Berek mądry po szkodzieJerzy Jachowicz: Berek mądry po szkodzie

Oto historia człowieka, wybitnego prawnika, którego jak najbardziej szlachetne ambicje jak na razie spełzły na niczym.
Maciej Berek całe życie marzył, aby w roli sędziego Trybunału Konstytucyjnego rozstrzygać spory między szarym obywatelem a machiną administracyjną państwa, jeśli obywatel uzna, że państwo niezgodnie z konstytucją nadużywa wobec niego swoich uprawnień.
Zwrot „całe życie” ma charakter retoryczny. Bo tak naprawdę nie stało to się przecież w wieku przedszkolnym naszego bohatera. Maciej Berek po raz pierwszy pomyślał o tym, jakby to było fajnie być „kimś takim”, który decyduje, czy w szkole podstawowej matematyka musi być przedmiotem obowiązkowym. Miał wtedy już skończone dziesięć lat i był uczniem czwartej klasy. Wówczas właśnie – był to początek 1983 roku – Maciej Berek przypadkowo usłyszał w telewizji pogadankę o roli Trybunału Konstytucyjnego. Wcześniej było to zresztą po prostu niemożliwe z prostego powodu. Trybunał został powołany rok wcześniej z inicjatywy ówczesnego przywódcy państwa Wojciecha Jaruzelskiego, szefa komunistycznej partii w Polsce, podporządkowanej bolszewickiej Rosji. W tamtym czasie Trybunał Konstytucyjny był atrapą, potrzebną Jaruzelskiemu do formalnej akceptacji, bezprawnie wprowadzonego stanu wojennego.
Prawdziwe powody utworzenia takiej instytucji pozostawały, co zrozumiałe, poza świadomością młodziutkiego Maćka Berka. Trybunał w jego oczach budził całkowicie inne intencje. U wyróżniającego się ucznia, który zbierał wysokie oceny z większości przedmiotów, od początku jego edukacji kulała matematyka. Wyobrażał sobie, że jako sędzia Trybunału doprowadzi do tego, że to uczniowie będą wybierać sami, czy chcą się uczyć matematyki czy nie. Takie było w zamierzchłych czasach dzieciństwa Maciej Berka zarzewie chęci objęcia stanowiska sędziego Trybunału, zarysowane w ogromnym skrócie. I tak właściwie ten płomyk tlił się gdzieś na dnie świadomości Macieja Berka przez cały okres studiów prawniczych. A i późniejszego przebiegu rozwoju zawodowego, któremu towarzyszyło owocne wspinanie się na coraz wyższe szczeble kariery nie tylko prawniczej, ale i politycznej. Aż niespodziewanie ognik wybuchł pełnym, wszechogarniającym płomieniem ochoty wejścia w skład Trybunału Konstytucyjnego w wymarzonej „od kolebki” roli sędziego.
Już nie tylko chrust, zbierany w lesie, ale specjalne na opał potężne drewna podłożył Donald Tusk na rozżarzonym fundamencie, doprowadzając do wybrania Macieja Berka przez Sejm na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Stało się to mimo protestu wielu ważnych organizacji i fundacji, dbających o przestrzeganie podstawowych zasad praworządności, w tym litery konstytucji. Wszystkie one wskazywały na złamanie przez Donalda Tuska żelaznej reguły mówiącej, że sędzia Trybunału Konstytucyjnego musi mieć legitymację apolityczności. Z tego punktu widzenia Maciej Berek winien być zdyskwalifikowany na wstępie. Pozostający głuchy na te dyskredytujące opinie, Donald Tusk z pełnym i świadomym pogwałceniem tego wymogu, poszedł o krok dalej, zdobywając się na szczyt cynizmu. Powierzył bowiem Maciejowi Berkowi zarazem rolę demiurga, który swoją obecnością w Trybunale ma uczynić z tej instytucji sprawny i wiarygodny instrument państwa demokratycznego. Nie można przy tym zapomnieć, że czytając te pozornie podniosły i chwalebny zwrot „państwo demokratyczne”, w przypadku Donalda Tuska i jego rządu należy wprowadzić dwa założenia. Pierwsze, że będzie to „demokracja walcząca”. I drugie, że „praworządność będzie taka, jak my ją rozumiemy”.
Niezależnie od zarzutu o braku apolityczności niespodziewaną przeszkodą, która okazała się barierą nie do pokonania przez Macieja Berka, jest konieczność złożenia przez niego ślubowania przed prezydentem Polski. Bez aktu ślubowania przed obliczem prezydenta, cel staje się nieosiągalny. Powodem jest brak przez Macieja Berka wymogu formalnego, jakim jest 10-letni staż pracy jako radca prawny.
Maciej Berek, który prawdopodobnie nie wyobraża już sobie życia poza Trybunałem, od kilku tygodni biega po wszystkich mediach, sprzyjających obecnej władzy, w których próbuje przekonać, że jest idealnym człowiekiem, aby pełnić swoją misję jako sędzia Trybunału.
Jeśli idzie o zarzut bliskich związków z polityką, szczególnie w ostatnich latach, kiedy pełnił funkcję jednego z najbliższych współpracowników Donalda Tuska, twierdzi, iż od ogłoszenia jego nominacji przez Sejm, zerwał kontakty z obecnym premierem i ani mu w głowie w jakiejkolwiek sprawie z nim się kontaktować. Bo kłóciłoby się to z niezawisłością sędziowską. W tej sprawie jest nieprzejednany, trzeba mu to przyznać. Martwi mnie tylko, że ta godna pochwały postawa Macieja Berka może doprowadzić do depresji Donalda Tuska, przyzwyczajonego przez lata do stałej obecności w jego otoczeniu jednego z najważniejszych ministrów Kancelarii Premiera. Coraz częściej różne ważne osoby obecnej władzy – czasem Marcin Kierwiński, niekiedy Waldemar Żurek – napomykają o siłowym sposobie zainstalowania Maciej Berka w Trybunale Konstytucyjnym. Co ciekawe sam Maciej Berek między słowami, daje do zrozumienia, że na takie rozwiązanie gotowy byłby przystać.
Ta postawa nieco mnie niepokoi. Tym bardziej, że od samego początku, a więc od wyrażenia zgody Macieja Berka na spełnienie swojego pięknego marzenia, biorąc pod uwagę okoliczności, budzi zdziwienie. Tak biegły i zdolny prawnik mógłby mieć nieco szersze horyzonty, wychodzące poza polityczne manewry. A czy w obecnym stanie rzeczy nie widzi szkód, jakie już powstały. Planowane zamierzenia władzy mogą je tylko zwielokrotnić.
Czy naprawdę Maciej Berek wierzył w obietnice, że wejdzie do Trybunału na rozesłanym od bramy wejściowej czerwonym dywanie? Już wiadomo, że nie będzie scena z filmowego festiwalu. Jeśli już to raczej obraz z filmowego horroru politycznego, kiedy będzie wnoszony na tarczach antyterrorystycznej brygady rządowej. Same szkody.
