Robert Bąkiewicz udostępnił w imieniu Ruchu Obrony Granic oświadczenie dot. wydarzeń z 16 czerwca 2026 roku z Berlina. „Nie byliśmy zagrożeniem. Nie prowokowaliśmy przemocy. Chcieliśmy się modlić i upamiętnić ofiary” – czytamy.
W oświadczeniu, które Robert Bąkiewicz udostępnił na portalu X, opisuje sprawę próby uhonorowania polskich ofiar niemieckiej agresji, którą członkowie ROG podjęli 16 czerwca w Berlinie.
W dniu 16 czerwca 2026 r. jako przedstawiciele Ruchu Obrony Granic pojawiliśmy się w Berlinie, aby oddać hołd polskim ofiarom niemieckich zbrodni z okresu II wojny światowej. Nasza obecność miała związek z rocznicą odsłonięcia tzw. berlińskiego miejsca pamięci dla polskich ofiar niemieckiego terroru oraz z przypadającą dzień później rocznicą podpisania polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 17 czerwca 1991 r. Rok temu, 16 czerwca 2025 r., Niemcy odsłonili w Berlinie blisko 30-tonowy głaz, który miał upamiętniać polskie ofiary II wojny światowej. W naszej ocenie nie był to godny pomnik odpowiadający skali cierpienia narodu polskiego. Był to raczej symbol zastępczy — kamień zamiast realnej pamięci, realnego zadośćuczynienia i realnej odpowiedzialności. Dlatego od początku określaliśmy go jako kamień hańby, kamień pogardy wobec polskich ofiar. Ten głaz pozbawiony jest wyraźnych symboli polskości, pozbawiony jest krzyża i symboli religijnych tak ważnych dla Polski i Polaków. Jego forma nie oddaje ogromu niemieckich zbrodni, grabieży, terroru i zniszczenia, których doświadczyli obywatele Rzeczypospolitej. Już rok temu, podczas odsłonięcia tego miejsca, niemieckie służby i policja zachowywały się wobec nas w sposób skandaliczny, ograniczając nam możliwość pełnego uczestnictwa w wydarzeniu. Wtedy postanowiliśmy, że wrócimy w rocznicę odsłonięcia tego głazu, aby w sposób godny i pokojowy upomnieć się o pamięć o Polakach zamordowanych przez Niemców oraz o prawdę historyczną
– pisze Bąkiewicz.
Naszym celem 16 czerwca 2026 r. było złożenie hołdu ofiarom, modlitwa oraz ustawienie krzyża — znaku chrześcijańskiej pamięci, cierpienia i nadziei. Chcieliśmy uczcić sześć milionów obywateli polskich wymordowanych w czasie II wojny światowej oraz wszystkich Polaków, którzy doznali niemieckich krzywd: mordów, wypędzeń, rabunku, niewolniczej pracy, niszczenia polskiej kultury, elit i państwowości. Podkreślamy jednoznacznie: zbliżenie się do miejsca pamięci, modlitwa i oddanie czci pomordowanym w żadnym wypadku nie wymaga zgłaszania zgromadzenia. Miejsce pamięci jest po to, aby można było przy nim stanąć, pomodlić się, złożyć kwiaty, zapalić znicz i oddać hołd ofiarom. To nie jest przywilej udzielany przez niemiecką policję, ale podstawowe prawo ludzi, którzy przychodzą uczcić pomordowanych. Znajdowaliśmy się około 200–250 metrów od miejsca docelowego. Nieśliśmy duży drewniany krzyż oraz tabliczki informujące o niemieckim ludobójstwie, grabieży i bogaceniu się Niemców na krzywdzie Polaków. Były to informacje prawdziwe, choć niewątpliwie niewygodne dla niemieckiej polityki historycznej
– czytamy.
Interwencja niemieckiej policji
Następnie Bąkiewicz opisuje sprawę brutalnej interwencji berlińskiej policji.
W pewnym momencie na miejsce przyjechała znaczna liczba radiowozów. Niemiecka policja podjęła wobec nas brutalną interwencję. Funkcjonariusze zaczęli nas szarpać i próbowali wyrwać nam z rąk krzyż. Nie pozwoliliśmy na profanację i odebranie tego znaku pamięci. To był moment szczególnie symboliczny. Niemiecka policja nie uderzała jedynie w grupę polskich działaczy. Uderzała w krzyż — znak chrześcijaństwa, który dla milionów Polaków jest znakiem wiary, pamięci, cierpienia i nadziei. Nie kwestionujemy prawa żadnej grupy religijnej do publicznej modlitwy. Widzimy jednak, że na ulicach Berlina publicznie modlą się przedstawiciele innych religii, w tym muzułmanie, i nie spotykają się z tak brutalną, natychmiastową i niewspółmierną reakcją państwa. Tym bardziej skandaliczne jest to, że polski krzyż niesiony w intencji pomordowanych ofiar niemieckich zbrodni został potraktowany jak zagrożenie dla porządku publicznego. Niemiecka policja kłamie w swoim oświadczeniu, sugerując, że mieliśmy wznosić okrzyki, które rzekomo miały świadczyć o manifestacji. Nie wznosiliśmy żadnych okrzyków. Nie przyszliśmy tam jako agresywna demonstracja, lecz jako Polacy chcący pomodlić się i oddać cześć ofiarom niemieckich zbrodni
– czytamy.
Bąkiewicz pisze też o rzekomej próbie kontaktu policji z niemieckim ministrem.
Dopiero wtedy, gdy niemieccy funkcjonariusze zaczęli twierdzić, że konieczne jest zgłoszenie zgromadzenia, jeden z liderów ROG - Paweł Kryszczak - zgłosił je jako zgromadzenie spontaniczne. Była to reakcja na żądania policji, a nie pierwotny cel naszej obecności. Wtedy niemieckie służby oświadczyły, że muszą się zastanowić, czy takie zgromadzenie zostanie dopuszczone. Informowano nas, że policja kontaktuje się w tej sprawie z ministrem rządu niemieckiego, choć nie wskazano nam, o którego ministra chodzi. Ostatecznie niemiecka policja formalnie zarejestrowała nasze zgromadzenie spontaniczne. Nie stwierdziła więc, że nie mamy prawa się zgromadzić. Przeciwnie - uznała, że taka możliwość istnieje. Problem polegał na tym, że niemieckie służby próbowały arbitralnie wyznaczać nam miejsce, zakres i sens naszych działań. Najpierw ograniczono nasze zgromadzenie do terenu parku, około 250 metrów od miejsca pamięci. Innymi słowy, niemiecka policja łaskawie pozwoliła nam „upamiętniać” polskie ofiary tam, gdzie nie było żadnego miejsca pamięci, żadnego pomnika, żadnego głazu, żadnej tablicy - były tylko drzewa. Według tej logiki mieliśmy oddać hołd sześciu milionom zamordowanych obywateli polskich pod przypadkowymi drzewami, bo niemieckiej policji przeszkadzał polski krzyż przy miejscu, które sami Niemcy nazwali miejscem pamięci
– czytamy.
Później wydano zgodę na przemarsz o około 100 metrów, ale nadal bez możliwości dojścia pod kamień i bez możliwości oddania czci polskim ofiarom w miejscu, które według samych Niemców ma być miejscem ich upamiętnienia. To pokazuje absurd całej sytuacji: niemiecka policja uznała nasze prawo do zgromadzenia, ale jednocześnie pozbawiła je treści, celu i sensu. Nie mogliśmy się zgodzić na taki rodzaj „zgromadzenia”, ponieważ nie był on zgodny ani z naszymi intencjami, ani przede wszystkim z prawem. Przyjechaliśmy do Berlina nie po to, aby stać w dowolnym miejscu wyznaczonym arbitralnie przez policję, ale po to, aby upamiętnić polskie ofiary przy miejscu, które według samych Niemców ma być miejscem pamięci o polskich ofiarach II wojny światowej. Ograniczenie nas do przypadkowego parku, z dala od miejsca pamięci, łamało nasze podstawowe prawa i uniemożliwiało realizację celu naszej obecności. W praktyce oznaczało to, że Niemcy chcieli sami decydować, gdzie Polacy mogą się modlić, gdzie mogą nieść krzyż, gdzie mogą przypominać o niemieckich zbrodniach i w jakiej formie wolno im mówić prawdę historyczną. Ewidentnie chodziło o ukrycie symboli chrześcijańskich oraz o odsunięcie od miejsca pamięci przekazu o sprawstwie niemieckich zbrodniarzy, ich przodków, i odpowiedzialności państwa niemieckiego za zbrodnie dokonane na Polakach
– pisze lider ROG.
Próba kontaktu z ambasadą
Uczestnicy wydarzenia podjęli też próbę kontaktu z przedstawicielami polskiej dyplomacji.
W trakcie tych wydarzeń próbowaliśmy kontaktować się z Ambasadą Rzeczypospolitej Polskiej w Berlinie oraz z polskim konsulatem. Nie mogliśmy uzyskać skutecznej pomocy. Nagraliśmy także publiczny apel, który opublikowaliśmy w mediach społecznościowych, wzywając polskie służby dyplomatyczne do interwencji. Nie chcieliśmy eskalować sytuacji. Domagaliśmy się jedynie poszanowania naszych podstawowych praw: prawa do modlitwy, prawa do pamięci, prawa do poruszania się oraz prawa do godnego upamiętnienia polskich ofiar. Kiedy stało się jasne, że nie zostaniemy dopuszczeni pod głaz, poinformowaliśmy niemiecką policję, że opuścimy miejsce pojedynczo albo w mniejszych grupach, po dwie osoby. Takie wyjście z miejsca policyjnego okrążenia w oczywisty sposób nie mogło być traktowane jako zgromadzenie. Nie chcieliśmy eskalować sytuacji, nie chcieliśmy przepychać się z policją, nie chcieliśmy prowokować konfliktu. Chcieliśmy po prostu skorzystać z prawa do opuszczenia miejsca, w którym byliśmy bezprawnie przetrzymywani. Niemiecka policja nam tego zabroniła. Zabroniono nam opuszczenia miejsca, nakazano ukrycie kamizelek z napisem „Ruch Obrony Granic”, schowanie tabliczek oraz - co szczególnie znamienne - schowanie krzyża. Tym samym Niemcy pozbawili nas nie tylko prawa do zgromadzenia i prawa do oddania czci polskim ofiarom, ale przede wszystkim prawa do wolności osobistej. Zostaliśmy faktycznie otoczeni i zatrzymani w miejscu, którego nie mogliśmy opuścić, mimo że nie przedstawiono nam żadnej realnej podstawy prawnej takiego działania. To pokazuje prawdziwy charakter tej interwencji. Nie chodziło o porządek publiczny. Nie chodziło o zgromadzenie. Nie chodziło o bezpieczeństwo. Chodziło o to, aby tego dnia w tym miejscu nie pojawił się polski głos, polski krzyż i polska prawda o niemieckich zbrodniach
– czytamy.
Użycie siły przez niemiecką policję
W końcu niemiecka policja użyła siły, a dwóch przedstawicieli ROG zostało zamkniętych w radiowozach.
Wobec bezprawnego ograniczania naszych praw odśpiewaliśmy „Rotę”, a następnie próbowaliśmy wspólnie opuścić miejsce. Wtedy niemiecka policja ponownie użyła wobec nas siły. Doszło do brutalnego bicia przez funkcjonariuszy. Byliśmy szarpani, obezwładniani, duszeni i zakuwani w kajdanki. Zastosowano wobec nas środki całkowicie nieproporcjonalne do sytuacji. Nie byliśmy zagrożeniem. Nie prowokowaliśmy przemocy. Chcieliśmy się modlić i upamiętnić ofiary. Dwóch z nas - Robert Bąkiewicz i Paweł Kryszczak - zostało umieszczonych w bardzo małych, zamkniętych pomieszczeniach w policyjnych transporterach. Były to przestrzenie o wymiarach kilkudziesięciu centymetrów na kilkadziesiąt centymetrów, w których celowo ograniczano dostęp do powietrza. Obaj byli podduszani. Odbieramy to jako element represji i psychicznego złamania zatrzymanych. To metody, które Polacy znają z najczarniejszych kart historii, a nie z państwa, które poucza innych o praworządności i prawach człowieka. Jednemu z nas - Robertowi Bąkiewiczowi - odebrano telefon bez przedstawienia w chwili zatrzymania właściwego protokołu i bez jasnego wskazania podstawy prawnej. Telefon został później zwrócony, ale sam sposób jego odebrania uważamy za bezprawny i wymagający wyjaśnienia. Szczytem absurdu i policyjnej arogancji jest fakt, że niemieccy funkcjonariusze postawili nam zarzut czynnej napaści na policjantów. Jest to jawne i perfidne kłamstwo, które z łatwością obalimy
– czytamy w oświadczeniu.
Na wszystkie przytaczane w tym oświadczeniu sytuacje posiadamy niepodważalne dowody w postaci nagrań wideo. Dokumentują one jednoznacznie nasze pokojowe intencje, brak jakiejkolwiek agresji z naszej strony, obecność krzyża, próby rozmowy z niemiecką policją, jak i sposób, w jaki niemieccy funkcjonariusze ograniczali nasze prawa, uniemożliwiali nam dojście do miejsca pamięci, blokowali opuszczenie miejsca oraz stosowali wobec nas bezprawną siłę
– pisze Bąkiewicz.
Ocena prawna działań niemieckiej policji
A tak Ruch Obrony Granic ocenia działania policji w Berlinie.
W naszej ocenie prawnej działania przedstawicieli Ruchu Obrony Granic w pełni mieściły się w granicach prawnie chronionej wolności słowa, wolności religijnej oraz wolności zgromadzeń. Nasza obecność miała charakter pokojowy, jawny i symboliczny. Jej celem było oddanie czci ofiarom niemieckich zbrodni, a nie zakłócanie porządku publicznego. Miejsce, w którym doszło do interwencji, nie było strefą wyłączoną z przestrzeni publicznej ani obszarem objętym zakazem manifestacji. Jest to przestrzeń wykorzystywana do debaty publicznej i różnego rodzaju protestów. Sam fakt posiadania kamizelek z nazwą Ruchu Obrony Granic, niesienia krzyża czy tablic z przekazem historycznym jest legalnym elementem ekspresji tożsamościowej, obywatelskiej, religijnej i politycznej. Jeżeli inne grupy mogą manifestować tam swoje poglądy, odmawianie tego prawa polskiej delegacji stanowi naruszenie zasady równego traktowania. Nasze zgromadzenie zostało formalnie zgłoszone jako zgromadzenie spontaniczne. Taka forma ekspresji jest dopuszczalna w niemieckim porządku prawnym i korzysta z ochrony prawnej. Nie istniały żadne okoliczności, które uzasadniałyby jego pacyfikację. Nie było bezpośredniego zagrożenia bezpieczeństwa publicznego, nie było agresji, nie było fizycznego oporu ani próby konfrontacji z funkcjonariuszami. Szczególne znaczenie ma również charakter miejsca, do którego zmierzaliśmy. Miejsce pamięci ofiar wojny i zbrodni nie jest zwykłym punktem przestrzeni miejskiej. Zgodnie ze standardami europejskimi, w tym wynikającymi z art. 11 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, gromadzenie się w celu oddania hołdu ofiarom korzysta ze szczególnej ochrony. Państwo niemieckie miało obowiązek chronić nasze pokojowe zgromadzenie i umożliwić nam oddanie czci pomordowanym, a nie blokować nas i pacyfikować. Nawet gdyby niemieckie służby dopatrywały się jakichkolwiek uchybień proceduralnych, zastosowana reakcja była drastycznie nieadekwatna. Użycie siły wobec osób spokojnych, nieagresywnych i pragnących oddać hołd ofiarom było rażącym złamaniem zasady proporcjonalności. Środki przymusu bezpośredniego nie mogą służyć fizycznemu odwetowi ani zastraszeniu, lecz wyłącznie przywróceniu porządku lub przeciwdziałaniu realnemu zagrożeniu. W tym przypadku takiego zagrożenia nie było
– pisze Bąkiewicz.
Działania niemieckiej policji oceniamy więc jako bezprawne, nieproporcjonalne i naruszające podstawowe standardy demokratycznego państwa prawa. Uderzały one w wolność słowa, wolność zgromadzeń, wolność religijną, wolność osobistą oraz nasze prawo do pielęgnowania pamięci o ofiarach niemieckich zbrodni. Wymiar moralny tej sprawy jest równie poważny jak wymiar prawny. Państwo będące historycznym sprawcą niemieckich zbrodni użyło brutalnej siły wobec Polaków, którzy chcieli upamiętnić ofiary tych zbrodni. Uniemożliwienie potomkom ofiar oddania hołdu pomordowanym stanowi rażące nadużycie władzy - zarówno w wymiarze symbolicznym, jak i prawnym. Za skandaliczne uważamy także zachowanie polskich władz dyplomatycznych. Przez cały czas staraliśmy się uzyskać pomoc Ambasady RP, konsulatu i Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Jako polscy obywatele, działacze społeczni i przedstawiciele Ruchu Obrony Granic zostaliśmy w Berlinie potraktowani brutalnie, a państwo polskie nie zareagowało w sposób natychmiastowy i skuteczny. Domagamy się publicznego wyjaśnienia tej sprawy przez stronę niemiecką i polską. Domagamy się wskazania podstaw prawnych działań niemieckiej policji, ujawnienia, z kim konsultowano decyzje o ograniczeniu naszych praw, zabezpieczenia wszystkich nagrań z interwencji, wyjaśnienia okoliczności odebrania telefonu Robertowi Bąkiewiczowi oraz wyjaśnienia roli polskiej ambasady i konsulatu. To, co wydarzyło się 16 czerwca 2026 r. w Berlinie, nie było zwykłą interwencją policyjną. Było brutalnym pokazem tego, jak współczesne Niemcy reagują na Polaków, którzy przypominają o niemieckiej odpowiedzialności, niemieckich zbrodniach i niemieckim długu wobec Polski. Było także pokazem tego, jak łatwo w dzisiejszych Niemczech uderzyć w krzyż i chrześcijańską pamięć, gdy niesie ją Polak domagający się prawdy o niemieckich zbrodniach. Ruch Obrony Granic nie pozwoli na wymazywanie polskiej pamięci. Nie pozwolimy, aby niemieckie zbrodnie były przykrywane pustymi gestami, kamieniami bez ducha, bez krzyża i bez realnego zadośćuczynienia. Polskie ofiary zasługują na prawdę, modlitwę, krzyż, godność i sprawiedliwość
– czytamy.
X/mly
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/762871-oswiadczenie-rog-w-sprawie-wydarzen-z-berlina
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.