Mądrale z rządu Tuska i okolic dostrzegli, że w głęboko spolaryzowanym społeczeństwie wygrywa ten, kto skuteczniej zmobilizuje własną bazę wyborczą.
Praktycznie wszyscy w rządzącej koalicji nie posiadali się z radości, nawet jeśli w dużej części była udawana, gdy Prawo i Sprawiedliwość wybrało prof. Przemysława Czarnka na kandydata tej partii na premiera w wyborach parlamentarnych w 2027 r. Opowiadali wszem i wobec, że to dla nich wymarzony przeciwnik. Że nawet nie muszą go atakować, bo sam codziennie będzie się pogrążał. Wręcz uznali, że prof. Czarnek to dla nich zbawienne rozwiązanie i wygraną mają w kieszeni.
Część entuzjazmu z powodu wskazania byłego ministra edukacji i nauki była przedstawieniem, co wynikało z tego, że w zamkniętych gabinetach już nie było tak radośnie. A pod koniec marca 2026 r. w tych samych gabinetach radość zamieniła się w żałobny nastrój. Przecież np. w Koalicji Obywatelskiej nie ma samych tego rodzaju egzemplarzy jak Arłukowicz, Bielawska, Frysztak, Gromadzka, Jachira, Jaskulski, Joński, Karolewska, Kierzek-Koperska, Kot, Krawczyk, Lisowska, Łepkowska-Gołaś, Łośko, Myrcha, Niezgodzka, Osos, Pawliczak, Pomaska, Smarduch, Szczerba, Tomczykiewicz czy Wojciechowska. Czasem tam ktoś myśli, choć nie jest to zbyt nachalnie widoczne.
Ci myślący, nawet nienachalnie, doszli do wniosku, że Przemysław Czarnek ma wiele takich cech, które w kampanii mogą się okazać wręcz zabójcze dla zadowolonych z siebie i ze wskazania na premiera byłego ministra edukacji i nauki. Nagle dostrzeżono wiecowe talenty, wyjątkową sprawność retoryczną, swobodny dobór różnych języków i narracji w zależności od potrzeb, wyjątkową umiejętność prostego i obrazowego opisywania problemów, trafianie do tłumów oraz urok osobisty. Na nic się zdały marzenia o tym, że da się prof. Czarnka w duchu Gombrowicza „upupić”.
Nawet w „Gazecie Wyborczej” odkryli, że Przemysław Czarnek ma to samo coś, co pozwoliło wygrać Karolowi Nawrockiemu: chce i umie się bić, ale nie dla samej walki, tylko po to, żeby na końcu wygrać. I entuzjazm parował, parował, aż prawie zupełnie wyparował z rządzących partii, a jego miejsce zajął strach. I okazało się, że Koalicja Obywatelska wcale nie jest przygotowana na konfrontację z prof. Przemysławem Czarkiem.
Gdy w partii Donalda Tuska uznali, że były minister edukacji i nauki jest łatwy do pokonania (podobnie miało być z Karolem Nawrockim), postanowili nie szukać dla niego odpowiednika we własnych szeregach. Zresztą to szukanie byłoby trudne, bo Donald Tusk nie cierpi nikogo, kto się intelektualnie wyróżnia. Zaraz ktoś taki dostaje „bęcki”, jest ignorowany, odcinany od mediów, a szeptana propaganda czyni z niego/niej kandydata na zdrajcę. Przecież tak było chociażby z Bogusławem Sonikiem. W tej, przyznajmy, durnej strategii, chodzi tylko o to, żeby Donald Tusk czuł się komfortowo i miał poczucie, że nie potrzeba nikogo więcej. Gdyby sam herszt zwątpił w swoje moce, zaraz dziesiątki pochlebców i lizusów zapewnia go, że jest tak wielki, iż bez trudu pokona Przemysława Czarnka.
Przy okazji przeglądu wyjątkowo cherlawych kadr Koalicji Obywatelskiej wyszło na jaw, że w tej partii nie ma nikogo, kto dotrzymałby pola prof. Czarnkowi. A ewentualni kandydaci do odegrania takiej roli mają kieszonkowy format i takież umysły. Bo Tusk nie pozwolił nikomu wyrosnąć, a w efekcie otoczył się mniejszymi bądź większymi miernotami. Nawet w KO śmieją się na myśl o konfrontacji ich najbardziej wygadanych polityków - Andrzeja Domańskiego, Waldemara Żurka czy Adama Szłapki – z Przemysławem Czarnkiem. I dochodzą do wniosku, że nie byłoby z nich co zbierać. A już wystawienie przeciwko profesorowi Czarnkowi politycznych troglodytów w rodzaju Dariusza Jońskiego, Michała Szczerby czy Marcina Kierwińskiego grozi nokautem w pierwszej rundzie.
Mądrale z rządu Tuska i okolic zaczynają dostrzegać, że w głęboko spolaryzowanym społeczeństwie wygrywa ten, kto skuteczniej zmobilizuje własną bazę wyborczą, przekona swój obóz do proponowanej mu wizji i strategii. I do tego zadania prof. Czarnek jest wręcz idealny. A w PO jest tylko Tusk, w sondażach przez więcej niż 50 proc. wyborców oceniany negatywnie. Co oznacza, że nie powtórzy już roli zbawcy, jaką odegrał w 2023 r. W dodatku wtedy wyborcy PiS nie zostali dostatecznie zmobilizowani. Jeśli teraz zmobilizuje ich Przemysław Czarnek, to Tusk będzie miał wielki problem i on sam już to wie, choć publicznie prof. Czarnka lekceważy. Bo co mu zostało?
Widać, że rządzący mocno przestrzelili uznając prof. Czarnka za łatwego przeciwnika. Wcześniej przestrzelili z Andrzejem Dudą i Karolem Nawrockim. Dlatego co mądrzejsi porzucili euforyczny nastrój i zaczęli się martwić, tym bardziej że po swojej stronie mają tylko Tuska oraz „wiecznie przegranych” Sikorskiego i Trzaskowskiego. Jest wprawdzie wielu wyrywających się do walki, ale to w ogromnej większości niedołęgi czy, jak to mówi lud, „popaprańcy”. Tacy ludzie młodym gniewnym z PiS, których jest co najmniej dwadzieścioro, nie dorastają do pięt. I biorąc to wszystko pod uwagę nawet ci nienachalnie bystrzy stwierdzili, że wesele zamieniło się w stypę. I uśmiech zamarł im na ustach, tym bardziej że nie wiedzą, co zrobić. A ich wódz wcale nie dostarcza im rozwiązania.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/756895-rzadzacy-urzadzili-wesele-ktore-plynnie-zmienilo-sie-w-stype
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.