Dlaczego PiS nie wygrało większości? Czy mogło wygrać?
Dlaczego PiS nie wygrało większości? Czy mogło wygrać? "Przechodząc do opozycji, nie warto tracić panowania nad sobą"

"Nikt nie miał recepty na zmianę tej sytuacji."
Każda partia, która nie osiąga założonych celów politycznych, musi temat swojej porażki - obiektywnej albo relatywnej - przepracować, przemyśleć, poddać analizie. To naturalne i potrzebne. Prawo i Sprawiedliwość też to czeka. W istocie ta debata już trwa.
Jednocześnie wewnątrz obozu padają głosy, czasem bardzo ostre, które są nie tyle diagnozą, co reakcją wprost emocjonalną, a może nawet histeryczną. To typowa „autoagresja”, skierowana w stronę prawicy i jej przywódców. To jak wyżywanie się na bliskich w obliczu porażki, która boli. Działanie najprostsze, i także zupełnie jałowe. Tym bardziej, że każdy „Wujek Dobra Rada” mógł wcześniej zdradzić swoją złotą receptę na sukces. Może pisali, może mówili, ale ja nie zauważyłem.
PiS próbowało w tej kampanii wszystkiego. Kampania pozytywna - o którą tak wielu dziś woła - toczyła się z wielką intensywnością wiosną i latem. Wydano dużo pieniędzy na sławetny „Ul Programowy”, po którym nastroje i notowania tąpnęły, a partii groziła śmieszność. Zapowiedziano podniesienie 800+, co podniosło poparcie dla Konfederacji do 15 procent, z perspektywą wzrostu do 20 proc.. Obsypano deszczem dotacji miasta, miasteczka i wsie, dostając w zamian narastającą falę irytacji. Do samego końca zdecydowana większość przekazu PiS była przekazem pozytywnym, a niemal wszyscy kandydaci w terenie skupiali się na promowaniu osiągnięć inwestycyjnych i finansowych rządów Zjednoczonej Prawicy. A w ciągu ostatnich dwóch tygodni również na poziomie centralnych powrócono do eksponowania sukcesów.
W istocie to kampania porównawcza, której elementy, zresztą wybiórczo i niekonsekwentnie, wprowadzono latem, uratowała Prawo i Sprawiedliwość przed „mijanką” z Koalicją Obywatelską. Gdyby nie bezprecedensowa fala mobilizacji drugiej strony, obejmująca także grupy nigdy wcześniej nie spolityzowane, wynik PiS byłby przyzwoity, a nawet dawałby szansę na utrzymanie władzy. Owa mobilizacja to zagadnienie na długą dyskusję, ale z pewnością dużą rolę odegrał w niej sektor NGOS, być może wsparty zewnętrznymi pieniędzmi. Nie była to operacja prowadzona przez sztab KO, to było coś znacznie większego.
O jednym pamiętajmy: Prawo i Sprawiedliwość tąpnęło w sondażach na przełomie lat 2020 i 2021, schodząc z wyników powyżej 40 proc. do wyników powyżej 30 proc. Te spadki utrwaliły kolejne problemy, przychodzące z zewnątrz: pandemia, wojna, inflacja. Teflon się skończył, zużywanie się władzy przyspieszyło. Ciągłe kryzysy utrudniały podjęcie środków zaradczych, czyli przede wszystkim przebudowę wizerunkową - na którą zawsze potrzeba czasu, liczonego w latach. Nikt nie miał recepty na zmianę tej sytuacji. Kampania pozytywna - nieuchronnie wpadająca w nieznośne tony samochwalstwa - powodowała jedynie pogorszenie sytuacji. Poza tym kogo PiS miało przekonać do swojej polityki faktami, to już przekonało. Z kolei zyski z nowych propozycji, w tym z owych kampanijnych „konkretów”, okazały się iluzoryczne. Mówiąc wprost: propozycje raczej drażniły wyborców, niż ich zachęcały.
Debata o przyczynach porażki jest także debatą nad przyszłym kursem Zjednoczonej Prawicy. Wymaga spokoju, a nie emocji i frustracji czy nawet agresji. W obliczu porażki, przechodząc do opozycji, nie warto tracić panowania nad sobą. W tych trudnych okolicznościach godność jest cenna, nie należy jej tracić bez naprawdę ważnego powodu.
CZYTAJ: Za rok abdykacja Tuska i nowa układanka rządowa. Koalicjanci Platformy już to wiedzą
