Elektryfikacja. Nowa wersja komunizmuElektryfikacja. "Mamy do czynienia z nową wersją komunizmu: ustroju, nieumiejącego rozwiązać problemu, który sam tworzy"

Elektryczne samochody są drogie, ładują się długo, a po jednym „nabiciu” baterii można sobie najwyżej pojeździć trochę po mieście, bo nie starcza ono na wiele kilometrów.
Komunizm to władza radziecka plus elektryfikacja – miał stwierdzić Lenin. Dziś komunizm to przywileje dla gejów plus elektryfikacja. O ideologiach totalitarnych pisze się wiele, rzadziej o elektryfikacji.
Dla Sowietów elektryfikacja oznaczała rozwój zapóźnionego technologicznie państwa, za czym miało pójść podwyższenie poziomu życia społeczeństwa, co pozwoliłoby władzy radzieckiej na swobodne realizowanie swojej oszalałej ideologii.
Dziś elektryfikacja to immanentna część politpoprawności. Wszystko ma być elektryczne, bo inaczej Greta Thunberg się popłacze. A taka sytuacja nie tylko nie sprzyja zamożności obywateli. Elektryczne samochody są drogie, ładują się długo, a po jednym „nabiciu” baterii można sobie najwyżej pojeździć trochę po mieście, bo nie starcza ono na wiele kilometrów. Trudno byłoby znaleźć amatora na takie auto, rządy więc dopłacają.
Jak wiadomo, „nie ma darmowych obiadów”, więc owa dopłata pochodzi z pieniędzy, które rząd od nas pobiera. Samochód elektryczny nadal jest nieopłacalnym gadżetem, tyle że tę jego cechę władze państw przed nami starają się ukrywać.
Można tu dorzucić jeszcze fakt, że elektryczność wykorzystywana przez samochody nie bierze się znikąd. Gdzieś ją trzeba wyprodukować, co w sytuacji wielu krajów oznacza zwiększone spalanie węgla.
Ale skupmy się na państwach, które teoretycznie rezygnują z elektrowni węglowych. Teoretycznie, bo np. Niemcy otworzyły niedawno nową elektrownię (Datteln 4, w czerwcu roku 2020) i raz po raz muszą wznawiać pracę już „wygaszonych” siłowni (m.in. Heyden, zamknięta w styczniu roku 2021).
Otóż w przypadku elektrowni wiatrowych i słonecznych sytuacja jest podobna jak z samochodami. Ich tworzenie byłoby właściwie nieopłacalne, eksploatacja (biorąc pod uwagę częste usterki paneli) tak kosztowna, że działalność tego rodzaju „placówek” by się właścicielom zwracała po kilku dekadach ( jeśli w ogóle), gdyby nie… no właśnie, znów to samo, dopłaty rządowe – z naszych podatków.
Nie wykluczam, że kiedyś wszystko, co napisałem, będzie nieaktualne. Panele fotowoltaiczne i wiatraki będą tańsze i bardziej efektywne, a elektrycznym samochodem da się dojechać z Warszawy do Poznania i z powrotem, ładując potem baterie przez kwadrans. Ale na razie mamy do czynienia z nową wersją komunizmu: ustroju, nieumiejącego rozwiązać problemu, który sam tworzy.
Artykuł z 45/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
