osób - i to jest kobieta - usłyszała od pana Michała Kołodziejczaka, że jeśli nie wykona jego polecenia, to przełoży ją przez kolano i będzie bił ją po gołej pupie”. Była współpracownica twierdziła, że polityk miał zostawić bez opieki dzieci, aby zażyć narkotyki.

Prokuratura wczoraj poinformowała, że zajmie się sprawą aktów przemocy, które zarzucają posłowi Michałowi Kołodziejczakowi jego byłe współpracownice. Polityk, który wszedł do Sejmu dzięki osobistemu wstawiennictwu premiera Donalda Tuska, wezwał na pomoc detektywa celebrytę Krzysztofa Rutkowskiego. Tymczasem Monika Krześniak z Kanału Zero dotarła do kolejnych kobiet, które czują się pokrzywdzone przez byłego sekretarza stanu w resorcie rolnictwa.

"Słyszałam, że jeśli powiem, on mnie zabije"

Jedna z rozmówczyń wspomina, że pierwszy kontakt z Kołodziejczakiem miała za pośrednictwem Instagrama, gdzie napisała do polityka, czy będzie angażował się w sprawę protestów w obronie Palestyny. W odpowiedzi poprosił o przyjście do biura.

Pierwsze spotkanie – profesjonalnie. Było w porządku, był uprzejmy i właśnie powiedział mi, że szuka kogoś do pracy. Ja rzeczywiście znalazłam w Internecie o szukaniu właśnie asystentki dla niego, takiej prawej ręki, żeby tam ogarniać wszystkie terminarze, jeździć z nim. I umówiliśmy się na drugą rozmowę o pracę i zaczęliśmy współpracować

- relacjonowała kobieta.

Do jej obowiązków, jak wyjaśniła, należały właśnie wspólne wyjazdy w teren z posłem, pilnowanie terminarza, dbanie o biuro, ale również prowadzenie kont w social mediach czy przygotowanie filmików i rolek na Instagram, a jej kontakt z Michałem Kołodziejczakiem był niemal codzienny.

Na początku nie miałam żadnych zastrzeżeń, był miły, pomocny. Natomiast były pojedyncze sytuacje, gdzie widziałam, że jest trochę podenerwowany. Była jakaś sytuacja, że przez telefon powiedział mi, że jeżeli nie jestem sobie w stanie poradzić z czymś takim, to może powinnam pracować na taśmie. I trochę się tym zdenerwowałam i napisałam mu to w wiadomości, natomiast nie było w tamtym momencie żadnej jakiejś takiej stricte agresji. Ale z czasem też przestawałam dopytywać, jeżeli miałam jakieś pytania, bo nie chciałam, żeby znowu się czymś tam podenerwował, bo właśnie zauważyłam, że jest w stanie rzucić czymś niemiłym. Z drugiej strony, była sytuacja, kiedy potrzebowałam pomocy od niego i tej pomocy mi użyczył.

- wspomina była współpracownica.

Relacja z czasem zaczęła stawać się coraz bliższa. Kobieta tłumaczy, że znalazła się w trudnej sytuacji życiowej, potrzebowała wsparcia i szukała go u Kołodziejczaka. W pewnym momencie między politykiem a pracownicą doszło do stosunku seksualnego.

I właśnie podczas tego stosunku usłyszałam, że jeżeli komukolwiek powiem, to mnie zabije

- wskazała.

Wydaje mi się, że kokainę przyjmowałam z nim tylko raz i właśnie po kilku godzinach od przyjmowania doszło do tego stosunku. No i właśnie podczas stosunku dostałam tę groźbę. I też, co było dziwne, bo kwestie umowy o pracę i jakiejś takiej rzeczywiście wspólnej pracy dalej nie były dogadane. On natomiast chciał, żebym się z nim, że tak powiem, handlowała, ile ja chcę zarabiać

- mówiła.

Kobieta zaznaczyła, że tylko raz przyjmowała wraz z posłem narkotyki, ale Michał Kołodziejczak zażywał w jej towarzystwie kokainę, co „parę razy się zdarzyło”.

Miałam klucze do biura. Przychodziłam do tego biura też, żeby się pouczyć i jakby przy okazji tam nie wiem, posprzątać w tym biurze, i była taka sytuacja, że miał w mieszkaniu swoje dzieci, którymi się opiekował. Z tego, co wiem, dziewczynka jest w wieku szkolnym, chłopiec ma może z cztery lata. W pewnym momencie zostawił je same w tym mieszkaniu, zszedł do mnie, bo jest to ten sam budynek. Przyjmował przy mnie kokainę no i potem jakby wrócił do tych dzieci i jakby ja mu pisałam o tym, że bardzo chcę porozmawiać, bo bardzo źle się z tym czuję, że w ogóle miała miejsce taka sytuacja i że nie chcę, aby on w ogóle miał takie rzeczy w domu, kiedy opiekuje się swoimi dziećmi. I to było dla mnie takie przegięcie i on oczywiście mówił, że żałuje, że on już tak nie będzie więcej robił

- podkreślała.

Miał również zachęcać, aby – chcąc „coś załatwić”, czyli w tym przypadku: kupić narkotyki – zwracała się do niego, bo „na mieście to jest syf i nie wiadomo co, a on ma dobre źródło”. Przyznała, że „nie ma pojęcia”, kto dostarczał Michałowi Kołodziejczakowi substancje psychoaktywne.

Zastraszał, ćpał i popadał w paranoję?

Kolejna rozmówczyni wspominała, że poseł najpierw sprawiał wrażenie „osoby konkretnej, uporządkowanej, zdeterminowanej w dążeniu do realizacji swoich celów, człowieka czynu”.

Natomiast z czasem zaczął pokazywać swoją inną twarz: apodyktycznego furiata, control freaka, powiedziałabym nawet: osoby nieobliczalnej. Byłam uczestnikiem lub świadkiem wielu sytuacji, w których ujawnił to inne oblicze. Bywało tak, że zlecał przygotowanie dokumentów na piśmie, natomiast po dostarczeniu wyczerpującego raportu stwierdzał, że oczekiwał ustnego zreferowania tematu. Oczekiwał na przykład pełnej dyspozycyjności od osób które miały określone umową warunki i czas pracy, wydzwaniał wieczorami lub w weekendy, żeby dopytać o jakieś rzekomo pilne sprawy, żądał na przykład od pracowników wykonywania zadań będących poza ich kompetencjami lub niemożliwymi do realizacji ze względów prawnych. Zlecał też zadania poniżej kompetencji a także z załatwianie prywatnych spraw, którym nadawał wysoki priorytet ,natomiast skonfrontowany z tym twierdził że niczego takiego nie oczekiwał

- mówiła.

Polityk sprawiał wrażenie człowieka o dobrych manierach, jednak w rzeczywistości, według byłych współpracownic, nie miał szacunku dla pracujących dla niego osób.

Pomiatał ludźmi od szeregowych pracowników po osoby na kierowniczych stanowiskach. Na przykład pilnie wzywał do siebie, a następnie kazał czekać długo na korytarzu, żeby znały swoje miejsce w szeregu. Odwoływał spotkania czy wydarzenia w ostatniej chwili, bez wyraźnego powodu lub wręcz na złość, mając świadomość, jaki wysiłek organizacyjny został włożony w organizację takiego spotkania. Miał też dużo takich zachowań paranoicznych na przykład obsesje na punkcie bycia podsłuchiwanym, i często prowadził rozmowy w taki sposób, jakby obawiał się że jest nagrywane

- podkreśliła rozmówczyni Kanału Zero.

Swoich pracowników Kołodziejczak, w pozornie neutralnych, koleżeńskich rozmowach, miał wypytywać o życie prywatne, a później – wykorzystywać informacje przeciwko nim.

Myślę, że w ministerstwie wiedziało o tym bardzo wiele osób, dlatego, że powszechnie słyszałam historie od działaczy społecznych, od pracowników ministerstwa, że jest coś nie tak. Przede wszystkim znałam historię z wewnątrz o tym że współpracownik Michała Kołodziejczaka zastraszał urzędniczkę. Następnie zabrano jemu departament spod opieki i o tym informował sam minister w kuluarowych rozmowach, ale oprócz tego też słyszałam informacje, że się bardzo dziwnie zachowywał, że w ministerstwie ktoś nakrył Michała Kołodziejczaka na tym, że spożywał narkotyki i o tym słyszałam z kilku źródeł tak naprawdę, słyszałam to od dziennikarzy, słyszałam to od rolników, mówiło się o tym. (...) Powszechnie mówiło się o tym, że nie chciał, żeby nawet osoby sprzątające wchodziły do jego gabinetu

- wspominała.

"To jest potwór"

O tę sprawę pytano także byłego ministra rolnictwa Czesława Siekierskiego, ówczesnego przełożonego Kołodziejczaka.

Ja nie znam, na ile te informacje były rzeczywiste, czy one były w taki sposób sformułowane, jak były prowadzone te rozmowy pana ministra i tego departamentu, ale tam były też problemy związane z różnicą, jeśli chodzi o o sposób rozwiązywania niektórych problemów. stąd na pewien okres ja przejąłem nadzór nad tym departamentem bezpośrednio, aby no ograniczyć czy w jakiś sposób poprawić tę współpracę

- podkreślił.

Siekierski został skonfrontowany także z informacjami, jakoby Kołodziejczak sprawdzał pracownikom komputery czy traktować ich w nieodpowiedni sposób.

Te informacje, one się pojawiały, ale kiedy prosiłem o ich sformalizowanie czy w formie przekazu takiego bezpośredniego czy pisemnego, to no pracownicy nie byli chętni, mieli pewne obawy. W związku z tym nie chciałem w jakiś sposób wymuszać tego formalnego zgłoszenia

- odpowiedział.

Z kolei prezes OPZZ Sławomir Izdebski przyznał, że doniesienia o niewłaściwych zachowaniach Kołodziejczaka docierały do niego już wcześniej.

Ten problem nie dotyczy tylko i wyłącznie tych dwóch pań. Dostałem telefon anonimowy od jakiejś pani z AgroUnii, która mi powiedziała: powiem panu w sekrecie, że Michał przed każdym protestem - jak to określiła - wciąga noskiem i dopiero wychodzi na protest i dlatego tak się zachowuje.

- podkreślił.

Izdebski skupiał się jednak bardziej na tym, co poseł „wyrabiał w Ministerstwie Rolnictwa”.

Oczywiście, wszedłem w posiadanie wiedzy, no co prawda ustnej, ale w posiadanie wiedzy, która pokazywała, jakim barbarzyństwem wykazywał się Michał Kołodziejczak w odniesieniu do swoich podwładnych, szczególnie do kobiet

-wskazał, informując, że złożył wczoraj w ministerstwie wniosek o udzielenie informacji w trybie stosownej ustawy, czy prawdą jest, że Michał Kołodziejczak zachowywał się w sposób niewłaściwy.

W materiale wielokrotnie pojawia się imię współpracownika posła – Juliusza - który również miał terroryzować pracowników. Kołodziejczak i mężczyzna wymieniony tylko z imienia mieli m.in. zastraszać pracowników, mówiąc, że doskonale wiedzą, „gdzie pracuje ich rodzina”, do jakich szkół czy przedszkoli chodzą dzieci czy gdzie rodzina była na wakacjach.

Jedna z osób, i to jest kobieta, usłyszała od pana Michała Kołodziejczaka, że jeśli nie wykona jego polecenia, to przełoży ją przez kolano i będzie bił ją po gołej pupie. Swoim pracownikom na służbowych spotkaniach zalecał oglądać film „Milioner” w reżyserii Sylwestra Szyszko, ponieważ, jak to twierdził pan Kołodziejczak, ten film jest właśnie o nim samym. Jako sekretarz stanu stał na korytarzu ze stoperem w ręku i sprawdzał co do sekundy, czy ktoś przybył punktualnie na spotkanie. W swoim gabinecie na szafce miał zdjęcie z premierem Tuskiem i wszystkim pracownikom wchodzącym do jego gabinetu mówił, pokazując, że jest jego wybrańcem, czyli wybrańcem premiera Tuska. Czasami przy pracownikach zmieniał skarpety

- wyliczał Izdebski.

Miał również mówić pracownikom – w obecności pana Juliusza – że wie, co trzymają w szafkach czy szufladach oraz o czym rozmawiają w swoich pokojach.

Prezes OPZZ nie przebierał w słowach na temat Michała Kołodziejczaka.

Taki człowiek to jest potwór, który poniża swoich podwładnych, straszy

- powiedział.

Czy Kołodziejczakowi nie pomoże już nawet detektyw Rutkowski?

jj/źr. wPolityce.pl, za: Kanał Zero

 

FacebookTwitter

Czekamy na Wasze maile z uwagami i komentarzami: [email protected]. Dołącz do naszej społeczności, wykup dostęp do STREFY PREMIUM. Subskrybuj
To najlepsza forma wsparcia naszych mediów.

Redaktor Naczelny:
Łukasz Wróblewski
Zespół:
Joanna Jaszczuk, Adam Kacprzak, Tomasz Karpowicz, Robert Knap, Adam Stankiewicz, Kamil Kwiatek, Natalia Wierzbicka, Adrian Siwek, Adam Bąkowski, Sławomir Cedzyński.
Autorzy:
Wojciech Biedroń, Jacek Karnowski, Marzena Nykiel, Goran Andrijanić, Marek Budzisz, Jerzy Jachowicz, Grzegorz Górny, Aleksandra Jakubowska, Stanisław Janecki, Dorota Łosiewicz, Dariusz Matuszak, Andrzej Potocki, Marek Pyza, Aleksandra Rybińska, Marcin Wikło, Piotr Gursztyn, Jerzy Szmit.