„Unia Europejska zaczęła być mądra kilka lat po tym, jak Daniel Obajtek uniezależnił Polskę od surowców energetycznych z Rosji” – mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl dr Jan Parys, były minister obrony narodowej w rządzie premiera Jana Olszewskiego (1991-1992).
wPolityce.pl: Po spotkaniu prezydenta Karola Nawrockiego z prezydentem, a następnie – z premierem Węgier, nasiliły się ataki koalicji, przypisujące głowie państwa rzekomą prorosyjskość. Jest to narracja, która powraca w różnych sytuacjach i z różnym natężeniem. Skąd w ogóle pomysł na tego typu oskarżenia? Czy są one zasadne w przypadku ludzi, dla których współpraca z Rosją jest tematem, delikatnie mówiąc, drażliwym?
Dr Jan Parys: Donald Tusk nie chce się cały czas pogodzić z tym, że jego partia przegrała wybory prezydenckie i powinna uzgadniać swoje decyzje z prezydentem. Dąży więc do tego, by przez kolejne ataki na urząd prezydenta osłabić jego pozycję i stworzyć takie wrażenie wobec opinii publicznej, zwłaszcza wobec własnego elektoratu, że premier może rządzić samodzielnie. Donald Tusk ignoruje zapisy Konstytucji, która prezydentowi przyznaje rolę nadrzędną w kwestiach bezpieczeństwa i suwerenności. Bo artykuł, który mówi, że rząd prowadzi politykę wewnętrzna i zagraniczną, zawiera podpunkt, który kompetencje rządu wyraźnie ogranicza. Mówi o tym, że rząd prowadzi politykę w sprawach niezastrzeżonych dla innych organów np. prezydenta. Stąd to prezydent zatwierdza Strategie Bezpieczeństwa Narodowego oraz wydaje Polityczno-Strategiczną Dyrektywę Obronną. Ten, kto składa ostani podpis, ma ostanie słowo co do treści i formy najważniejszych dokumentów kraju. Rada Ministrów jedynie projektuje te dokumenty. Premier usiłuje traktować prezydenta jak podwładnego którego ministrowie pouczają i rozliczają.
Bezpośrednim powodem ataków na prezydenta - przy okazji programu SAFE, wizyty na Węgrzech, ale też sprawy sędziów Trybunału, którzy mają składać przysięgę przed prezydentem - jest to, że rząd Donalda Tuska doprowadził finanse publiczne do tragicznej sytuacji. Atak polityczny na prezydenta ma ukryć ten problem gospodarczy. Zarzuty, które są kierowane pod adresem Karola Nawrockiego są po prostu bezzasadne. Ciężko się do nich ustosunkowywać, ponieważ nie są oparte na żadnym związku faktycznym. To oskarżenia gołosłowne, służące jedynie obrażaniu prezydenta. W dodatku są formułowane przez ludzi całkowicie niewiarygodnych – takich jak premier czy szef MSZ. Bo przecież to ci ludzie byli przez wiele lat autorami resetu z Rosją. Nie tylko jeździli do Moskwy, do Putina, ale też konsultowali się z Putinem, czy można zainstalować w Polsce amerykańską tarczę antyrakietową. Byli też zwolennikami wpuszczenia kontroli rosyjskich do instalacji tarczy antyrakietowej w Redzikowie czy nawet proponowali udział Rosji w NATO.
Mówimy więc o politykach, którzy mają bardzo długą historię jako zwolennicy resetu, która podważa wiarygodność ich oskarżeń. Jednocześnie ci politycy obrażali Stany Zjednoczone i prezydenta Trumpa. Uważam więc, że każdy, kto ma trochę wiedzy o tym, co było parę lat temu, zdaje sobie sprawę, że te zarzuty są i bezzasadne, i zgłaszane przez ludzi niewiarygodnych.
Kiedy politykom KO przypomina się o resecie, odpowiadają, że to było dawno, że to się nie liczy, że sytuacja była inna. Czy rzeczywiście tamta polityka w żaden sposób nie rzutuje na dzisiejsze czasy? Czy można tak po prostu przekreślić ten okres 2007-2015, bo Putin akurat nie prowadził wtedy pełnoskalowej wojny?
W polityce nie istnieje takie pojęcie jak amnezja. Pamięta się o tym, co dany polityk kiedyś robił, mówił, jakie zajmował stanowisko. Zarówno obecny premier, jak i obecny szef MSZ, mają poważnie obciążoną hipotekę, jeśli idzie o stosunki z Rosją, ponieważ politykę resetu wspierali nawet wtedy, gdy Stany Zjednoczone już z nią zerwały. A wszystko dlatego, że obaj panowie uważają, że interes polskiego państwa nie jest istotny, polskie państwo nie jest dla nich wartością, a polscy obywatele nie zasługują na to, żeby ich słuchać. Są to politycy, którzy uważają, że ich misją jest narzucić Polakom europejską politykę — politykę tworzoną w Berlinie i w Brukseli. Wobec czego gardzą polskim państwem, polskim społeczeństwem, traktując państwo jako narzędzie do budowania prywatnych karier.
W ciągu ostatnich dwóch lat można mieć wrażenie, że zarówno rząd, jak i część sprzyjających mu mediów próbuje sprowadzać każdą krytykę pod adresem Unii Europejskiej, Niemiec czy rządu Donalda Tuska do pro rosyjskości, w działaniach opozycji doszukuje się jakichś rosyjskich inspiracji. Czy to nie zaciemnia, nie rozmywa rzeczywistego problemu zagrożenia ze strony Moskwy i jej prób ingerencji w politykę europejską? Czy nie powoduje to, że społeczeństwo nie będzie w stanie rozpoznać, co rzeczywiście jest inspiracją rosyjską, rosyjską dezinformacją, rosyjską ingerencją czy zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa, a co nie?
Uważam, że polityka Unii Europejskiej z wielu powodów zasługuje na krytykę – chociażby ze względu na wyniki gospodarcze. Przez ostatnie kilkanaście lat Unia Europejska znalazła się wyraźnie w tyle za Chinami i Stanami Zjednoczonymi. W dodatku z własnej winy, z winy polityków, a przede wszystkim pani von der Leyen, która rządzi Unią. Można także wspomnieć o polityce migracyjnej Komisji Europejskie, która była i jest wielkim błędem. Z punktu widzenia bezpieczeństwa najgorszą rzeczą była budowa Nord Stream 1 i Nord Stream 2, którą wspierała pani kanclerz Merkel i Komisja Europejska. W rezultacie można powiedzieć, że niemiecka elita przyczyniła się do dozbrojenia, zwiększenia potęgi Rosji, a to z kolei umożliwiło wybuch wojny, rozpoczęcie agresji na Ukrainę. Jeśli więc mówimy o kilkunastu ostatnich latach, to bilans Unii Europejskiej wypada po prostu tragicznie, a obecne elity w Brukseli robią wszystko, aby nikt ich za to nie rozliczył. Dlatego usiłują zagwarantować sobie bezkarność, zamykając usta, wprowadzając de facto szantaż finansowy, dyktaturę medianą po to, żeby pozbawić opozycję możliwości krytyki, żeby zablokować jakiekolwiek zmiany personalne, żeby osoby winne tej złej polityki pozostały bezkarne. Z tego powodu, jak wiemy, również polski konserwatywny rząd z czasów PiS był szykanowany i szantażowany finansowo. Ten szantaż finansowy, jak pamiętamy, niestety okazał się skuteczny.
Rzeczą haniebną pozostanie również to, że w czasie agresji rosyjskiej na Ukrainę, kiedy Polska broniła granicy Europy, Unia Europejska zablokowała nam środki z tak zwanego Krajowego Planu Odbudowy i budowy odporności. Innymi słowy: dla władz Unii Europejskiej obrona granicy i troska o bezpieczeństwo Europy nie miały żadnego znaczenia. Najważniejsze było zniszczenie, osłabienie polskiego konserwatywnego rządu. To pokazuje, że zagrożenia rosyjskiego w Brukseli nikt nie rozumie albo wręcz działa w interesie Rosji. Postępowanie władz Unii, kiedy podlegaliśmy presji migracyjnej ze strony Białorusi, było także haniebne i pozostanie czarną kartą w dziejach wspólnoty. Unia przecież wtedy histerycznie atakowała Polskę za to, że broni granicy, że buduje zaporę, że nie wpuszcza tysięcy migrantów, których sprowadził Putin razem z Łukaszenką. A urzędnika unijnego, który Polskę wspierał, natychmiast wyrzucono ze stanowiska. W tej sprawie prorosyjskie stanowisko Komisji Europejskiej było oczywiste. Dlatego ze strony Brukseli nie możemy liczyć na zrozumienie naszego położenia geopolitycznego.
Unia nie ma zresztą żadnych traktatowych kompetencji w dziedzinie bezpieczeństwa. To, co w tej chwili nam proponuje — tzw. program SAFE -– choć formalnie dotyczy obronności, to tak naprawdę ma służyć wyłącznie temu, aby zagwarantować oligarchii brukselskiej kontrolę nad Polską. W ogóle nie chodzi tu o obronność, na której zresztą nikt w Brukseli się nie zna. Dlatego trzeba zdać sobie sprawę, że ten program jest jednym wielkim oszustwem i całe szczęście, że prezydent Nawrocki wystąpił z alternatywą, która ma zapobiec temu, by Unia miała nowe narzędzie szantażu wobec naszego kraju - i to przez kolejnych 40 lat.
No właśnie: prezydent Nawrocki wystąpił z alternatywą, zaczęła się fala krytyki, a pozytywne bądź przynajmniej neutralne reakcje ze strony obozu władzy sprowadzały się do przedstawiania „Polskiego SAFE 0%” nie jako pełnoprawnej alternatywy dla unijnej pożyczki, tylko raczej dodatku. I nagle, po kilku tygodniach, wychodzi wicepremier Kosiniak-Kamysz i przedstawia „poprawiony prezydencki projekt”. Skąd to ogromne parcie na unijny SAFE, a z drugiej strony – tego rodzaju pomysły po stronie rządu, żeby de facto przepisywać ten „niedobry” projekt prezydencki, twierdząc, że się go „poprawia”?
Jak się okazuje, dziura budżetowa jest tak ogromna, że rząd Tuska chciałby wyciągnąć wszelkie pieniądze ze wszystkich stron, nie bacząc na skutki. I dlatego rząd najpierw twierdził, że program prezydencki jest nierealny by podpisać umowę na SAFE z Brukseli, a teraz dodatkowo chce mieć pieniądze z programu prezydenckiego. Pokazuje to absolutne, całkowite zakłamanie tej ekipy. To, co mówią i robią, to są rzeczywiście Himalaje hipokryzji.
Tak jak Pan wspomniał, prezydenckie weto dla unijnej pożyczki SAFE było jednym z zapalników ataków na prezydenta i opozycję, a dokładniej PiS. Kolejnym takim zapalnikiem jest kwestia węgierska. Jak ułożyć relacje z Węgrami, niezależnie od tego, czy po kwietniowych wyborach rząd w Budapeszcie zmieni się, czy nie?
Zobaczymy, kto po wyborach będzie rządził na Węgrzech. Z każdym rządem w Budapeszcie trzeba mieć dobre stosunki. Natomiast trzeba pamiętać, że jest to ważny kraj w naszym regionie, który kilka lat temu bardzo Polsce pomagał, kiedy Unia Europejska usiłowała nas na terenie Komisji Europejskiej szantażować i szykanować. Ponieważ Węgry bardzo pomogły wtedy Polsce, my też powinniśmy starać się okazać im pewne wsparcie w trudnej sytuacji. A ich trudna sytuacja polega na tym, że mają kłopot z dostawami gazu i ropy. Nasz prezydent z tego, co wiem, pojechał do Budapesztu po to, żeby stronie węgierskiej przedstawić możliwość skorzystania z możliwości tranzytowych naszego kraju - połączeń portowych, dostaw gazu i ropy przez Polskę na na Węgry, co umożliwiłoby Budapesztowi odzyskanie pewnej niezależności politycznej. Dopóki bowiem Węgry będą zależne od dostaw surowców energetycznych z Rosji, dopóty będą w sytuacji kłopotliwej, trochę przymusowej. Uniezależnienie pozwoliłoby Budapesztowi na odzyskanie pola manewru politycznego. Myślę więc, że ta oferta, którą zgłosił prezydent Nawrocki w Budapeszcie, jest z punktu widzenia zarówno Węgier, jak i całego regionu istotna, gdyż pozwoli uniezależnić kolejne kraje od surowców rosyjskich.
Zwłaszcza, że przecież jeszcze do niedawna nie tylko Węgry były silnie uwikłane w tę zależność od dostaw surowców z Rosji. Unia Europejska dość późno zaczęła dostrzegać potrzebę dywersyfikacji.
Można powiedzieć, że Unia Europejska zaczęła być mądra kilka lat po tym, jak Daniel Obajtek uniezależnił Polskę od surowców energetycznych z Rosji. To tylko świadczy o tym, że rząd PiS miał właściwych ludzi na właściwych stanowiskach, którzy mieli zdolność przewidywania sytuacji.
Tyle że dziś próbuje się ich ścigać, karać.
To jest paradoks, że właśnie takich ludzi jak na przykład prezes Adam Glapiński, który zarobił dla Polski 100 miliardów złotych, usiłuje się postawić przed Trybunałem Stanu. To jest typowe dla ludzi, którzy nienawidzą każdego Polaka, który coś robi dla ojczyzny.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/756633-nasz-wywiad-dr-parys-reset-z-rosja-podwaza-wiarygodnosc-tuska
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.