Opłata reprograficzna w 2026 r. jest podatkiem, który nie ma żadnego sensu, bo radykalnie zmieniły się sposoby korzystania z treści.
Wystarczy podatek nazwać opłatą i już nie trzeba go wprowadzać ustawą. Opłata brzmi w miarę neutralnie, podatek jest jednoznacznie obciążeniem, którego w dodatku nie można uniknąć. Tak jest z tzw. opłatą reprograficzną, której nową wersję ogłosiła minister kultury Marta Cienkowska. Bez debaty nad ustawą w Sejmie i bez konieczności podpisania jej przez prezydenta wchodzi w życie opłata potocznie nazywana podatkiem od smartfonów. Pieniądze z pobranej opłaty trafią podobno bezpośrednio do polskich artystów. Wprawdzie TSUE uznał, że nawet jeśli serwis streamingowy pozwala zachowywać filmy czy muzykę na własnym smartfonie, to nie podlega to opłacie reprograficznej, ale kto by się tym przejmował.
Opłata reprograficzna to dodatkowy koszt w wysokości 1-2 proc. ceny urządzeń umożliwiających kopiowanie treści - muzyki, filmów, zdjęć, książek. Ma stanowić „rekompensatę dla twórców” za kopiowanie ich dzieł na własny użytek. Ale to tylko nowy podatek od elektroniki, za który zapłacą nabywcy sprzętu. Skoro w 2021 r. jeszcze prezydent Andrzej Duda stwierdził, że nie podpisze ustawy wprowadzającej opłatę reprograficzną, rząd Tuska nie chciał sprawdzać, co zrobi prezydent Karol Nawrocki, więc nowe przepisy wprowadza rozporządzeniem ministra kultury. Wysokość opłaty (w procentach) liczona jest od ceny netto sprzedaży urządzenia lub nośnika. Opłata obejmie także sprzęt kupowany przez firmy i instytucje, mimo że z zasady nie mogą one kopiować treści chronionych prawem autorskim. Opłata reprograficzna w unijnym rozumieniu ma rekompensować konkretną szkodę wynikającą z prywatnych kopii, a nie jest zapłatą za zgodę twórcy na korzystanie z utworu.
Od razu pojawiły się głosy, że opłata reprograficzna jest sprzeczna z polityką cyfryzacji i sprzyja cyfrowemu wykluczeniu. Poza tym jest anachroniczna, gdyż nie bierze pod uwagę najnowszych sposobów korzystania z kultury. No i praktycznie oznacza podniesienie cen elektroniki oraz osłabienie konkurencyjności polskich firm. Polacy już płacą za legalne treści w serwisach streamingowych (tylko dzięki Spotify w 2024 r. polscy twórcy zarobili prawie 190 mln zł). A w ogóle to sprzęt nie służy do piractwa, tylko do pracy, nauki, komunikacji. Obejmowanie smartfonów czy tabletów opłatą tylko dlatego, że technicznie mogą przechowywać treści, jest więc idiotyzmem.
Minister Marta Cienkowska zwyczajnie się wygłupia, gdy wziąć pod uwagę, że Polska jest w czołówce państw, gdzie korzysta się z legalnych źródeł kultury. Zajmujemy czwarte miejsce od końca pod względem częstotliwości korzystania z nielegalnych treści. Ale rząd i minister Cienkowska upierają się, że chodzi o dostosowanie prawa do regulacji Unii Europejskiej. A ponieważ opłata reprograficzna funkcjonuje w Polsce od 1994 r., ale w tym czasie radykalnie zmieniły się technologia i sposób korzystania z treści, to ponoć tracą na tym tysiące twórców i wykonawców. Jakoś ci najlepsi i znani nie narzekają, zaś forsy chcą zwykle ci, o których nikt nie słyszał.
Nowa wersja opłaty ma wesprzeć „twórców” sumą ok. 200 mln zł. Te pieniądze mają być rozdzielone pomiędzy organizacje reprezentujące twórców, w tym: ZAiKS – autorzy, SAWP – artyści wykonawcy, ZPAV – producenci muzyki, ZASP i Stowarzyszenie Filmowców Polskich – twórcy filmowi, Copyright Polska – autorzy i wydawcy. Część środków ma zasilić fundusz ubezpieczeń społecznych dla artystów-freelancerów. Opłata zacznie być pobierana po upływie 6 miesięcy od dnia ogłoszenia w „Dzienniku Ustaw”.
Ministerstwo kultury tłumaczy jak komu głupiemu, że nowelizacja rozporządzenia o opłacie reprograficznej jest konieczna, gdyż wiele urządzeń albo dawno już wyszło z powszechnego użycia albo mają marginalne znaczenie (magnetowidy, kasety VHS, magnetofony). A te nowe, umożliwiające przechowywanie i kopiowanie utworów, trzeba opodatkować. Zakłada się więc, że każdy nabywca sprzętu ma zamiar kopiować, choćby nie miał na to najmniejszej ochoty.
Jeśli ktoś kupuje smartfony, laptopy, tablety, komputery stacjonarne czy telewizory i dekodery z wbudowaną pamięcią, to zaraz zajmie się kopiowaniem - uważają w ministerstwie kultury. Trzeba go więc dopaść i zmusić do płacenia 1 proc. wartości sprzętu (liczonej od ceny netto sprzedaży). Opłatą reprograficzną objęte będą także twarde dyski (HDD i SSD) i karty pamięci, no i oczywiście kopiarki, drukarki, skanery, kamery i dyktafony oraz takie starsze nośniki, jak płyty CD, DVD i Blu-ray, a nawet czysty papier w formatach A3 i A4.
Zabawne, a zarazem groteskowe jest to, że na liście objętej opłatą reprograficzną pozostaną magnetofony (mogące służyć do kopiowania kaset z muzyką lub nagrywania utworów z radia) oraz magnetowidy (gdzie na kasetach VHS można było nagrywać filmy czy programy telewizyjne). Groteska polega na tym, że ten sprzęt został zapisany w ustawie o opłacie reprograficznej, a ponieważ teraz minister Cienkowska zrobiła sztuczkę z rozporządzeniem, nie można ich usunąć z listy.
Spider’s Web zauważa, że zwykli ludzie zapłacą podatek, twórcy dostaną jego część, a organizacje zbiorowego zarządzania (OZZ) zbiorą wszystko, podzielą według własnego uznania, choć od lat nie potrafią wytłumaczyć, co dzieje się z pieniędzmi po drodze. No i jest jeszcze czwarty gracz, który w tej debacie nie pojawia się ani razu, czyli Google i AI, które korzystają z cudzej twórczości na masową skalę i nie płacą nic nikomu. Co jeszcze bardziej groteskowe, ministerstwo kultury wydało rozporządzenie rozszerzające system i w tym samym miejscu ostrzega organizacje, które będą te pieniądze zbierać, żeby ich nie ukradły.
Ministerstwo kultury zaklina się, że opłata nie jest płacona przez konsumentów, bo płacą ją producenci i importerzy urządzeń. Ale milczy, że ostatecznie i tak ten koszt jest doliczany do ceny końcowej produktu, więc płacą jednak konsumenci. Zresztą tu prawie wszystko jest „rżnięciem głupa”. Przecież opłata reprograficzna miała sens w świecie, w którym kopiowanie treści odbywało się na własnych urządzeniach. Ale ten świat przestał istnieć: dziś kopiowanie nie ma sensu, skoro wszystko jest w serwisach streamingowych czy jako e-booki. Za dostęp do tych treści płaci się abonament, a twórcy dostają tantiemy za każde odtworzenie. Płatność za korzystanie z treści już istnieje i obywa się bez opłaty reprograficznej. Jaki jest więc sens płacenia podwójnie? Czyżby taki, żeby miały z czego żyć takie miernoty twórcze, jak niejaki Jaś Kapela?
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/759629-oplata-reprograficzna-jest-podatkiem-ktory-nie-ma-zadnego-sensu
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.