Sejm przegłosował już ustawę, która ma umożliwić wzięcie 44 mld euro pożyczki z funduszu SAFE. Ostatecznie trafi ona na biurko prezydenta Karola Nawrockiego, choć z ław koalicji rządzącej słychać już głosy, że jej zawetowanie niczego nie zmieni. Co zmieni w polskiej armii wepchnięcie nas do programu SAFE, który mocno ogranicza możliwości zakupu sprzętu? „Decyzje zakupowe muszą być reaktywne, a nie doktrynalne. Mamy kupować na pniu, niemal natychmiast i bez przetargów, bez żadnych przemyśleń strategicznych oraz przyszłościowych, to ja szeroko otwieram oczy, ale i tak nic nie widzę. To jest po prostu dramat” - mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl gen. pilot Dariusz Wroński, były dowódca 1 Brygady Lotnictwa Wojsk Lądowych.
Portal wPolityce.pl: Czym dla pana jest SAFE?
Gen. pilot Dariusz Wroński: SAFE nie jest sukcesem ani porażką. To bardzo dziwna struktura pozyskiwania sprzętu dla wojska i bardzo dziwna struktura finansowa, ekonomiczna oraz gospodarcza. Niekoniecznie zgodna z wcześniejszymi sposobami pozyskiwania sprzętu, ale również dziwna struktura z poziomu potrzeb dowódcy.
Czy armia powinna obawiać się wciśnięcia w pożyczkę w ramach SAFE?
Proponowany nam SAFE to narzędzie bardzo wysokiego ryzyka, które wzmacnia nas krótkoterminowo, ale może osłabić naszą długoterminową gotowość bojową. Oczywiście, jeśli nie zostanie brutalnie podporządkowana logice. Chodzi tutaj o zapasy, tempo zużycia sprzętu, zdolność do odtworzenia gotowości oraz przeżywalność żołnierza. A przecież to są klucze do sukcesu obrony, ale i do powodzenia działań ofensywnych.
Ryzyko osłabienia gotowości bojowej brzmi bardzo źle.
O dużym ryzyku świadczy już choćby chaos informacyjny, który mamy wokół SAFE, czyli tzw. mętna woda decyzyjna. To osłabia kontrolę strategiczną nad całą prowadzoną do tej pory modernizacją. SAFE funkcjonuje na zasadzie parasola finansowego, a nie klasycznego programu modernizacyjnego, jaki jest stosowany w wielu armiach świata. Trzeba w tym miejscu podkreślić, że nie wszystkie państwa poszły w kierunku SAFE, mówię tu szczególnie o Niemcach. To jest bardzo dziwne i podejrzane, bo Niemcy to przecież decydent i pomysłodawca programu wysupłania środków finansowych na tego typu zakupy, które mają oznaczenie gdzie, kto i na ile może wydać określone środki. To oznacza brak jednego, publicznego, czytelnego i priorytetyzowanego koszyka zakupów. Równolegle mamy komunikaty polityczne, przemysłowe i wojskowe, które są często zupełnie sprzeczne. Do tego dochodzi presja czasu, wykorzystana jako argument do obchodzenia standardowych analiz operacyjnych.
Czy takie analizy nie są niezbędne? Kupowany sprzęt ma przecież umożliwiać wykonanie określonych zadań.
Proszę państwa, tych analiz operacyjnych my w ogóle nie prowadzimy. Nikt tego nie prowadzi. Nie wyobrażam sobie, żeby na szczeblu Sztabu Generalnego nie powstała specjalna grupa ludzi, tzw. super mózgów - nie będę się tutaj wysilał się, żeby jakoś ją nazwać - którzy będą analizowali wojnę na Ukrainie oraz wszystkie obecne konflikty zbrojne, by dać odpowiednią wykładnię politykom-decydentom. Wskazać, co konkretnie jest potrzebne dowódcy, co będzie potrzebne w przyszłej wojnie, a czego dziś kompletnie nie dostrzegamy i nie mamy.
To jak w tej sytuacji można mówić w ogóle o planach zakupów sprzętu dla armii? Jaki to da efekt?
Decyzje zakupowe muszą być reaktywne, a nie doktrynalne. Co da się wziąć, co realnie zwiększa przeżywalność i naszą siłę ognia? Mówię tu o tym, co ciągle powtarzamy, chodzi o pierwsze 72 godziny, a następnie o pierwsze 120 godzin konfliktu. Jeżeli tego nie bierzemy pod uwagę i mamy kupować na pniu, niemal natychmiast i bez przetargów, bez żadnych przemyśleń strategicznych oraz przyszłościowych, to ja szeroko otwieram oczy, ale i tak nic nie widzę. To jest po prostu dramat.
Szybkie zakupy są zazwyczaj z korzyścią tylko dla sprzedającego.
Ta szybkość równa się utracie dźwigni państwa przy zawieraniu kontraktów. Słyszymy, co deklarują politycy, że tą dźwignią ma być Ministerstwo Obrony Narodowej. To ja życzę w takim razie sukcesów. To oznacza totalne załamanie planowania, bo na lata będziemy mieć zabukowane określone kierunki, co nie daje nam żadnego pola manewru, ani w lewo, ani w prawo. W tej sytuacji mamy pętlę na szyi. Mówiąc bardzo konkretnie, mamy już zdeklarowane, opłacone i przygotowane pieniądze na pewne rozstrzygnięcia, które zapadają poza nami. To spowoduje wzrost kosztów i uzależnienie od dostawców. Mówimy oczywiście o SAFE.
Czyli państwo utraci swoją silną pozycję przetargową, skoro wybór dostawców jest z góry narzucony?
Zamówienia bez przetargów redukują konkurencję cenową i osłabiają pozycję negocjacyjną Polski wobec dużych koncernów. Sprzyjają za to pakietom serwisowania i modernizacji sprzętu. Efekt będzie taki, że napotkamy ogromne trudności w renegocjacjach terminów, bo chyba nikt nie ma żadnych wątpliwości, że terminy nie będą tu dotrzymywane i będą przeciągane. Nigdy nie były w Europie dotrzymywane, a szczególnie przez Niemców. Nie wyobrażam sobie zwłaszcza realizacji tych zakupowych wolumenów w czasie kryzysu. W kryzysie może dojść do takiej sytuacji, w której Niemcy powiedzą: „Stop, nie dostarczamy do Polski sprzętu, bo teraz nam, Niemcom jest bardziej potrzebny”. Taka kryzysowa sytuacja nie jest nigdzie w SAFE wyartykułowana. Nie spodziewam się, że będzie inne rozstrzygnięcie niż takie, które przedstawiłem. Przypomnę, że mówimy tutaj o państwach europejskich, które będą blisko konfliktu i będą potrzebowały same zadbać o siebie, a nie o partnerów, czy o sąsiadów.
Takiego problemu nie będą mieć kraje spoza Europy?
Takie kraje jak Stany Zjednoczone, Korea Południowa, ale i Wielka Brytania, czy może nawet Włochy będą w stanie szybciej zrealizować takie zobowiązania. Na pewno nie zrobią tego nasi bliscy sąsiedzi, którzy dzisiaj nie dość, że nie mają wyposażonej własnej armii i własnych zasobów ludzkich, to próbują jeszcze grać rękami Polski oraz tych państw, które jakieś środki dostały.
Czy związanie się takimi zakupami nie doprowadzi do osłabienia naszej armii?
Zakup konkretny, a nie optymalny typu koszt efekt, oznacza ryzyko błędnego wektora modernizacji. SAFE premiuje szybkość zakontraktowania, europejskie łańcuchy dostaw, zdolności przemysłowe, ale nie premiuje uzyskania efektu bojowego. Nie premiuje kompatybilności dostaw z realnym tempem strat na wojnie pełnoskalowej. Tymczasem mamy już wojnę pełnoskalową oraz wojnę hybrydową, która się toczy i wymaga określonej masowości oraz zdolności do szybkiego odtwarzania. Nie wyobrażam sobie, żeby niemiecki przemysł - chciałbym wręcz wskazać z nazwy te firmy – był zdolny do takiej produkcji wojennej. Przecież nawet, teraz kiedy wszyscy zgłaszają zapotrzebowanie, te firmy nie przeszły na produkcję wojenną, nie przestawiły swoich torów produkcyjnych. Nie zbudowały nowych ścieżek programowych, by zwiększyć produkcję. W efekcie mamy ryzyko nasycenia armii drogimi systemami o ograniczonej dostępności amunicji, długich cyklach serwisowych, niskiej odporności na walkę radioelektroniczną.
Czy tańsze pieniądze z SAFE nie rozpędzą tej machiny?
Mamy niby tanią dźwignię finansowani dziś, ale jutro ten koszt może być ogromny. To jest po prostu nieprzewidywalne. Obawiam się wielkiego tąpnięcia lada moment, bo jeśli przeanalizuje się kierunki kreślone przez niemieckich decydentów, mówiące o tym, co się będzie dziać w finansach, co będzie z walutą, to możemy złapać się tylko za głowę i powiedzieć, co ty Polsko robisz. Dług z SAFE to jest poniekąd dług wspólnotowy, ale wieloletnie zobowiązania są już polskie. Jednocześnie oznaczają ograniczenie elastyczności przesunięć kontraktowania tych zamówień. Tego się nie da odkręcić. Jak raz się w to wplątamy, to będziemy musieli to kontynuować do końca.
Obawia się pan generał tego, że za chwilę liczyć się będzie spłata pożyczki z SAFE, a nie wydatki na armię?
Duża część przyszłych budżetów MON będzie z góry zablokowana. Będziemy mieć mniejsze pole manewru w razie konieczności szybkiego reagowanie na zmiany zagrożeń. Mówimy tu o dronach, amunicji krążącej, różnego rodzaju bezpilotowcach i tak dalej. Do tego dochodzi ryzyko utrzymania sprzętu, które zacznie konkurować z wyszkoleniem i z zapasami. Nikomu nie trzeba mówić, że Polska w tej chwili kompletnie nie myśli o czynniku ludzkim w armii. Za chwilę będziemy mieli sprzęt, który będzie bezużytecznie stał w krzakach, bo nie będzie miał kto wejść do niego, nie będzie przygotowany. Bzdurą i nieprawdą jest, że szkoła oficerska, podoficerska przygotuje nam dowódców, operatorów sprzętu w ciągu czterech-pięciu lat nauki. To jest absurd. 10 lat to jest minimum, żeby od zera wykształcić i wyszkolić dowódcę czy żołnierza do wykonywania zadań zgodnie z określonym przeznaczeniem.
Dziękuję za rozmowę.
CZYTAJ TAKŻE:
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/753358-gen-wronski-ocenia-skutki-programu-safe-dla-polskiej-armii
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.