Gowiniada. Ambicje byłego ministra w rządzie Tuska"Gowiniada. "Ambicje byłego ministra sprawiedliwości w rządzie Tuska o jakieś cztery długości wyprzedzają jego możliwości"

Warto pamiętać, że w tej rozgrywce nie chodzi o Gowina w jakiejkolwiek roli, tylko o to, żeby obóz rządzący miał co najmniej 232-mandatową większość.
Choć Jarosław Gowin chce tworzyć szeroką centroprawicę, opozycja ma dla niego tylko rolę destruktora i delatora obozu rządzącego.
Były wicepremier i minister rozwoju Jarosław Gowin planów i ambicji ma tyle, jakby kierował partią mającą 50 tys. członków, co najmniej 50 posłów w Sejmie i poparcie na poziomie 25 proc. Najnowszy i obecnie najważniejszy cel to usunięcie marszałek Sejmu Elżbiety Witek jako największej przeszkody w rozwaleniu projektu Zjednoczonej Prawicy (ZP). W deklaracjach kluczowy ma być „szeroki obóz centroprawicy”, którego budowę Gowin obwieścił w liście do członków Porozumienia z 17 sierpnia 2021 r. Poza listem ogłosił marszałek Witek właściwie przestępcą (za decyzję o reasumpcji głosowania), czyli znowu znalazł się bardzo blisko Donalda Tuska, który zarzucił Elżbiecie Witek przestępstwo kryminalne. I po usunięciu marszałek Witek widzi siebie w roli jej następcy, tyle że nowi koalicjanci (w koalicji zawiązywanej dla zmiany marszałka) uważają, iż nie ma dostatecznych atutów (głosów w Sejmie), które ma np. Władysław Kosiniak-Kamysz, nie wspominając o byłej kandydatce na prezydenta Małgorzacie Kidawie-Błońskiej.
Jarosław Gowin liczy na to, że nawet jeśli znowu znajdzie się w rządowej poczekalni, to i tym razem nie posiedzi w niej dłużej niż półtora roku. I zakłada, że nie będzie traktowany jak destruktor wszystkiego, w co się angażuje. Jak ktoś, kto gra wyłącznie na siebie, przed czym przestrzegano Jarosława Kaczyńskiego w 2014 r., wskazując, iż ambicje Gowina o jakieś cztery długości wyprzedzają jego możliwości. Dlatego całkiem serio Gowin uważa, że może być nie tylko marszałkiem Sejmu, ale i premierem po najbliższych wyborach. A w 2025 r. za skumulowane zasługi mógłby nawet być kandydatem całej opozycji na prezydenta Polski.
Teraz jednak postrzegany jest głównie jako destruktor ZP i najważniejszy pomocnik Donalda Tuska w przywróceniu tego, co już było, tylko w gorszej wersji. I za to obiektywnie pewnie jakieś nagrody by mu się należały. Pod warunkiem że plany udałoby się zrealizować.
Zabójczy koalicjant
Jarosław Gowin uważa, że to on, odchodząc z Platformy Obywatelskiej i z rządu Donalda Tuska (w maju 2013 r.) oraz tworząc partię Polska Razem, doprowadził w 2015 r. do porażki wyborczej ugrupowanie rządzące przez osiem lat. Teraz ma ambicje zakończyć kolejne rządy trwające dwie kadencje, choć optymalne byłoby skrócenie ich o co najmniej rok. Byli już współpracownicy Gowina widzą analogię między tym, co robi, a taktyką Jarosława Kalinowskiego, jako szefa Polskiego Stronnictwa Ludowego i wicepremiera w rządzie Leszka Millera po 2001 r., czyli bycia opozycją w gabinecie, który się współtworzy. I to taką opozycją, szczególnie w okresie poprzedzającym opuszczenie koalicji, z którą w żaden sposób nie można się porozumieć ani czegokolwiek uzgodnić. W SLD o takim koalicjancie mówiono wtedy „zabójczy” lub „boa dusiciel”. To dlatego premier Leszek Miller usunął Kalinowskiego i PSL z rządu, a pretekstem było głosowanie przeciwko rządowemu projektowi. Gowin jest jeszcze bardziej kłopotliwy od Kalinowskiego, choć na starcie miał ponad dwa razy mniej mandatów od niego (18 w stosunku do 42), a ostatecznie okazało się, że popiera go czworo posłów.
Jarosław Gowin chciałby samodzielnie kontynuować funkcjonowanie w polityce, ale na to jest za słaby. Tym bardziej że struktury terenowe partii cały czas, choć w różnym stopniu, są osłabiane na rzecz projektu Adama Bielana, czyli Partii Republikańskiej. Najpierw Gowin chciał się porozumieć z samorządowcami, głównie prezydentami dużych miast, którzy wcześniej orientowali się na Rafała Trzaskowskiego. Ale przejął ich Donald Tusk, więc w tym momencie nie opowiedzą się za Jarosławem Gowinem, najsłabszym z trójki aspirującej o samorządowy rząd dusz. Sam Trzaskowski podobno nie chciał się spotykać z Gowinem i rozmawiać o ewentualnej współpracy, także przeciwko Tuskowi jako wspólnemu przeciwnikowi.
Na stole jest wciąż oferta dla Gowina od Koalicji Polskiej, ale Władysław Kosiniak-Kamysz nie chce mu dać gwarancji na co najmniej 15 jedynek (na 41 okręgów) na listach wyborczych do Sejmu, co ma być warunkiem Gowina. Bardzo mało prawdopodobne jest porozumienie Gowina z Tuskiem, były szef Rady Europejskiej bowiem swego byłego ministra po 2013 r. znienawidził. Współpracownicy Gowina sądzą jednak, że Tusk może się z nim porozumieć na krótko, żeby zyskać sondażowo i zdyskontować obecność w swoim obozie tzw. insidera, posiadającego jakąś tajemną wiedzę na temat Prawa i Sprawiedliwości oraz Jarosława Kaczyńskiego.
Wobec opinii publicznej Jarosław Gowin przedstawia się jako wiarygodny, bo znający ZP, krytyk obozu rządzącego. Ale przede wszystkim chce wysadzić w powietrze fundamenty obecnych rządów, czyli sukcesy gospodarcze, oraz stan finansów państwa. Już opowiada, że budżet jest niewypłacalny, a finanse publiczne to ruina. I jeśli gabinet Mateusza Morawieckiego nie otrzyma unijnych środków, czemu także Gowin teraz kibicuje, nie uda się uzyskać pozytywnych efektów wdrażania kolejnych elementów Polskiego Ładu, a to miał być największy atut wyborczy PiS. Gowin liczy też na to, że rządowi nie uda się przeprowadzić zmian podatkowych powiększających dochody budżetu, więc i to będzie działać negatywnie w kampanii wyborczej. Propozycje podatkowe Polskiego Ładu przedstawia jako wyłącznie podwyżki, w dodatku rujnujące przedsiębiorców i klasę średnią, choć kilkanaście razy więcej podatników zyska, niż straci.
Liderzy PiS nie mają wątpliwości, że Jarosław Gowin postanowił atakować wszystkie atuty rządów, w których przez prawie sześć lat uczestniczył, bo to te atuty przekładały się na wyborcze poparcie – w 2019 r. rekordowe: 43,59 proc. (ponad 8 mln głosów) przy najwyższej w III RP frekwencji.
Jak Petru
Jarosław Gowin liczy na to, że jego Porozumienie przetrwa jako samodzielna partia przynajmniej do powołania jakiegoś szerszego bloku centroprawicy, niezależnie od tego, czy będzie nim już istniejąca Koalicja Polska, czy jakiś inna konstrukcja, np. montowana przez Donalda Tuska. Ale już nie jako centroprawica, lecz blok liberalno-demokratyczny z elementami konserwatywnymi. Tylko to już było w 2001 r. i nazywało się Platformą Obywatelską, mającą nawet całkiem konserwatywną deklarację ideową, choć traktowaną w późniejszych latach jako całkowita fikcja. Nieprzypadkowo w PO wstrzymano prace nad nową deklaracją ideową, gdy przymierzano się do obsadzenia Donalda Tuska w roli przewodniczącego. Tusk taką nową deklarację przygotuje, tylko że będzie ona jeszcze większą bujdą niż ta z 2001 r. Gowin to doskonale wie, tylko jemu to nie przeszkadza, bo wszelkie deklaracje ideowe uważa za fikcję, choć oficjalnie deklaruje coś wręcz przeciwnego. Jedynym celem Gowina jest bowiem utrzymanie się w politycznej grze, czyli zapewnienie sobie możliwości udziału w jakimkolwiek przyszłym rządzie, bo tylko to daje partii i jemu samemu przełożenie na media i trwanie w zbiorowej pamięci w roli sprawczego podmiotu polityki.
W opozycji jest dużo trudniej, tym bardziej gdy się jest po przejściach i po takim upuście krwi, jakiego doznało Porozumienie. Ale Gowin udaje, że wciąż jest ważnym graczem i bez niego opozycji nie uda się przejąć władzy. Liderzy tej opozycji przyznają, że bez Gowina nie uda się usunąć marszałek Elżbiety Witek, ale potem jego osoba i jego szable nie będą już do niczego potrzebne. Może więc skończyć tak jak Aleksander Hall czy Ryszard Petru – w politycznym niebycie.
Na miejsce Gowina i jego Porozumienia do koalicji rządzącej chce wejść Partia Republikańska Adama Bielana. Ale Jarosław Kaczyński stawia jej warunek, że w momencie podpisywania umowy będzie miała u siebie co najmniej pięciu uciekinierów od Gowina, którzy głosowali tak jak PiS w sprawie nowelizacji kpa i ustawy medialnej, oraz co najmniej dwoje z tych sześciorga posłów, którzy pozostali przy byłym wicepremierze. Bielan ma też wyciągnąć od Gowina większość samorządowców Porozumienia. Republikanie chcą ponoć dla siebie stanowiska wicepremiera i konstytucyjnego ministra, co koliduje z planami prezesa PiS, by ministrem został ktoś z Kukiz ’15.
Osobnym bytem jest była wicepremier Jadwiga Emilewicz, która chętnie wróciłaby na swoje stanowisko, tylko nie ma za sobą żadnych szabel. Ale chodzą słuchy, że pracuje nad tym, żeby coś wnieść w wianie. Gdyby przyniosła z sobą co najmniej trzy mandaty ludzi Gowina albo pięć z różnych klubów, weszłaby do rozgrywki, ale już raczej jako polityk PiS, a nie Partii Republikańskiej.
Warto pamiętać, że w tej rozgrywce nie chodzi o Gowina w jakiejkolwiek roli, tylko o to, żeby obóz rządzący miał co najmniej 232-mandatową większość i z tą większością dotrwał do wyborów jesienią 2023 r. Taka liczba pozwala oczywiście obronić marszałek Elżbietę Witek, więc im wcześniej się ukształtuje, tym lepiej.
Artykuł z 34/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
