Huczny jubileusz dla zdrowia demokracjiHuczny jubileusz dla zdrowia demokracji. "Trzy zarzuty, które padły pod adresem polityków uczestniczących w urodzinach Mazurka"

Żądanie wzajemnej izolacji zarówno w gmachu Sejmu, jak i gdziekolwiek poza nim ludzi walczących z sobą nawzajem w polityce uderza w sam sens parlamentaryzmu.
Żądanie wzajemnej izolacji zarówno w gmachu Sejmu, jak i gdziekolwiek poza nim ludzi walczących z sobą nawzajem w polityce uderza w sam sens parlamentaryzmu.
Nie pamiętam, aby w najnowszych dziejach polskiej demokracji czyjeś urodziny zyskały aż taki rozgłos i posiały aż tyle politycznego zamętu. Dziennikarz Robert Mazurek zyskał dzięki nim bez wątpienia status czołowego celebryty, a choć musi się teraz trochę tłumaczyć, to i tak przecież jego medialna sława, a zarazem rynkowa cena, wzrośnie w efekcie całego skandalu. Co prawda, Mazurek zapewne ani nie zaplanował tak burzliwego finału swojego jubileuszu, ani nie mógł przewidzieć, ilu ludzi wpadnie w tarapaty z racji przyjęcia jego zaproszenia. A już zwłaszcza nie mógł sobie z góry wyobrazić, iż jego urodziny dadzą kolejną okazję znanemu z „krwiożerczości” liderowi Platformy do rozprawy, czy to z prawdziwymi, czy to z urojonymi ( jak to u Tuska) partyjnymi wrogami wewnętrznymi.
Tego wszystkiego – powtórzmy – dziennikarz nie mógł ani zaplanować, ani przewidzieć. Co jednak nie zmienia faktu, że celebrycki rozmach tych urodzin, o których Mazurek obwieszczał od kilku dni, m.in. na antenie radiowej (korzystając z okazji wywiadu z Szewachem Weissem), był jego najzupełniej rozmyślną intencją. Świadomy zaś plan nadania imprezie posmaku warszawsko-elitarnego „szpanu” został tu zrealizowany konsekwentnie i z sukcesem. Bez tego klimatu cała rzecz ani nie nabrałaby atmosfery skandalu, ani też nie stałaby się obiektem zainteresowania tabloidu, który ów skandal z premedytacją wywołał, dla własnych zysków finansowych. Warto zawsze pamiętać, że jak kto pozuje na światek „political-show businessu”, to zawsze może za to zapłacić nieprzewidzianym znalezieniem się w centrum tabloidalno-facebookowego skandaliku.
Trzy zarzuty
Jednak z tego tylko powodu cała sprawa nie byłaby warta uwagi. Chodzi jednak o to, że przy tej okazji postawiono publicznie bardzo mocno kilka tez dotyczących materii bynajmniej ani nie śmiesznej, ani tym bardziej nie błahej, bo dotykającej kwestii w demokracji absolutnie pierwszorzędnej: standardów życia publicznego. Tez, które dodajmy, są nie tylko nieoczywiste, lecz czasem przynajmniej jawnie nonsensowne, albo też ujawniają słabe rozumienie sensu i natury obyczajów demokratycznej polityki.
Kluczowe są tu trzy zarzuty, które padły pod adresem polityków uczestniczących w urodzinach Mazurka. Wedle pierwszego (forsowanego zwłaszcza przez tabloidy, lubujące się w tego rodzaju „demaskacjach”) – owi politycy dopuszczają się butnego i „wielkopańskiego” lekceważenia obowiązków pracowniczych, które egzekwowane są wobec każdego normalnego człowieka, ale nie wobec rozwydrzonej elity. A to dlatego, że zamiast siedzieć w Sejmie, gdzie szef NIK Banaś opowiada właśnie o „zbrodniach Kaczyńskiego” z okresu niedoszłych wyborów kopertowych, to zabawiają się na hucznych urodzinach dziennikarza celebryty. Zarzut drugi dotyczy kolizji zawodowej etyki dziennikarzy i polityków. Głosi on, iż tym grupom zawodowym nie wolno utrzymywać relacji pozasłużbowych, a już zwłaszcza rozrywkowo-towarzyskich, gdyż grozi to koteryjnymi powiązaniami polityczno-medialnymi, a w efekcie upadkiem bezstronności publicystów i analityków politycznych, ze szkodą dla opinii publicznej. W końcu zarzut trzeci (ten podchwycony przez lidera PO) ma bodaj najcięższy kaliber, bo dotyczy tego, czym w ogóle są instytucje demokratyczne, a zwłaszcza parlament. Głosi on, iż politykom, którzy toczą konflikt o władzę na trybunie sejmowej i w mediach, nie wolno poza widokiem publicznym spotykać się przy innych okazjach, a już zwłaszcza nie wolno, pod żadnym pozorem, rozmawiać albo pić wina czy wódki na tej samej imprezie towarzyskiej. Musimy pokrótce przyjrzeć się teraz każdemu z tych zarzutów.
Zarzut nr 1
Obrazki „pustej sali sejmowej” w mediach są tak stare jak współczesna demokracja. A sam dobrze pamiętam, jak byłem w dawnych latach (gdy parałem się czynną polityką) niemal ustawicznie o to przepytywany, zwłaszcza przez tych mniej rozgarniętych dziennikarzy, którym nie bardzo przychodziło do głowy jakieś inne, bardziej wyrafinowane myślowo pytanie. Odkąd zaś pojawiły się tabloidy, stał się to taki żelazny punkt schlebiających ludowi ataków na parlament i parlamentarzystów. Najgorzej, że ów tabloidalny obrazek tak dalece zastraszył posłów, że dość nagminnie (także w przypadku urodzin Mazurka) zaczynają jawnie kłamać na temat tego, co robią, gdy ich nie ma na sali sejmowej. I to dopiero jest ich prawdziwą i dość żałosną (trzeba przyznać) kompromitacją.
Tym zatem, którzy nie są posłami i nie muszą znać obyczajowości parlamentarnej, warto nieustannie wyjaśniać, że nonsensem jest oczekiwanie od posła bezmyślnego siedzenia na sali sejmowej, czasem dłużej nawet niźli pół doby bez przerwy. Od czasu, gdy parlamenty wielu krajów (w tym także polski Sejm od 1989 r.) przestały obradować sesyjnie, a stały się tzw. parlamentami nieustającymi, stała fizyczna obecność posłów na sali ani nie jest potrzebna, ani nie jest pożyteczna, ani nie jest wymogiem etyki zawodowej. Poseł ma być na sali wtedy, gdy Sejm podejmuje decyzje przez głosowania, a także wtedy, gdy rozpatrywane są kwestie, w których ma obowiązek zająć stanowisko i zabrać głos. To, co robi poza tym czasem, jest kwestią jego osobistego poczucia obowiązku i dyscypliny klubów partyjnych.
Może agitować na rzecz swojej partii w terenie, może załatwiać sprawy swego okręgu wyborczego, może być na obiedzie, na premierze teatralnej albo (zwłaszcza wieczorem) na imieninach Mazurka, czy też na dowolnym innym raucie dyplomatycznym, czy spotkaniu poufnym. Tam wszędzie bowiem też toczy się polityka, a z punktu widzenia pożytku z posła jego tam obecność może być o wiele bardziej wartościowa.
Zestawianie pracy parlamentarzysty z zawodami wymagającymi stałej obecności przy biurku albo w hali fabrycznej jest częstym błędem, gdyż poseł to typowy „wolny zawód”. I liczą się efekty jego pracy dla kraju, a nie godziny spędzone na krześle sejmowym.
Zapewne tabloidy nigdy nie przyjmą do wiadomości tej prawdy, ale przynajmniej czytelnicy winni być odporni na takie mieszanie ludziom w głowach. Co więcej – warto pamiętać, że tzw. puste sale parlamentów to zjawisko powszechne, od Kongresu USA, aż po Parlament Europejski. I nie ma powodu oczekiwać, by polski Sejm był tu jakimś wyjątkowym dziwolągiem.
Zarzut nr 2
Zarzut drugi jest poważniejszy, gdyż dotyczy realnego w życiu publicznym niebezpieczeństwa koterii. Zblatowanie polityków i dziennikarzy istotnie stwarza takie ryzyko, zwłaszcza po stronie mediów. A w swoistym świecie idealnym dziennikarz, który akurat zna się dobrze prywatnie z politykiem i popija z nim wino czy wódkę, winien tym bardziej się pilnować, aby nie popaść w stan politycznej zależności. Piszę z premedytacją o „świecie idealnym”, bo każdy przecież wie, że relacja mediów i polityki, z jaką mamy do czynienia w dzisiejszej polskiej rzeczywistości, nie ma z takim idealnym modelem nic wspólnego. Rynek polskich mediów powrócił bowiem do stanu z czasów II Rzeczypospolitej, gdy gazety były po prostu otwarcie partyjne, a nawet z reguły reprezentowały najbardziej walczące i zajadłe skrzydła partii politycznych. Inną kwestią jest to, czy taki stan rzeczy jest dobry dla życia publicznego; mnie – przyznam – ciągle marzyłby się model mediów bezstronnych, gdyż takie są po prostu intelektualnie o wiele ciekawsze. Ale dzisiejszy polski model rynku mediów (i nie tylko polski, bo tak samo jest np. w Anglii czy USA) zakłada, iż telewizje informacyjne oraz gazety i tygodniki polityczne stanowią część systemu partyjnej propagandy i rywalizacji o władzę, a nie forum autentycznej debaty. Nie trzeba przecież tego precyzować, bo każdy wie, po czyjej stronie walczą każdego dnia TVP, TVN, „Wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Newsweek”, „Sieci” czy „Gazeta Polska”.
Jakie to ma znaczenie dla przypadku Mazurka? Bardzo istotne. Bo w sytuacji, gdy przygniatająca większość dziennikarzy to zagończycy formacji politycznych, tylko całkiem nieliczni, tacy właśnie jak Robert Mazurek, Piotr Zaremba, Robert Krasowski czy jeszcze paru innych, próbują podtrzymać „stary” model dziennikarstwa i publicystyki politycznej, która hołduje regule partyjnej bezstronności. To nie znaczy, że nie mają własnych poglądów politycznych, ale że nadal mają odwagę pisać o dobrych stronach tych partii, których nie wspierają, a także o złych stronach tych, na które sami głosują. Bliskie zaś znajomości z politykami z różnych obozów traktują jako sposób na pozyskanie (w interesie czytelnika) informacji, weryfikację własnych hipotez, sposób na wyjście poza świat prostych ideologicznych i partyjnych sloganów. Zaremba taki styl publicystyki robi na przykład z niesłychaną powagą i namaszczeniem, Mazurek – z nieustannym szyderstwem, sarkazmem i rozrywką.
Mniejsza o to. W kwestii urodzin kluczową bowiem rzeczą jest to, iż Mazurek jest weteranem polskiego dziennikarstwa politycznego, a o jego sposobie uprawiania tego zawodu wiemy już przez lata niemal wszystko. Sposób ten może być dla wielu irytujący, dla innych zabawny. Ale jedno jest pewne: to Mazurek umie wykorzystywać polityków do tego, by zaciekawić swoich czytelników czy słuchaczy radiowych polityką. Nie wykluczam zresztą, że ów celebrycki jubileusz wyprawił nie tylko dla trywialnej radości „szpanu”, lecz również dlatego, aby czegoś ciekawego się od polityków (i nie tylko od polityków) przy tej okazji wywiedzieć. Powiedzmy jasno: to nie tylko mieści się w klasycznych standardach dobrego dziennikarstwa. Ale nie ma tu również żadnego uchybienia zasadom etyki zawodowej polityków, którzy akceptują takie reguły gry z dziennikarzem, a co za tym idzie, także uczestnictwo w tego rodzaju imprezach towarzyskich. Dla jednych i dla drugich (to teza bardzo ważna) jest to w gruncie rzeczy nic innego jak część wykonywanej przez nich profesji.
Zarzut nr 3
Jak się zdaje, najpowszechniejsze i bardzo uczuciowe oburzenie sporej rzeszy ludzi wywołał zarzut trzeci, dotyczący nie tyle samego Mazurka, ile polityków przybyłych na jego urodziny. Można by ów zarzut sformułować w postaci takiego oto, lekko pobrzmiewającego purnonsensem, pytania: jakim prawem Budka, Dworczyk, Gliński, Kosiniak czy Neumann przyjmują zaproszenie Mazurka? I jakim prawem śmią tam nie tylko przyjść, lecz jeszcze rozmawiać z sobą i być może nawet popijać wino bądź wódkę? Przecież walczą z sobą o władzę, a co gorsza – wyzywają się w mediach i oskarżają nawzajem o złe intencje. No to przecież, jeśli kogoś zwalczam i obwiniam o niecne czyny, to nie wolno mi ani ukłonić mu się na ulicy, ani tym bardziej podać ręki, ani już z pewnością – o zgrozo – wypić z nim wódki. Tak jak między skonfliktowanym mężem i żoną: awantura albo ciche dni. Tertium non datur.
Pominę tu kwestię przeniesienia do polityki ludowego i niezbyt mądrego obyczaju gniewania się i nieodzywania się nawzajem. Nawiasem mówiąc, dopiero odkąd żyję na polskiej prowincji, sam zrozumiałem, jak bardzo jest on zakorzeniony w codziennym polskim życiu. Więc pewnie dlatego tak łatwo tabloidy zdobywają czytelników i poklask, pokazując tutaj rzekomą hipokryzję.
Ale rzecz dotyczy problemu absolutnie zasadniczego, czyli rozumienia samej istoty demokracji, a zwłaszcza parlamentaryzmu. Warto uświadomić sobie czasem ów prosty historyczny fakt, że europejskie parlamenty narodziły się przed wiekami właśnie po to, aby ludzi o radykalnie sprzecznych poglądach, interesach i korzeniach społecznych zmusić do wspólnego z sobą przebywania, ustawicznej rozmowy, a w efekcie – do szukania kompromisów i stanowienia praw. Tak więc żądanie wzajemnej izolacji zarówno w gmachu Sejmu, jak i gdziekolwiek poza nim ludzi walczących z sobą nawzajem w polityce uderza w sam sens parlamentaryzmu. I jest żądaniem, które – jeśli się głębiej zastanowić – ma zmusić parlamentarzystów, pod presją tabloidów i kształtowanej przez nie opinii, do wyrzeczenia się obyczaju, bez którego nie było, nie ma i nie będzie dobrego, służącego krajowi parlamentu.
Im więcej nieformalnych kontaktów polityków wrogich obozów – tym lepiej dla Polski. Im więcej takich Mazurków, którzy dają im po temu okazję – tym lepiej dla Polski. Im więcej lampek wina wypitych wspólnie przez platformersów i pisowców – tym lepiej dla Polski. A najlepiej by było, jakby od czasu do czasu wypili także coś razem Tusk i Kaczyński, tak zresztą jak swego czasu lider PO czynił to jeszcze z śp. prezydentem Lechem Kaczyńskim. I odwrotnie. Tym gorzej dla Polski, jeśli szef Platformy w imię partyjnego Ordnungu żąda od swoich podwładnych, aby pod żadnym pozorem nie nawiązali pozaformalnego kontaktu z jakimś pisowcem, bo ten to przecież to nic innego jak diabeł wcielony. Szef PO zawsze żywił obsesję, że ktoś w partii coś knuje poza jego plecami, i to ten strach stoi teraz za pomysłami karania polityków opozycji za obecność u Mazurka. Ale demokracja może dalej żyć tylko wtedy, jeśli całe życie publiczne toczy się jednocześnie w owych dwóch koniecznych wymiarach: oficjalnego konfliktu i nieoficjalnej rozmowy. Bez tej rozmowy demokracja – niestety – umiera.
Artykuł z 39/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
