Dobre relacje Polski z Ukrainą zostały faktycznie zerwane nie w momencie, gdy Zełenski zaczął gloryfikować UPA czy blokować ekshumacje na Wołyniu. One runęły w momencie, w którym ukraiński prezydent dokonał strategicznego wyboru: postawił na Berlin zamiast na Warszawę. To nie był przypadek ani emocjonalna decyzja. To była zimna kalkulacja.
Zełenski najwyraźniej usłyszał w Berlinie coś takiego, co kazało mu uwierzyć, że przyszłość Ukrainy – członkostwo w UE, odbudowa, gwarancje bezpieczeństwa – wiedzie przez Niemcy, a nie przez Polskę. Wybrał silniejszego, bogatszego i bardziej wpływowego partnera.
Wielu komentatorów sądziło, że po zmianie władzy w Polsce problem zniknie. Można było domniemywać, że Berlin wymógł na Zełenskim zerwanie dobrych relacji z rządem Zjednoczonej Prawicy, nie cierpianym wszak na brukselskich i niemieckich salonach. Ale jeżeli ktoś tak myślał, to był zwyczajnie naiwny. Po zmianie władzy nic się nie zmieniło, bo Berlin nie zamierza wcale lewarować pozycji Polski, w której ma tak uległego polityka u sterów władzy.
To właśnie Donald Tusk jest najbardziej żałosny w tej sytuacji. Polityk, który przez całe życie budował wizerunek „europejskiego” pragmatyka i wielkiego przyjaciela Niemiec, dziś musi patrzeć, jak Zełenski ostentacyjnie go omija. Tusk, który zawsze gardził „nacjonalistyczną” polityką wobec Ukrainy, nagle odkrywa, że Kijów traktuje go dokładnie tak samo jak poprzedników z PiS po wolcie Zełeńskiego. I to boli najbardziej.
Tusk jest dziś w klasycznej pułapce. Nie może otwarcie skrytykować Zełenskiego, bo zostałby oskarżony o „rusofilię” i zdradę „europejskich wartości”. Nie może też mocno uderzyć w Berlin, bo to oznaczałoby zdradę własnej, wieloletniej orientacji politycznej. Dlatego pozostaje mu tylko bezradna złość i udawanie, że wszystko jest pod kontrolą. Prawda jest jednak brutalna: naprawa relacji polsko-ukraińskich wiedzie przez trudną, ale konieczną rozmowę z Kijowem o Niemczech. Ukraina już dwa razy w swojej historii tragicznie się przeliczyła, wierząc Berlinowi – w 1918 roku i w 1941 roku. Trzeci raz może skończyć się równie źle. Niemcy nie mają ani woli, ani realnej możliwości, by zapewnić Ukrainie członkostwo w UE w rozsądnym horyzoncie czasowym. Mają za to interes w tym, by Ukraina była słaba, zależna i stanowiła bufor, a nie podmiot. Tylko że kto ma to powiedzieć Zełenskiemu? Tusk? Polityk, który co drugi dzień zapewnia, że Niemcy to nasz najlepszy przyjaciel i sojusznik?
Prawdziwa normalizacja relacji polsko-ukraińskich będzie możliwa dopiero wtedy, gdy w Warszawie wróci rząd, który będzie potrafił mówić Kijowowi trudne rzeczy – nie z pozycji nienawiści, ale z pozycji twardego, polskiego interesu narodowego. Bo dziś relacje psują nie Polacy, tylko niemiecka gra o dominację w Europie Środkowej. I dopóki tego nie zrozumiemy, będziemy skazani na ciągłe cyrki, obustronne rozczarowania i strategiczne porażki.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/763610-niemiecka-pulapka-zelenskiego-najbardziej-zalosny-jest-tusk
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.