Odkąd pamiętam na widok posiedzeń Sejmu Dzieci i Młodzieży, różnych „młodzieżowych rad miasta”, konsultacji społecznych „z młodymi” i spędów partyjnych młodzieżówek przeszywał mnie prąd żenady. Te wszystkie poprzebierane w garnitury gołowąsy dukające z kartki różne banały. Jeden pajacuje, udając Korwina-Mikke, inna, cała w tęczy, chce zrównania praw zwierząt z prawami ludzi, kolejny ustroił się w drogi krawat i bełkoce bez pojęcia o rozwojowych szansach, wynikających z nowych technologii. Aż zęby bolą…
Nudne, bez sensu i przede wszystkim krindżowe – jak mówią nasi kochani młodzi.
Jest też druga, równie śmieszna i bezużyteczna strona medalu, czyli stare dziady w dresach podrygujące do disco na różnych Campusach Polska Przyszłości. Co z tych debat wynika? Co dobrego wynikło z nich dla Polski i dla przyszłości? Oczywiście nic. Jest tylko czasoprzestrzenne zakrzywienie, które każe poważnym ludziom nazywać 54-letniego Rafała Trzaskowskiego „młodym i perspektywicznym”.
Trzeba wpuścić młodych do polityki! Czym więcej młodych, tym lepiej! Konieczna jest zmiana generacyjna w polityce! Starzy nie rozumieją świata, trzeba świeżej krwi!
Te stwierdzenia łączą różne strony krajowego sporu politycznego niczym niesławny „konsensus naukowy” specjalistów od klimatu. Więcej młodych – żeby nie być oskarżonym o herezję, trzeba być za. Młodzi zbawią polską politykę – gardłują lewi, prawi i „niezależni eksperci”. Do tego z różnych gremiów, ciał i partii odzywają się wezwania do obniżenia wieku wyborczego, na przykład do 16 lat. Najlepiej chyba, żeby dzieci wybierały dzieci, wtedy to dopiero będziemy potęgą!
A co takiego ci wspaniali młodzi do naszej polityki wnoszą? Co mamy jako wspólnota z kolejnych 20-latków w sejmowych ławach? Ano zobaczmy.
Taki Adam Gomoła na przykład. Najmłodszy poseł w Sejmie, nowa energia i tak dalej. Szkoda, że spożytkował ją na machlojki w kampanii przed wyborami do samorządu. Nasz zdolny junior nakłaniał kandydata na kandydata na radnego, żeby wpłacił 20 tysięcy na konto firmy Gomołowej koleżanki, a w zamian za to dostanie wysokie miejsce na liście. Kiedy sprawa się wydała, nowa nadzieja polskiej polityki przekonywała, że takie praktyki są przecież powszechne. Gomoła wciąż siedzi w Sejmie, czasem coś powie, generalnie jednak pożytek z niego żaden. A już z pewnością mniejszy, niż z niejednego „starego”, który „na niczym się nie zna”.
Albo słynny w ostatnich dniach Dawid Kacprzyk, założyciel szturmowych oddziałów młodzieżowych wazeliniarzy Tuska pod nazwą Nowa Generacja. W polityce od dziecka, najmłodszy kandydat na radnego, takich ludzi nam trzeba, prawda? Koalicji Obywatelskiej owszem, było trzeba, ale tylko do momentu, gdy okazało się, że 28-latek bez specjalizacji w nadzorowanym przez partyjnych towarzyszy szpitalu zarobił w rok więcej, niż normalny Polak przez kilkanaście lat. Kompletnie nieudolny w rządzie Marcin Kierwiński takie rzeczy akurat czuje, więc czym prędzej przyjął na swe spracowane ręce rezygnację robiącego wstyd małolata.
Była też najmłodsza radna w historii Warszawy, Aleksandra Gajewska. Od wczesnej młodości była przy kim trzeba i dzisiaj jest wiceministrem (ą). Próbowałem się doszukać jakichś sukcesów, ciekawych pomysłów, tej sławnej „nowej energii”. Niestety, przegrałem. Co jednak zobaczyłem, to moje. Pani Gajewska jest jakby klonem innej „najmłodszej” z Platformy, Agnieszki Pomaskiej, która w wieku 22 lat została radną, potem posłanką i zdaje się nigdzie nigdy na poważnie nie pracowała. Od lat robi za to dużo szumu, wrzuca rolki, krzyczy, obraża. Gajewska idzie w jej ślady. Polski w tym niestety nie ma.
No i niejaki Łukasz Rzepecki. Gdy wiatr wiał w żagiel PiS-u, był w PiS-ie. Gdy lekko zelżał, pokrzyczał z trybuny sejmowej na PiS i poszedł do Kukiza. Jest młody i zdolny, znalazł więc przystań w kancelarii prezydenta Andrzeja Dudy, gdzie, rzecz jasna, zajmował się młodymi. Zajmowanie polegało głównie na występach w mediach, spotkaniach i „wysłuchiwaniu głosu młodych”. Teraz Rzepecki wspiera, jako młoda twarz,innego młodego - Sławomira Mentzena. Spodziewajmy się go w kolejnym Sejmie. Nie obstawiajmy jednak, z jakiej listy się tam dostanie.
Nie chcę bynajmniej obrażać młodych ludzi, którzy chcą zmieniać Polskę. Przeciwnie, jestem gotowy ich wspierać, bo tacy też do polityki czasami trafiają. Ale nie będę zachwycał się młodymi tylko dlatego, że są młodzi.
Na nich trzeba bowiem uważać. To niemal zawsze ludzie bez sukcesów i doświadczenia (trudno, żeby dwudziestolatek był doświadczony, to nie zarzut tylko stwierdzenie faktu), często mieszkający do trzydziestki z mamą i tatą. Wielu z nich nigdzie normalnie nie pracowało, niewielu przeczytało więcej, niż kilka książek w życiu, część nie czyta w ogóle, bo i po co. Emocjonalnie rozchwiani (tak, wiem, to nie tylko ich wina), moralnie niedojrzali (to też znak czasów, ale przecież nie tylko), bez rodzin i dzieci, bez zobowiązań. Czy warto takim osobom powierzać los wspólnoty? Po co tak ryzykować? Dla chwilowej mody, by zachłysnąć się czymś, czym zachłystywać się wypada.
A może jednak warto poczekać aż kandydaci na polityków będą na swoim, coś osiągną, coś wartościowego zrobią, odchowają dzieci, poślizgną się na jednym czy drugim życiowym zakręcie. Mówiąc wprost: pozwolić im dorosnąć?
Tak. Czym więcej dojrzałych, doświadczonych i poukładanych ludzi w polskiej polityce, tym lepiej. Zatrzymajmy idiotyczny pęd ku pajdokracji, a dobrze na tym wszyscy wyjdziemy. Młodzi też.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/762798-czym-mniej-mlodych-w-polityce-tym-lepiej-dla-polski
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.