Co do europejskiej narodowości, to może być ona narzucona, żeby wynarodowić takie państwa, jak Polska, a wzmocnić czynnik narodowy w takich, jak Niemcy.
Dziś najlepszą formą ucieczki od polskości, żeby nie budzić skojarzeń ze zdradą jest odgrywanie Europejczyka. Chodzi nawet o sugerowanie, że istnieje coś takiego, jak europejska narodowość. I ona jest internacjonalistyczna, czyli przekracza wszelkie ograniczenia nacjonalizmu, choć to semantyczna aberracja i logiczny nonsens. A Donald Tusk zdaje się kreować na jednego z pierwszych polityków narodowości europejskiej. Nie ma znaczenia, że czegoś takiego nie ma. Ale zawsze może być, skoro była już narodowość radziecka (sowiecka), też semantycznie i logicznie niemożliwa. No i przy okazji obecny premier ucieka od rodzinnych związków i politycznych skojarzeń z niemieckością.
Donald Tusk od co najmniej dwóch dekad był wzorcowym Europejczykiem i jako taki przyjmował różne niemieckie nagrody i odznaczenia bez kłopotliwego narodowego kontekstu. Nic więc dziwnego, że dojrzał do czegoś w rodzaju europejskiej narodowości. Z jednej strony zawsze składał infantylne wyznania miłości do Europy (Unii Europejskiej), z drugiej „europejskość” była dla niego esencją ideologii postępu, która ma być uniwersalnym światopoglądem Europejczyka. Taka „europejskość”, a tym bardziej europejska narodowość nie ma ani praktycznego, ani kulturowego znaczenia, gdyż jest czystą ideologią i kompletnie sztuczną konstrukcją, czyli fikcją. Ale fikcje to bardzo trwały w Europie wynalazek, a jedna z jego odmian, czyli komunizm, przetrwała ok. 70 lat.
W Unii Europejskiej obywatele nadal są po prostu Polakami, Niemcami, Duńczykami, Szwedami, Czechami czy Francuzami i poza Polską określanie siebie mianem Europejczyka wywołuje śmiech bądź zażenowanie. A już szczególnie wtedy, gdy narodowości europejskiej jest premier konkretnego państwa. Pan Tusk nawet nie zauważył, że mocno przypomina tych, którzy „kochali” Związek Sowiecki razem z jego satelitami oraz wierzyli w komunizm. A gdy identyfikowali się jako komuniści, miało to być coś wielkiego, uniwersalnego, przekraczającego ograniczenia wynikające z przynależności do konkretnego narodu. Taka była na przykład już Róża Luksemburg, którą upamiętnienie tablicą w Zamościu, gdzie się urodziła, w istocie krzywdzi, bowiem była ona postacią ponad wszelką lokalnością i narodowymi ograniczeniami.
Gdy Donald Tusk mówi, że Unia Europejska (czasem dodaje do tego NATO, ale tylko ze względów taktycznych) jest „najlepszym politycznym wynalazkiem w historii ludzkości”, to powiela podobne opinie o „wspólnocie państw socjalistycznych” czy „bratnich państwach”. Ale chyba zapomina (udaje?), że w obronie tej wspólnoty i braterstwa najbardziej wspólny i braterski Związek Sowiecki na czołgach spieszył z „bratnią pomocą” Węgrom czy Czechom (w tym wypadku z satelitami, m.in. PRL), gdy zakwestionowały konieczność wyrzeczenia się własnej narodowej tożsamości, żeby się rozpuścić w sowietyzmie i komunizmie.
Donald Tusk wielokrotnie w swojej karierze politycznej, zarówno jako premier Polski, jak i przewodniczący Rady Europejskiej, określał Unię Europejską jako wyjątkowy i najlepszy projekt polityczny. Podkreślał, że „zjednoczona Europa” to najlepsze miejsce do życia, a integracja europejska jest najlepszym wynalazkiem Europejczyków, a wręcz najdoskonalszym osiągnięciem ludzkości. Zupełnie jak Związek Sowiecki, przedstawiany jako najwyższe stadium rozwoju ludzkości.
Odwołując się do hasła „Zjednoczeni w różnorodności”, Tusk podkreślał, że integracja nie oznacza rezygnacji z tożsamości narodowych, a raczej ich wzmocnienie w ramach wspólnoty, co jest oczywiście kompletną bujdą, bo wciąż zacieśniana integracja oznacza rezygnację z narodowych tożsamości, czyli plan stworzenia europejskiej narodowości, mimo że to kompletna fikcja.
Współtworząc i kolportując bajki o Europie jako militarnej potędze Tusk uważa, że może tak być bez obecności USA w Europie, czyli bez tego składnika, który czyni potęgą NATO, a Stary Kontynent bezpiecznym. Europa będzie wydmuszką, jeśli odetnie się od USA, choć ma być odwrotnie. Chęć odcięcia się od USA często przewijała się podczas wystąpień europejskich polityków 12-15 lutego 2026 r. na konferencji bezpieczeństwa w Monachium.
Donald Tusk mówił: „Unia Europejska jest osiem razy większą gospodarką (nieprawda, bo 10 razy), niż gospodarka rosyjska, mamy sześć razy większą populację niż Rosja (nieprawda, bo 3,15 razy), nie ma żadnego powodu, żebyśmy byli tak wyraźnie słabsi militarnie niż Rosja”. Ale przecież państwa należące do UE wydały w 2025 r. na zbrojenia 455 mld USD, zaś Rosja, prowadząc wojnę, 143 mld USD, czyli 3,2 razy mniej. To znaczy, że nic się do siebie nie dodaje i nie tworzy nowej wartości oraz jakości w postaci zjednoczonej Europy. Czyli nie istnieje europejski naród, a europejskie superpaństwo, które dopiero trzeba zbudować, też może być atrapą, choć wyjątkowo uciążliwą i przykrą dla jej mieszkańców.
W lipcu 2011 r. w Parlamencie Europejskim Tusk mówił „Europa to najlepsze miejsce na ziemi. Nikt niczego lepszego nie wymyślił. Nie może być tak, że tu wewnątrz Europy narasta zwątpienie w jej sens, a na zewnątrz wszyscy tęsknią, by żyć w takich warunkach, w jakich żyjemy my” - przekonywał. Może tęskni Jeremy Rifkin, autor książki i ideologii „Europejskie marzenie”. A na pewno tęsknią migranci, którzy chcą Europę po prostu podbić, a dla wielu z nich to jest „islamskie marzenie”.
Gdy 22 stycznia 2025 r. w Parlamencie Europejskim Tusk zaklinał rzeczywistość i apelował: „Europejki i Europejczycy podnieście wysoko swoje głowy. Europa była, jest i będzie wielka”, być może formułował tekst epitafium dla Europy. W wielu aspektach Europa ginie, o czym zresztą wielokrotnie mówił Donald Trump, a na konferencji w Monachium w 2025 r. wiceprezydent J.D. Vance, zaś w 2026 r. sekretarz stanu Marco Rubio. I nie przekonała chyba wielu Kaja Kallas, była premier Estonii, a obecnie szefowa unijnej dyplomacji, że Europa nie upada, więc żadnego ratunku nie potrzebuje.
Gdy Tusk mówił, że „stoi do nas kolejka państw chcących stać się częścią Wspólnoty”, a „nikt poważny nie będzie mówił, że chciałby zagarnąć takie czy inne terytorium”, to jest ślepy, bo europejskie superpaństwo to swego rodzaju zagarnięcie terytoriów państw, które się w nim znajdą. Tak jak było ze Związkiem Sowieckim mającym być rajem dla republik i narodów, a w istocie będącym więzieniem narodów. A państwa czekające w kolejce do Unii Europejskiej po prostu chcą, jak Ukraina, żeby UE przejęła koszty ich utrzymania. W wypadku Ukrainy chodzi także o koszty wojny.
Co do europejskiej narodowości, to może być ona narzucona, żeby wynarodowić takie państwa jak Polska, a wzmocnić czynnik narodowy w takich państwach, jak Niemcy. Jeśli nałożyć na to ogromny kryzys demograficzny w Polsce, to realne jest nie tylko wynarodowienie, ale po prostu znikanie polskiego narodu, a to oznacza też znikanie polskiego państwa. Jeśli utrzyma się dzietność na poziomie z lat 2024–2025 (współczynnik dzietności ok. 1,1–1,2), liczba Polaków w 2100 roku może spaść do ok. 11–15 milionów. Polska straciłaby od kilkunastu do ponad 20 milionów mieszkańców w ciągu najbliższych 75 lat. Wtedy Polacy byliby tylko lokalnym ludem, coraz mniej licznym i roztopionym w europejskim narodzie, jak idiotycznie by to nie brzmiało.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/755004-tusk-jest-prawdopodobnie-pierwsza-osoba-narodowosci-europejskiej
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.