Broń jądrowa w Polsce? Czas zacząć działaćBroń jądrowa w Polsce? Czas zacząć działać. "Mamy już amerykańskie instalacje rakietowe mogące przenosić ładunki jądrowe"

W razie dalszej zwłoki Berlina w sprawie zakupu samolotów zdolnych do przenoszenia ładunków jądrowych Waszyngton może rozważyć przeniesienie ich do Polski.
Jeżeli w Niemczech wygrają zwolennicy denuklearyzacji kraju, to Polska, wobec agresywnej polityki Rosji, powinna sprowadzić nad Wisłę amerykańskie ładunki jądrowe. Dlaczego? Bo tylko one mogą zagwarantować nam bezpieczeństwo.
Ostatnie, przeprowadzone w 2017 r. przez rosyjskie i białoruskie siły zbrojne, ćwiczenia Zapad kończyły się symulowanym uderzeniem nuklearnym na cele przeciwnika. Zdaniem ekspertów, takich jak choćby doradzający w kwestiach bezpieczeństwa Joemu Bidenowi w czasie kampanii wyborczej Michèle Flournoy i Jim Townsend, jest to element rosyjskiej strategii określanej mianem „eskalacji celem deeskalacji”. Przewiduje on użycie ładunków jądrowych w czasie konfliktu zbrojnego po to, by pokazać przeciwnikowi, że Moskwa może posunąć się tak daleko, a w związku z tym nie warto przeciągać konfliktu i lepiej zawrzeć pokój na jej warunkach. Z tego też powodu Putin, oferując „europejską przestrzeń bezpieczeństwa”, dba o to, by rosyjska przewaga w zakresie głowic nuklearnych o charakterze niestrategicznym, czyli takich, które mogą razić cele w Europie, ale już nie dolecą do Ameryki, była przygniatająca.
Najwięksi optymiści z grona amerykańskich ekspertów są zdania, że w rosyjskich arsenałach jest obecnie 840–1000 głowic nuklearnych, które mogą być przenoszone na odległość do 500 km, natomiast pesymiści, że może ich być nawet 5,4 tys. Scenariusze gier wojennych przeprowadzanychprzez USA po konflikcie w Donbasie i aneksji Krymu zakładały, że Rosja dysponuje potencjałem 2 tys. głowic zamontowanych na niestrategicznych platformach ich przenoszenia. NATO może im przeciwstawić w najlepszym razie maksimum 500. To efekt ugruntowanego po rozpadzie ZSRR przekonania Stanów Zjednoczonych, że Europa nie jest zagrożona ze strony Rosji oraz że prawdopodobieństwo, iż stanie się teatrem działań wojennych, jest niewielkie, a w związku z tym nie ma sensu zwiększania potencjału odstraszania, w tym nuklearnego. Tylko że teraz żyjemy już w innych czasach, a problem europejskiego bezpieczeństwa nuklearnego sam się nie rozwiąże.
Zresztą światowy trend polega na tym, że wszystkie mocarstwa dysponujące ładunkami jądrowymi modernizują swoje arsenały i zwiększają liczbę głowic. Ostatnio o działaniach w tym kierunku poinformowała Wielka Brytania. Jak napisał Bo Ram Kwon, ekspert z Korea Institute for Defense Analyses (KIDA), o wejściu do grona mocarstw nuklearnych, w obliczu rysujących się zagrożeń, coraz głośniej mówi się w Seulu i Tokio.
Niemiecki problem
Paradoksalnie państwa kontynentalnej Europy, które nie dysponują własnym potencjałem nuklearnym, bo te, które są w innej sytuacji, jak choćby Francja, nawet nie myślą o rozbrojeniu, chcą podążać w zupełnie innym kierunku, tak jakby zagrożenie ze strony Rosji zniknęło. Głównym problemem są Niemcy, w których powyborczy układ sił może doprowadzić do decyzji o wycofaniu się z Nuclear Sharing, programu, który został w czasach zimnej wojny wdrożony po to, by państwa niebędące mocarstwami nuklearnymi, a należące do NATO, nie tylko cieszyły się z amerykańskiego parasola, ale by ich siły zbrojne były przygotowane do wspólnego z Amerykanami działania. Steven Pifer, ekspert w Brookings, wpływowym amerykańskim liberalnym think tanku, napisał nawet niedawno, że program ten przewiduje przekazanie przez Stany Zjednoczone do dyspozycji sojuszników w Europie ładunków jądrowych w razie konfliktu.
Mniej niż trzy tygodnie przed wyborami parlamentarnymi w Niemczech na prowadzeniu są nadal socjaldemokraci, a żadna z trzech głównych partii nie przekracza 25 proc. poparcia. Najpopularniejszym kandydatem na kanclerza jest uznawany za dość bezbarwnego technokratę Olaf Scholz z SPD. Nie przesadzając, jakim wynikiem skończą się wybory, już dziś można zaryzykować tezę, że nowa koalicja będzie się różniła dość znacznie od obecnie rządzącej. Nawet jeśli odrzucimy pogląd, że możliwa jest rewolucyjna zmiana, czyli odejście chadeków do opozycji i zbudowanie koalicji przez socjaldemokratów, Zielonych i FDP, to i tak niemiecką politykę czekają zmiany. Zresztą budowa nowego rządu może trwać długo. Skoro po poprzednich wyborach negocjowanie umowy koalicyjnej trwało sześć miesięcy, teraz, w nowych realiach, wcale nie musi być szybsze, a nowy kanclerz z pewnością będzie mieć słabszą pozycję niż ustępująca Merkel.
Innymi słowy, Niemcy wkroczą w czas politycznych turbulencji, kształtowania się nowych relacji między rządzącymi partiami i budowy spójnego programu nowego rządu. Nie wpłynie to pozytywnie na skłonność do podejmowania trudnych decyzji związanych choćby z obronnością, które niezależnie od fazy sezonu politycznego muszą zostać wprowadzone w życie. Chodzi w tym przypadku m.in. o kwestię dalszego udziału Niemiec w systemie Nuclear Sharing, będącym jednym z elementów amerykańskiego parasola nuklearnego nad Europą. Tobias Bunde, kierujący zespołem analitycznym Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, który co roku publikuje raport na temat głównych wyzwań stojących przed światem euroatlantyckim, napisał niedawno, że istnieje realne zagrożenie wyjścia Niemiec z tego programu, a politycy państw NATO nie są przygotowani na taki scenariusz. Co prawda, jak zauważył, na ostatnim szczycie paktu północnoatlantyckiego europejscy członkowie Sojuszu opowiedzieli się za utrzymaniem nuklearnego charakteru NATO, jednak wydarzenia mogą przyspieszyć, zaskakując elity strategiczne państw europejskich. Bunde zwraca również uwagę na to, że w świetle badań opinii publicznej 66 proc. Niemców opowiada się za całkowitą denuklearyzacją swego kraju, co z kolei skłania siły polityczne stojące na lewo od chadecji, aby wprowadzać tego rodzaju postulaty do swego programu.
Niemieccy Zieloni, na swej marcowej platformie wyborczej, opowiedzieli się za „nowoczesną Bundeswehrą”, odrzucili „arbitralny” pułap 2 proc. wydatków na cele wojskowe w relacji do PKB, zadeklarowali wolę odejścia od „przestarzałych doktryn powstrzymywania z czasów zimnej wojny” i postulują, aby ich ojczyzna była krajem „wolnym od broni atomowej”. Zwłaszcza ten ostatni zapis jest intrygujący, bo to za rządów przyszłej koalicji, której częścią raczej na pewno będą Zieloni, ma być przesądzona kwestia zakupu przez Luftwaffe samolotów F-18 Super Hornet, których posiadanie jest warunkiem uczestnictwa Niemiec w programie Nuclear Sharing. Dotychczas eksperci byli zdania, że gdyby Niemcami miał rządzić zielono-chadecki tandem, to ci pierwsi byliby skłonni do rozwiązań kompromisowych, ale nastawienie socjaldemokratów, którzy mogą objąć urząd kanclerza, jest jeszcze bardziej, w kwestii denuklearyzacji Niemiec, radykalne. Rolf Mützenich, kierujący frakcją socjaldemokratyczną w Bundestagu, powiedział w zeszłym roku w wywiadzie dla dziennika „Der Tagesspiegel”, że jego zdaniem amerykańskie bomby atomowe składowane na terytorium Niemiec nie zwiększają bezpieczeństwa kraju, ale na odwrót, powodują znaczne jego zmniejszenie. Po tym jak w Niemczech rozgorzała dyskusja na ten temat, napisał artykuł, w którym argumentował, że w istocie wpływ Berlina na amerykańskie decyzje w kwestiach nuklearnych jest iluzoryczny, a w czasach po pandemii COVID-19 wydatki na niepotrzebne, jego zdaniem, programy zbrojeniowe, powinny być cięte, a nie zwiększane. W opinii Mützenicha nie stałoby się nic złego, jeśli Niemcy odstąpiłyby od propozycji zakupu myśliwców F-18 Super Hornet (co oznacza faktyczne wyjście Berlina z wojskowej części programu), a pozostali jedynie w politycznym Komitecie Planowania Strategicznego. Stanowisko Mützenicha poparł wówczas współprzewodniczący niemieckiej socjaldemokracji Norbert Walter-Borjans, który powiedział, że jego opinia jest prosta: „Jestem przeciwnikiem stacjonowania broni atomowej w Niemczech, przeciw pełnomocnictwom, aby nią dysponować i tym bardziej przeciwko jej użyciu”.
Antynuklearne nastroje w Belgii, Holandii i we Włoszech
Jeśli Niemcy będą zwlekać z decyzjami niezbędnymi, aby przedłużyć ich uczestnictwo w programie Nuclear Sharing, to mogą, z racji swej pozycji w Europie, uruchomić efekt domina. Warto przypomnieć w tym kontekście, że w parlamencie belgijskim w styczniu 2020 r. głosowano rezolucję wzywającą Stany Zjednoczone do wycofania ładunków nuklearnych z bazy w Kleine-Brogel. Przepadła ona wówczas wynikiem 74 głosów przeciw wobec 66 za, ale w lutym tego roku sytuacja znacząco się zmieniła w obliczu podpisania przez pięć partii, po 500 dniach negocjacji, porozumienia przewidującego powołanie koalicji rządowej. Jednym z elementów porozumienia programowego jest nie tylko przyłączenie się Belgii do grupy państw popierających traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (TPNW), który przewiduje denuklearyzację państw sygnatariuszy, ale zajęcie aktywnej pozycji w tej sprawie i zorganizowanie w Brukseli kongresu państw opowiadających się za nuklearnym rozbrojeniem. Jak się wydaje, oczywiście o ile rządząca Belgią koalicja nie zmieni zdania, przyszłość amerykańskiej bazy, w której składowane są bomby jądrowe, jest przesądzona.
Rząd Holandii był dotąd przeciwny uczestnictwu kraju w TPNW, jednak nastawienie opinii publicznej w tej sprawie jest diametralnie odmienne. Z przeprowadzonych w styczniu tego roku badań wynika, że 78 proc. społeczeństwa chciałoby uczestnictwa Holandii w tym porozumieniu, co musiałoby doprowadzić do likwidacji bazy w Volkel, w której, według ostatnich danych, składowanych jest 20 amerykańskich ładunków nuklearnych. Rząd Holandii, mając świadomość stanu nastrojów społecznych, dotychczas nie ujawniał informacji ani na temat tego, że na terenie kraju w ogóle znajdują się ładunki nuklearne, ani tym bardziej ich liczby. Wydaje się jednak, że tego rodzaju polityka w najbliższej przyszłości, w związku z narastaniem nastrojów antyamerykańskich i pacyfistycznych w Europie, nie będzie mogła być kontynuowana.
W gruncie rzeczy bardzo podobnie wygląda nastawienie opinii publicznej we Włoszech, gdzie znajdują się dwie amerykańskie bazy (Aviano i Ghedi), w których, według dostępnych informacji, mają być umieszczone ładunki jądrowe. I tam liczba przeciwników amerykańskiej obecności nuklearnej kształtuje się na poziomie 80 proc. Nawet jeśli włoski rząd będzie kontynuował dotychczasową politykę w tym zakresie, powstaje pytanie, czy wobec zmian nastrojów w Niemczech i Belgii program Nuclear Sharing będzie kontynuowany przez Stany Zjednoczone? Tym bardziej że wiosną tego roku eksperci ujawnili, iż Waszyngton wycofał swoje ładunki jądrowe z tureckiej bazy İncirlik. Czy trwająca właśnie procedura Posture Review, oceny przydatności 700 amerykańskich baz wojskowych zlokalizowanych poza granicami kraju, nie skłoni Waszyngtonu, wobec niechęci państw i społeczeństw europejskich do partycypowania w programie, do decyzji o zwinięciu parasola nuklearnego nad Europą, a przynajmniej tej jego części, która obejmuje taktyczne ładunki jądrowe?
Strategia „stawiania na Niemcy”, jaką w sprawach transatlantyckich realizuje administracja Bidena, przynosi jak dotąd ograniczone efekty. Jak napisał na łamach „Financial Times” Edward Luce, między obecnym prezydentem Stanów Zjednoczonych a jego poprzednikiem różnice w kwestiach europejskich sprowadzają się „w gruncie rzeczy do retoryki”, a do starych podziałów dochodzą nowe. Niemcy nie mają zamiaru wycofywać się z rynku chińskiego, a ostatnia decyzja Komisji Europejskiej o nowych ograniczeniach komunikacyjnych dla Amerykanów jest lepszym miernikiem rzeczywistych intencji niż najbardziej kwieciste deklaracje.
Choć nie maleje presja wywierana przez Waszyngton na sojuszników, aby ci w większym stopniu odpowiadali za własne bezpieczeństwo (pieniądze), niewiele się zmienia. Może zatem dojść do sytuacji, kiedy Amerykanie, zmęczeni niezdecydowaniem Europejczyków i politycznym patem w Berlinie, ograniczą swoje zaangażowanie zarówno w program Nuclear Sharing, jak i szerzej, nuklearne gwarancje dla Europy. Gdyby tak się miało stać, to bezpieczeństwo Polski uległoby poważnemu osłabieniu, co już winno skłaniać nasz rząd do rozpoczęcia energicznej akcji.
Polska i Rumunia muszą zadbać o bezpieczeństwo
Tego rodzaju scenariusz, nawet jeśli uznać go za teoretyczny, wymusza działanie państw NATO, których bezpieczeństwo jest najbardziej zagrożone, czyli przede wszystkim, z racji potencjału, Polski i Rumunii. Zeszłoroczna wypowiedź ambasador Mosbacher, która zasugerowała, że w razie dalszej zwłoki Berlina w sprawie zakupu samolotów zdolnych do przenoszenia ładunków jądrowych Waszyngton może rozważyć przeniesienie ich do Polski, pokazuje, że przynajmniej w części amerykańskiej klasy politycznej idea rozszerzenia programu Nuclear Sharing o Polskę i Rumunię może być dobrze przyjęta.
John Bolton napisał niedawno na łamach „The Wall Street Journal”, że po Afganistanie administracja Bidena musi pokazać swoją stanowczość wobec Chin i Rosji, co powinno przyjąć kształt współpracy Stanów Zjednoczonych „z koalicjami subnatowskimi, głównie z Europy Środkowej i Wschodniej” po to, by powstrzymywać Rosję i tłumić agresywne instynkty Putina.
W Polsce są już amerykańskie instalacje rakietowe mogące przenosić ładunki jądrowe, a zakup F-35 da nam techniczne możliwości uczestnictwa w programie Nuclear Sharing. Czas na energiczną akcję polityczną zmierzającą do sprowadzenia nad Wisłę amerykańskich ładunków jądrowych
Artykuł z 36/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
